Jethro Tull By Ian Anderson - Budapeszt, Kongresszusi Központ, 18.02.2017

Łukasz Wąś, Jethro Tull By Ian Anderson - Budapeszt, Kongresszusi Központ, 18.02.2017

 

Rok 2017 jest wyjątkowo urodzajny dla fanów talentu Iana Andersona i jego zespołu. Na dniach ukaże się zapowiadana od kilku lat płyta "The String Quartets" z muzyką Jethro Tull zaaranżowaną przez Johna O'Harę na kwartet smyczkowy Carducci, w kameralnej odsłonie, z udziałem Andersona. Kilka miesięcy później należy się spodziewać kolejnego remiksu Stevena Wilsona, tym razem folk-rockowej płyty "Songs From The Wood". Wróbelki ćwierkają, że wydawnictwo będzie pełne niepublikowanego wcześniej materiału, zarówno audio jak i wideo. W listopadzie 2016 dokonano rejestracji jednego z koncertów rewelacyjnej trasy "Jethro Tull The Rock Opera”, we Frankfurcie. Tenże materiał powinien ujrzeć światło dzienne na DVD bliżej końca roku.

Wnosząc choćby po szacie graficznej biletu i plakatu z budapeszteńskiego występu, z początku spodziewałem się kolejnej odsłony cyklu The Rock Opera. W styczniu 2016 byłem w czeskiej Ostrawie, w industrialnej auli Gong, z przyjaciółmi z Krakowa i Kęt. Byłem, słuchałem i oglądałem, będąc pod wrażeniem koncepcji, scenariusza, zgrabnej setlisty, pięciu nowych kompozycji, oraz perfekcyjnej synchronizacji ciekawych multimediów z muzyką graną na żywo.

Kilka tygodni przed koncertem w Budapeszcie, z wywiadu z Andersonem z rumuńskiego radia, dostępnego na YouTube, dowiedziałem się, że jest to już inny projekt, inna trasa. Sygnowany hasłem "Jethro Tull By Ian Anderson" występ stanowił repertuar wykonywany w zeszłym roku podczas koncertów best-of (głównie festiwalowych czy na świeżym powietrzu, vide: w naszej Operze Leśnej) ze sprytnie dołączonymi paroma utworami z The Rock Opery. Koncert, wyprzedany już w grudniu, uzupełniono o częściowo nowe projekcje wizualne nad sceną.

Moje odczucia względem wieczoru spędzonego w budapeszteńskim Centrum Kongresowym są ambiwalentne. Pierwszą połowę koncertu oceniam jako... słabą. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że z trudem przechodzi mi to przez gardło. To znaczy palce i klawiaturę... Niemniej recenzent, starając się być dobrym w swoim fachu, nie powinien popadać w tak zwane psychofanostwo, unikać wchodzenia w zaułki ślepej lojalności wobec idoli. Powtórzę więc raz jeszcze: pierwsza połowa była słaba, mizerna, chwilami aż zawstydzająca nas, wieloletnich miłośników muzyki Jethro Tull (znów to uczucie emocjonalnego przywiązania, jak do ulubionej drużyny piłkarskiej). Po "Living In The Past" i "Nothing Is Easy" Ian Anderson przywitał się z węgierskimi (i nie tylko) fanami oraz poinformował, że jest chory na grypę. "Proponuję by ludzie z pierwszych rzędów przesiedli się gdzieś dalej, by uniknąć zarażenia" - zażartował, kaszląc i z grymasem bólu łapiąc się za klatkę piersiową.

Głos lidera zespołu już od połowy lat osiemdziesiątych (trasy promującej eksperymentalny album "Under Wraps") krytykowany jest przez wielu słuchaczy, w tym dziennikarzy muzycznych. Zwłaszcza w ostatnich latach stało się oczywiste, że wokal Andersona pozbawiony jest dawnej siły, ikry, dynamiki. Obolały, wręcz zdarty, powodujący oznaki cierpienia na twarzy wykonawcy, oraz współczucie u uczestników koncertów. Jeżeli po polskich występach w obecnej dekadzie, w Zabrzu, Dolinie Charlotty i Operze Leśnej, twierdziliście, że ze śpiewem flecisty jest źle, to po wizycie w Centrum Kongresowym w historycznym Buda, doszlibyście do wniosku, iż nazywanie 'tego czegoś' śpiewem jest policzkiem dla każdego z wokalistów, i aktualnych, i tych nieżyjących. Pod tym względem było znacznie gorzej niż w Sopocie. Mam nadzieję, że była to kwestia infekcji dróg oddechowych Andersona. Gdy szykował się już do zapowiadania Bachowskiego "Bouree", postanowił jednak pójść na lewą stronę sceny by napić się wody. Publika zareagowała oklaskami. Może była to nagroda za wytrwałość, za to, że mimo wszystko "show must go on", a może wyraz politowania... Przedostatni kawałek pierwszej części, "Farm On The Freeway", wypadł tak marnie, że ledwo dało się wysłyszeć pojedyncze brawa srogich Węgrów, co spowodowało konsternację mamroczącego pod nosem Szkota.

W kontemplacji muzyki z pierwszej połowy koncertu przeszkadzały mało selektywne dźwięki gitary elektrycznej Floriana Opahle (Gibsona Les Paula) oraz takież "zamulone" brzmienie zestawu perkusyjnego Scotta Hammonda. W trakcie "Nothing Is Easy" oglądaliśmy zabawne czarnobiałe animacje ze świata sportu, a w połowie skrótu suity "Thick As A Brick" zepsuła się górna część stojaka od mikrofonu Andersona. Szybko naprawił ją zręczny Emmanuele Giovagnoli, realizator scenicznego odsłuchu. "Heavy Horses" usłyszeliśmy i zobaczyliśmy jak w trakcie The Rock Opery, z islandzką piosenkarką Unnur Birną Björnsdóttir, basistą Davidem Goodierem i klawiszowcem Johnem O'Harą śpiewającymi "z ekranu". Zapowiedź piosenki "Banker Bets, Banker Wins", poświęconej bezdusznym i zachłannym bankierom, wywołała głośny wyraz aprobaty u kilku uczestników koncertu. Może pomyśleli, że jest to aluzja Andersona do działań węgierskiego premiera Viktora Orbana? Jak zwykle dobrym punktem programu był "Jack In The Green". Nawiązując do zbliżającej się wiosny, Ian powiedział: "Już niedługo pracę zacznie  Jacek w Zieleni".

Diametralnie inaczej odebrałem wszystko co wydarzyło się na scenie po dwudziestominutowej przerwie. Tullowy dźwiękowiec Mike Downs wycyzelował parametry, odpowiednio podkręcił gałki i przesunął suwaki. Wszystkie instrumenty były głośniejsze, przykrywając głos Andersona, tuszując go, pozwalając zapomnieć publiczności o jego "gorszosortowości". Gitara Floriana brzmiała krystalicznie czysto, jak i "pełniejsza" perkusja Scotta. Wreszcie czuć było charakterystyczne drżenie powietrza pochodzące od werbla. Kojarzyło mi się z rewelacyjnym dźwiękiem podczas koncertu Jethro Tull w warszawskiej Sali Kongresowej w 2009 roku.

Wyśmienite wykonania "Sweet Dream", "Past Time In Good Company" i "Dharma For One" nagrodzono aplauzem. Hard-rockowy "Fruits Of Frankenfield", podobnie jak w Ostrawie i Sopocie, wypadł rewelacyjnie. To jeden z najlepszych utworów skomponowanych przez Andersona od czasu albumu "Stormwatch". Zapowiadając "Dharma For One" muzyk wcisnął kit, że "raczej rzadko gramy coś z pierwszej płyty". Przecież przez lata tyle tego słyszeliśmy... Choćby "My Sunday Feeling", "Someday The Sun Won't Shine For You" i "Beggar's Farm"... W środku "A New Day Yesterday" Ian zaserwował znakomite solo na flecie. Coraz częściej mam poczucie, że wielu zagorzałych fanów Jethro Tull tak bardzo przywykło do jego gry iż często zapomina o jej brawurze. To solo, w swojej kulminacji lotnie i flirturnie "przemykające" po bardzo wysokich dźwiękach, zaparło mi dech w piersiach. Bachowską "Tokatę i Fugę" w wersji Floriana Opahle, chwilami przywołującą mi na myśl twórczość Van Halen, poprzedziły puszczone z taśmy (no, z płyty) dźwięki organów kościelnych grających znany "upiorny" motyw Bacha. Organy widzieliśmy też na ekranie nad sceną. Multimedia z impetem podkreślały treść utworu "My God". Mroczne, mistyczne, naładowane religijną symboliką, z ujęciami pięknych budowli sakralnych. Projekcje w stylu klipu "Roots To Branches" z DVD "Living With The Past" (2002).

Lider etosowej lewicy Leszek Miller powiedział kiedyś, że mężczyznę poznaje się po tym nie jak zaczyna, a kończy... Taką filozofię staram się wyznawać oceniając ten koncert... Jednak rodzi się  pewien żal... Ach, gdyby tylko pierwsza połowa wieczoru była tak dobra jak ta druga... Pod względem muzycznym, bo z kondycją fizyczną lidera Jethro Tull od początku było świetnie. Nie chwiał się stojąc na jednej nodze, jak to bywa w ostatnich latach. Dla takich wydarzeń warto przejechać kawał drogi na przykład ze względu na poczucie wspólnoty z ich uczestnikami, bez względu na wiek, pochodzenie czy status społeczny.

W lipcu czeka mnie openerowy koncert "Jethro Tull" nieopodal zamku Konopiště (Benešov, pięćdziesiąt kilometrów od Pragi), poprzedzony legendą czeskiego rocka lat osiemdziesiątych, grupą Stromboli. Ta eskapada zapowiada się inaczej niż węgierska: nie będzie samotna. Pojadę w towarzystwie wspomnianych tullowców, Roberta i Pawła. To oznacza mniej kontemplacji i zwiedzania, a więcej śmiechu i biesiad. Będą jednak i podobieństwa. Przede wszystkim zamierzam przywdziać tę samą koszulkę, którą miałem w trakcie występu w Budapeszcie. Z zarówno przednią jak i tylną okładką albumu "Songs From The Wood", w jakiś cudowny sposób efektownie wdrukowanymi w materiał. Wydatek spory, ale opłacił się. Nie zauważyłem, aby ktokolwiek z madziarskiej publiczności takowy t-shirt posiadał. Wzbudzał zainteresowanie. Chodziłem więc po holach Kongresowego Központu, w te i wewte, i chełpiłem się spojrzeniami wszystkich ścinających nas wzrokiem. Nas, czyli koszulkę i mnie. Łechcąc swoje ego i pielęgnując próżność oraz snobizm. Taki dumny szpaner. Niczym dziany "bananowy" młodzieniec lansujący się po alejkach centrum handlowego. "To se vrati" w Czechach!

 

Setlista: 

Living in the Past

Nothing Is Easy

Heavy Horses

Thick as a Brick

Banker Bets, Banker Wins

Jack-in-the-Green

Bourée

Farm on the Freeway

Songs From the Wood

 

[Przerwa]

 

Sweet Dream

Pastime In Good Company

Fruits of Frankenfield

Dharma for One

A New Day Yesterday

Toccata and Fugue

My God

Aqualung

 

[Bis]

 

Locomotive Breath 

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl