Marcin Sitko - autor opracowania "Marillion 1987. The Iron Curtain"

Artur Chachlowski, Marcin Sitko - autor opracowania "Marillion 1987. The Iron Curtain"

Co cię skłoniło do opracowania wydawnictwa przypominającego koncerty Marillion z 1987 roku?

Marcin Sitko: Przede wszystkim okrągła data. Trzydzieści lat od tamtego wydarzenia, to idealny czas, by powspominać. Z jednej strony nie jest to aż tak zamierzchła przeszłość żeby obrosła w niemożliwe już do zweryfikowania „fakty” – jak chociażby w przypadku koncertów The Rolling Stones w 1967 roku (o których napisałem książkę) w Sali Kongresowej i słynnego wagonu wódki. Z drugiej strony, ta historia z pewnością zasługiwała już na odkurzenie i uporządkowanie wspomnień. Fascynujących, jak się okazało.

Jak Marillion u szczytu swojej popularności trafił do Polski?

Zespół przyjechał tutaj niejako przez przypadek – jego firma płytowa (koncern EMI) i menadżerowie chcieli przeprowadzić coś na zasadzie prób generalnych przed czekającą ich światową trasą koncertową. Chcieli „ograć” zespół w kraju, gdzie nie można było kupić ich płyt, przez co ich zdaniem z pewnością nie byli tutaj popularni. Miało to gwarantować spokój przygotowań i pewną anonimowość. Skorzystał z tego państwowy PAGART sprowadzając do Polski tak popularny w świecie zespół właściwie za ich własne pieniądze. Okazało się, że takie osoby, jak Piotr Kaczkowski czy Tomek Beksiński wypromowały w Polsce Marillion na ogromną skalę. Ich wizyta spowodowała stan wrzenia. Ian Mosley, perkusista Marillion - powiedział mi, że od momentu wylądowania  na Okęciu doświadczyli tutaj czegoś na kształt beatlemani z początku lat sześćdziesiątych. O spokojnych przygotowaniach nie mogło być więc mowy. Polska publiczność mogła za to „przeżyć” sześć niezwykłych i całkowicie wyprzedanych koncertów Marillion w oryginalnym składzie, z Fishem jako wokalistą. Wśród fanów Marillion te koncerty mają dziś status – kultowych.

Co twoim zdaniem sprawiło, że Marillion jest do dziś tak popularny w Polsce?

Jestem głęboko przekonany o tym, że spowodowały to właśnie koncerty z 1987 roku. Na fali tej ugruntowanej wtedy popularności zespół wracał do Polski jeszcze wielokrotnie, już z kolejnym frontmanem. To samo czynił Fish. Steve Hogarth zresztą - uważam, że godnie zastąpił Fisha w Marillion. Polscy fani w ogromnej większości zaakceptowali jego osobę, a on docenił Polaków równie mocno, jak Fish. Marillion to potęga instrumentalna i tekstowa, zespół trzymający wysoką formę od lat. Nie ma powodów, by ta popularność osłabła, przez to wciąż ma się całkiem dobrze. Świadczą o tym wyprzedane koncerty i rankingi sprzedaży płyt.

Wydawnictwo ma tytuł nawiązujący do ówczesnej sytuacji politycznej – za „żelazną kurtyną” Czy to, że członkowie Marillion przyjechali do tej części świata, powodowało jakieś szczególne wydarzenia?

Takich sytuacji było całe mnóstwo. Fish dostał mandat w Poznaniu – oficjalnie za przechodzenie po trawie, a faktycznie – za uczestniczenie w zbiegowisku przy pomniku ofiar strajków w Poznaniu z 1956 roku. Ken Sharp, słynny fotograf pracujący ówcześnie dla poczytnego brytyjskiego „Q Magazine” został zatrzymany przez Milicję i odebrano mu film z aparatu – na szczęście w ostatniej chwili Sharp zdążył przytomnie podmienić rolki, dzięki czemu zdjęcia z Polski mogły ukazać się w tym popularnym na wyspach magazynie. Muzycy wspominają też pracowników hoteli, którzy w tajemnicy sprzedawali im radziecki kawior. Przed samym wylotem muzycy opróżnili kieszenie ze złotówek, jakie im zostały po jedenastu dniach pobytu i oddali je kobiecie sprzątającej toalety na Okęciu – ze łzami w oczach przyznała zaskoczonym Brytyjczykom, że równowartość jej półrocznych zarobków.

Czy  któryś z momentów pracy nad wydawnictwem dostarczył tobie szczególnych emocji?

Tak. Zespół przyjechał tutaj nie tylko dać kilka koncertów i zabawić się w kraju, którego słaba waluta pozwalała im właściwie na wszystko. Podczas koncertów ze sceny padały ważne słowa – Fish wspominał wizytę w Auschwitz, który to zespół zwiedził pomiędzy koncertami w Zabrzu, a także mówił do kilkunastotysięcznego tłumu o krwawych wydarzeniach tak zwanego „poznańskiego czerwca” dedykując ofiarom jeden z utworów. Wzbudzał tym ogromny entuzjazm. Ludzie czuli, że coś się kończy – ta kurtyna przecież opadła z hukiem po dwóch latach od tych koncertów. Odsłuchiwałem wiele amatorskich nagrań z tych koncertów, ktoś po prostu wniósł na nie magnetofon. Przyznam, że oczy mi się zaszkliły. To właśnie ta siła muzyki i sztuki w ogóle.

FRAGMENTY KSIĄŻKI:

O PLANACH WIZYTY W POLSCE:

– Nasz agent zapytał, czy muzycy są zainteresowani graniem za żelazną kurtyną, gdyż przedstawiciel polskiego rządu wystosował coś w rodzaju zaproszenia. Będę szczery: i ja, i zespół byliśmy tym ogromnie zainteresowani! – wspomina JOHN ARNISON, ówczesny menadżer Marillion. Szybko więc zapadła decyzja, by przygotowania do czekającego nas światowego tournée rozpocząć właśnie w Polsce. Nie mieliśmy pojęcia, jak zespół zostanie przyjęty. Wytwórnia płytowa z kolei nie miała żadnych wiarygodnych danych, czy choć jedna nasza płyta została tam kiedykolwiek sprzedana. Wiedzieliśmy tylko, że nie ma ich oficjalnie w sklepach. Wszystkim wydawało się to też świetną okazją do odwiedzenia tej części świata, w której nikt z nas wcześniej nie był. Nie chcieliśmy zmarnować tej szansy.

ANDRZEJ MARZEC (organizator trasy z ramienia PAGART): - Dla zachodnich artystów nie były to wyjazdy specjalnie dochodowe, bowiem znając realia finansowe, nie przedstawiano nam warunków, jakie te zespoły negocjowały na co dzień z promotorami z Berlina, Paryża czy z USA. Na dodatek duże i bogate zachodnie firmy płytowe traktowały Polskę, jako miejsce, gdzie na zupełnym uboczu głównych rynków można w warunkach koncertowych przygotować zespół do wyruszenia na światowe tourne – przećwiczyć materiał, zgrać ze sobą muzyków i ekipę, czy przetestować nowy sprzęt.

MARK KELLY (klawiszowiec Marillion): Usłyszeliśmy, że możemy przyjechać do Polski na zaproszenie państwowej firmy, czyli jak zrozumieliśmy – na zaproszenie rządu, który zorganizuje dla nas kilka koncertów. Mieliśmy w ten sposób w spokoju przygotować się do czekającej na nas wielomiesięcznej trasy związanej z promocją nowej płyty. Pomyśleliśmy: czemu nie? Byliśmy już popularni, występowaliśmy w obiektach mieszczących tysiące fanów. Nasza trasa była dużą produkcją. Trzeba było to wszystko przećwiczyć, najlepiej tam, gdzie być może nie jesteśmy aż tak znani. Polska? Ten kraj po drugiej stronie żelaznej kurtyny? O, to dobrze, tam nas na pewno nie znają.

WSPOMNIENIA ZAGRANICZNYCH DZIENNIKARZY:

DAVID HEPWORTH: To było standardowe działanie firm płytowych przy promocji zespołów. Zabierano dziennikarzy i fotoreporterów w trasę, szczególnie w miejsca uważane za ciekawe. Ludziom od wizerunku grup muzycznych gwarantowało to więcej publikacji o zespole niż wówczas, gdy organizowano kolejną konferencję prasową w centrum Londynu. W ten sposób właśnie trafiłem wraz z Marillion za żelazną kurtynę.

MARK KELLY: Niewielu dziennikarzy popularnej prasy kolorowej pofatygowałoby się na nasz koncert w Anglii, żeby o nim napisać, ale fakt, że byliśmy za żelazną kurtyną był dla nich interesujący.

GEORGE CHIN:  Któregoś dnia otrzymałem fax z biura Toshiby EMI w Japonii z zapytaniem, czy chcę polecieć do Polski, dokąd na koncerty wyrusza właśnie Marillion. Czułem podekscytowanie wizją tej wyprawy, nigdy wcześniej przecież tam nie byłem. Wiedziałem, że Iron Maiden koncertowali w 1986 roku w Polsce. Zapytałem więc jednego z moich znajomych, który towarzyszył wtedy zespołowi o wrażenia z Polski, żeby powiedział mi, czego w ogóle mogę się w tym miejscu spodziewać? Usłyszałem, że polska publiczność jest niezwykła i żywiołowa. Nie często koncertują tutaj znane na całym świecie zespoły, przez co za każdym razem jest to dla nich wielkim i ważnym wydarzeniem.

O POLSKICH FANACH I PUBLICZNOŚCI

IAN MOSLEY: Słuchano naszych utworów w radiu. Jak się dowiedzieliśmy, było tu kilku dziennikarzy, którzy lubili nasze brzmienie. Ludzie nie mogli tak po prostu pójść do sklepu i kupić płyt Marillion, bo ich nie sprzedawano. Polscy fani zawsze potrafili poświęcić wiele energii dla zespołu. Pamiętam, jak oblegany był nasz autokar. Zatrzymywaliśmy się, rozmawialiśmy z nimi, dawaliśmy im autografy. Z całego serca chcieliśmy dać im od siebie jak najwięcej.

MARK KELLY: Przylecieliśmy do nieznanego nam kraju i pierwsze, co nas uderzyło to… ogromna popularność naszego zespołu! W efekcie, jak się miało za chwilę okazać, mieliśmy zagrać koncerty dla jednej z najgorętszych publiczności na całej trasie. Nie spodziewaliśmy się tego. Szok! Tłumy chciały naszych autografów, ludzie biegli za autokarem, to było momentami niebezpieczne. Inni siedzieli na drodze, blokowali przejazd, żeby nas przez chwilę zobaczyć. To były sceny, jakie można zobaczyć w filmach z lat sześćdziesiątych. Czuliśmy się jak w samym środku beatlemanii!

– To wielkie odkrycie i zaskoczenie – dodaje JOHN ARNISON. Podwójne koncerty w kilkunastotysięcznych obiektach zostały wyprzedane! Jeszcze większą sensacją było to, że ludzie znali teksty wszystkich piosenek, śpiewali je z zespołem.

– Nie wiedzieliśmy, że aż tylu nas jest – mówi KATARZYNA PALARSKA (prowadząca ówcześnie Fan Klub „Grendel”). Na każdy z koncertów fani przyjeżdżali z całego kraju. W dzień występu ludzie zbierali się pod halą już od samego rana. Rozmawiali ze sobą, wymieniali się adresami, spostrzeżeniami na temat zespołu, czekali na muzyków. Wielu trzymało w rękach jakieś wycinki z gazet, a te z zagranicznych magazynów traktowano jak relikwie. Zawiązywało się wtedy wiele znajomości. Ci, którzy nie dostali się do hali, gdyż zabrakło biletów, stali pod obiektem. Widziałam też ludzi wychodzących po koncertach i płaczących.

– Pamiętam ogromną ekscytację muzyką Marillion i tymi koncertami – dodaje DAVID HEPWORTH. Widownia nie przypominała tej londyńskiej, która zwykle nie była skłonna do aż tak żywiołowych reakcji. Tutaj wszystko aż wrzało!

O HOTELOWEJ RZECZYWISTOŚCI KOŃCA LAT 80-TYCH

DAVID HEPWORTH: Pamiętam, jak usiłowałem dodzwonić się z hotelu w Poznaniu do mojego domu w Londynie. To znaczy próbowałem na recepcji zamówić rozmowę, która jak mnie uprzejmie poinformowano, miała nastąpić kilka dni po tym, jak mnie już w tym hotelu nie będzie! Co ciekawe, po jakimś czasie dyrekcja hotelu przysłała mi do Londynu rachunek za to połączenie. Cóż, dla świętego spokoju zapłaciłem.

ROMAN ROGOWIECKI (dziennikarz muzyczny, tłumacz na trasie w 1987 r.): - Tak było też z Fishem, który mówił do mnie z niedowierzaniem: „Powiedz mi to jeszcze raz, mam zamówić rozmowę? Ale skąd mam wiedzieć, gdzie będę jutro, jak oni mnie znajdą? Połączą do pokoju czy na recepcję?”. Miał dużo pytań i jak na jego bystry rozum, zbyt wiele było w tym wszystkim niewiadomych. Tłumaczyłem, żeby na potrzeby pobytu w Polsce był jak tabula rasa, nie wie o tym miejscu nic i niech nie stara się racjonalnie myśleć, bo to nic nie da. Po prostu tak tutaj jest. „No dobra, to postaw mi krzesło, będę siedział i czekał!”.

IAN MOSLEY: Pamiętam poranek w hotelu, kiedy do mojego pokoju wszedł kelner. Cieszyłem się, bo nie mogliśmy zamówić śniadania. Powiedział, że ma rosyjski kawior na sprzedaż, po czym odchylił marynarkę. Jedliśmy więc ten kawior, popijając go kawą i wódką…

O WIZYCIE W AUSHWITZ:

MARK KELLY: To jedno z moich najwyraźniejszych wspomnień z pobytu w Polsce. Nie wiem, kto pierwszy wyszedł z tą inicjatywą, lecz dobrze pamiętam, że nasz polski promotor powiedział, że owszem, zabierze nas tam, ale najlepiej nie w dzień koncertu. Zapewniał, że po wizycie w tym miejscu nie będziemy w stanie wyjść na scenę. Rzeczywiście, to było przerażające doświadczenie, ale jednocześnie dobrze, że miało miejsce. Myślę, że Auschwitz każdy powinien choć raz w życiu zobaczyć i nikt z nas nie może nigdy o nim zapomnieć.

– Co innego, gdy czytasz książki, interesujesz się tym aspektem drugiej wojny światowej, ale na odległość – dodaje IAN MOSLEY. A tutaj jesteś na miejscu, widzisz to wszystko. Niezwykłe doświadczenie. Jesteś tam i już wiesz, że nie można dopuścić do tego, żeby takie rzeczy się powtórzyły.

FISH: (kilka tygodni po wyjeździe z Polski, podczas koncertu w Niemczech) - Dwa czy trzy tygodnie temu byliśmy w Polsce. Odwiedziliśmy Auschwitz. W tym miejscu nie można nie czuć strachu. Następna piosenka jest dla młodych, którzy zginęli podczas drugiej wojny światowej i dla populacji żydowskiej dzisiejszej Europy. Jest to modlitwa, aby to nigdy więcej się nie powtórzyło. To zależy od nas!

O PIENIĄDZACH:

- Artyści otrzymywali część pieniędzy w złotówkach. Złotówka była ówcześnie zupełnie nieznaczącą walutą w Europie, nie wymienialną. Wraz z przekroczeniem granicy stawała się bezwartościowym złomem. Wymieniali więc pieniądze jeszcze u nas, na czarnym rynku. Na dolary, na funty  – mówi ANDRZEJ MARZEC - niejednokrotnie ich asekurowaliśmy, żeby nie trafiali na cinkciarzy, żeby ktoś ich nie oszukał.

DAVID HEPWORTH: Z finansowego punktu widzenia ten wyjazd nie miałby najmniejszego sensu. Złotówka nie miała wtedy żadnej wartości. Opisałem w moim reportażu z Polski znamienne zdarzenie, kiedy członkowie zespołu oddali przed samym odlotem część swoich kieszonkowych pieniędzy, których nie zdołali wydać, kobiecie sprzątającej pomieszczenia na lotnisku w Warszawie.

IAN MOSLEY: Ze łzami w oczach powiedziała nam, że to jej półroczne zarobki, a my po prostu oddaliśmy jej resztę pieniędzy, które zostały nam w kieszeniach…

CORI JOSIAS (chórki): W hotelowym barze zamówiłam kolejkę drinków dla kilku zaprzyjaźnionych Polaków, których poznałam w tym miejscu. Jeden z nich był lekarzem. Powiedział: „Cori, ta kolejka kosztowała cię dokładnie tyle, ile ja zarabiam w ciągu miesiąca”. Byłam w szoku!

O SPOTKANIACH Z MILICJĄ:

ANDRZEJ MARZEC: Grupa ludzi spaceruje po mieście, nie mówią po Polsku, towarzyszą im reporterzy. Do tego interesują się pomnikiem przy którym swoje wiece organizuje opozycja. Ciągną się też za nimi fani. Szybko zwróciło to uwagę milicjantów. W końcu wezwali do siebie mnie i Fisha – chyba dlatego, że był najwyższy i najbardziej rzucał się w oczy. Spisali nas, a on na dodatek Fish dostał mandat. Jego to rozbawiło, ale pamiętał, że został przez nas wcześniej uprzedzony, że takie zdarzenia mogą mieć miejsce podczas wizyt w miejscach publicznych. Mówiliśmy naszym gościom, że ci ludzie, którzy będą nas kontrolować  czy nawet spisywać  najczęściej też mają taki sam stosunek do tej rzeczywistości, jak my czy oni. Dlatego to pewnie wszystko w diabły potrafiło za niedługo pójść, cała ta "komuna".

– Ci milicjanci sami nie wiedzieli do końca, za co mają mnie ukarać, więc wymyślili, że dadzą mi mandat za „przechodzenie po trawie” – wspomina FISH. To było mocno naciągane, bo ja jako jedyny z zespołu stałem na chodniku… Grozili, że nas zaaresztują, jeśli się nie rozejdziemy. Byli bardzo poirytowani. Skończyło się na mandacie, moim zdaniem zdecydowanie za wysokim. Dawałem im stanowczo do zrozumienia, że jego wartość jest zawyżona.

DAVID HEPWORTH: Naszemu fotoreporterowi Kenowi Sharpowi próbowano zarekwirować film z aparatu. Na szczęście Ken zachował zimną krew i oddał milicjantom pustą rolkę. Dzięki czemu mogliśmy w „Q Magazine” opublikować zdjęcia z Polski, w tym to, na którym Fish stoi przy milicyjnym samochodzie.

MLWZ album na 15-lecie
MojaFabryka.pl