Genesis, Chorzów, 21.06.2007: Dziesięć lat burzowej legendy, czyli jak Genesis pokonał żywioł w chorzowskim kotle czarownic

Maurycy Nowakowski, Genesis, Chorzów, 21.06.2007: Dziesięć lat burzowej legendy, czyli jak Genesis pokonał żywioł w chorzowskim kotle czarownic

To wszystko wydawało się nieprawdopodobne. Dziesięć lat temu odbył się koncert, który nie miał prawa się odbyć. Koncert zespołu, który od wielu lat nie funkcjonował i mało kto już wierzył, że ten stan rzeczy ulegnie jeszcze kiedykolwiek zmianie. Czasami jednak życie pisze takie scenariusze, za które każdy scenarzysta zostałby bezceremonialnie wyśmiany pod zarzutem naiwnego bajkopisarstwo. Genesis? W Polsce?? W składzie z najpopularniejszego okresu, z Philem Collinsem przy mikrofonie i za perkusją?? W trakcie sześciogodzinnej ulewy, pod gołym, ciosanym piorunami niebem?! Gdyby ktoś wymyślił taką historię, powiedzmy latem 2006 roku, wzbudziłby uśmieszki politowania. 21 czerwca 2007 roku na stadionie Śląskim w Chorzowie odbył się jeden z najważniejszych i najbardziej spektakularnych koncertów, jakie kiedykolwiek odbyły się na polskiej ziemi.

Miałem już dosyć serialu pod tytułem „reaktywacja Genesis”. Stawał się on powoli nieznośnym tasiemcem na miarę latynoskich telenowel. Podobnie jak one ciągnął się kilka lat i tak samo nic z tego nie wynikało. Zaczęło się pod koniec ubiegłego wieku. Gdy okazało się, że skład z Rayem Wilsonem nie będzie już funkcjonował, a „Calling All Stations” nie doczeka następcy, wystartował nieregularny festiwal doniesień, przecieków i plotek o planowanym Reunion Genesis w jednym ze starych składów. Najpierw bodaj w 1999 roku Phil Collins wyskoczył z pomysłem zagrania koncertu w klasycznym zestawieniu (Banks, Collins, Rutherford, Gabriel i Hackett) z okazji wydania boxu „Genesis Archive 1967-1975”. Panowie spotkali się wówczas na wspólnym obiedzie, ale na pogadance o zagraniu na żywo albumu „The Lamb Lies Down on Broadway” się skończyło. I tego typu sytuacje powtarzały się co kilkanaście miesięcy do 2006 roku włącznie, a nadzieje raz rosły, raz malały.

gen1Nawet w najbardziej naiwnym marzycielu w pewnym momencie pojawia się sceptycyzm. Gdy kolejna burza medialna rozpętała się wiosną 2006 roku, wyglądało to już nieco groteskowo. Tymczasem wtedy, dla odmiany, była to pochodna poważnych planów, które zaowocować miały trasą koncertową. Znów panowie pierwotnie próbowali skrzyknąć skład z klasycznego okresu. Na solowy koncert Collinsa (trasa First Farewell Tour) do Glasgow w listopadzie 2005 roku przylecieli Banks, Rutherford, Gabriel i Hackett. Pogadali dobre dwie godziny (w sześciu, towarzyszył im jeszcze menedżer Tony Smith) o ewentualnej trasie „The Lamb Lies Down on Broadway” i dopóki nie próbowali rozmawiać o konkretach, było miło. Kiedy tylko padały konkretne propozycje, terminy i szczegóły ewentualnej trasy, momentalnie pojawiały się rozbieżności. Summa summarum Peter Gabriel stwierdził, że musi najpierw nagrać solowy album i wymiksował się z całej sytuacji (nie nagrał tego albumu do dziś, a ostatecznie pojechał w solową trasę w tym samym czasie co Genesis). Wraz z Gabrielem hotelowy pokój w Glasgow opuścił też Steve Hackett. Gdy Tony Banks, Mike Rutherford i Phil Collins zostali we trzech, wszystko momentalnie stało się jasne i proste do zrealizowania. To wtedy zapadła decyzja, że Genesis zostanie reaktywowany w składzie „popularnym” czyli trio, plus gitarzysta Daryl Stuermer i perkusista Chester Thompson. Zespół miał zagrać niewielką trasę latem 2007 roku. Jej szczegóły ogłoszono rok później, 7 listopada 2006r. podczas konferencji prasowej w londyńskim hotelu Mayfair. Trwały już wówczas próby, na które Collins zaprosił Tony’ego i Mike’a do szwajcarskiego Cossonay.

To co przez lata 1999-2006 z każdym kolejnym rokiem wydawało się coraz mniej prawdopodobne, ostatecznie stało się faktem. Genesis wracał na koncertowe szlaki. Emocje od początku były nieco studzone – muzycy oficjalnie nie planowali nagrań nowego albumu, tour miał być krótki i jednorazowy – ale i tak głowy fanów na całym świecie rozpaliły się do czerwoności. Od ostatniej trasy tego wcielenia Genesis mijało już wówczas piętnaście lat. Ludzie zdążyli się stęsknić, a i w międzyczasie pojawiła się przecież całkiem spora grupa nowych, młodszych fanów, którzy nie mieli szans zobaczyć Genesis w 1992 roku.

gen3Collins, który już wówczas miał za sobą przejście na koncertową emeryturę (First Farewell Tour) upierał się by nie nazywać tego trasą, tylko „selection of shows” (wybór koncertów). Faktycznie, jak na standardy genesisowe, liczba 21 koncertów (drugie tyle zaplanowano na jesień 2007 w USA) specjalnie nie imponowała w porównaniu z poprzednimi trasami (często grubo ponad sto występów). Dokładny plan trasy pojawił się jeszcze w listopadzie, również jesienią ruszyła sprzedaż biletów. Osiem koncertów w Niemczech, oprócz tego Anglia, Finlandia, Czechy, Włochy, Belgia, Francja, Holandia, Austria, Szwajcaria, Dania i Polska. 21 czerwca, siódmym przystankiem „Turn it on Again: A Selection of Shows” był chorzowski Stadion Śląski.

Trasa nie była rozbudowana, ale cała machina koncertowa naprawdę imponowała. Zespół dysponował czterema scenami. Rozstawienie jednej zajmowało cztery dni, więc kilka ekip technicznych podróżowało po Europie z kilkudniowym wyprzedzeniem i przed każdym koncertem przez kilkadziesiąt godzin przygotowywało techniczny fundament spektaklu. Scena zachwycała. Nad rozłożystym, rozświetlonym, charakterystycznym „ślimakiem”, zwieńczonym na obu krańcach okrągłymi telebimami, liczącym w najwyższych miejscach ponad sto metrów, górowały jeszcze wyższe wieże oświetleniowe. Rzecz przemyślana na wielkie, stadionowe koncerty. Całość zaprojektował Mark Fisher, wybitny architekt, współpracujący wcześniej m.in. z Pink Floyd (spektakle The Wall, trasa The Division Bell), Peterem Gabrielem (spektakl Millenium Dome), czy U2 (Popmart Tour). Do tego przygotowano liczne wizualizacje i efektowne światła, za które odpowiadał z kolei inny wybitny artysta w swojej dziedzinie, Patrick Woodroffe. Konstrukcja robiła gigantyczne wrażenie, ale sama scena przeznaczona dla zespołu nie należała do największych. Muzycy skupieni byli na czterdziestu metrach kwadratowych, a kilka metrów nad głowami mieli przeźroczysty daszek, co dawało wrażenie swoistej kameralności występu nawet na wielkich stadionach.

Zaczęli 11 czerwca od Helsinek, gdzie już trochę siąpiło. Niebo od pierwszych koncertów przypominało o swoistej „klątwie” nawiedzającej Genesis w trakcie występów open-air. Już w latach siedemdziesiątych zauważono, że ten zespół nie ma szczęścia do występów pod gołym niebem. Co grupa wychyliła głowę z klubów, teatrów i hal, zaraz miała ją mokrą. Obecność Genesis na letnich festiwalach od dawien dawna wiązała się z ryzykiem oberwania chmury i błotną kąpielą na widowni. Do legendy przeszedł chociażby błotnisto-deszczowy koncert „Six of the Best” w Knebworth, czyli jedyny Reunion z Peterem Gabrielem i Stevem Hackettem w 1982 roku. W XXI wieku deszczowa klątwa nie opuszczała zespołu. Deszcz, początkowo niewielki, podążał za grupą od startu w Helsinkach, pokropiło też w Herning i Pradze, ale największy spektakl matka natura zaplanowała właśnie w Chorzowie…

gen4Rano i wczesnym popołudniem nic nie zwiastowało tragedii. Fani Genesis z całej Polski i kilku innych krajów mogli przybyć do Chorzowa w koszulkach z krótkimi rękawami i koniecznie w okularach przeciwsłonecznych. 21 dzień czerwca 2007 roku do godziny 15.30 na Górnym Śląsku był dniem gorącym i słonecznym, a kręcący się wokół stadionu ludzie przecierali z czół kropelki potu i zasłaniali rozgrzane słońcem głowy czapeczkami z daszkiem. Kilka godzin później na nikim nie było już suchej nitki. Pierwsza burza z ulewą zaatakowała o wpół do czwartej jeszcze przed otwarciem stadionowych bram. Drugi atak nastąpił już po wejściu na teren obiektu. Prażące promienie słońca momentalnie zastąpiła waląca się z nieba ściana deszczu, która miał ustąpić dopiero po koncercie. Kumulujące się, niemalże szorujące „brzuchami” po masztach oświetleniowych spasione chmury nie pozostawiały złudzeń. Tego dnia w Chorzowie miała spaść rekordowa ilość deszczu, a jakby tego było mało, coraz częściej i groźniej grzmiało. Jaskrawe rozcięcia na niebie zdawały się szukać niebezpiecznego kontaktu z najwyższymi elementami konstrukcji sceny. Mimo, że był to jeden z najdłuższych dni w roku, o godzinie dziewiętnastej panował już niemal jesienny mrok.

Mieli zacząć o 20.30, ale jeszcze o ósmej koncert dawała burza z piorunami. Mimo to pięć po ósmej ekipa odsłoniła scenę, do tamtej pory ukrytą za czarną kotarą. Ponad czterdziestotysięczny przemoczony tłum odzyskiwał wiarę, że koncert mimo wszystko się odbędzie, ale już po kilku kolejnych minutach nadzieję nadwątlił spiker oznajmiając, że jeśli pogoda się jeszcze pogorszy, występ zostanie odwołany. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy wieloletnie oczekiwania na wielki spektakl jednego z najwybitniejszych zespołów w historii muzyki nie zakończy się rozejściem do domów w przemoczonych ciuchach i z nosem na kwintę. O 20.30, czyli w momencie kiedy powinny wybrzmieć pierwsze akordy fanfarowego otwarcia „Behind the Lines”, na scenie, zamiast muzyków, pojawił się menedżer Tony Smith. Odbył krótką rozmowę z jednym z technicznych. Obaj wymownie kręcili głowami spoglądając w górę na bezlitosne i niekończące się pasmo brunatnych chmur serwujących obfitą kąpiel już trzecią godzinę. Nie było chyba jednej osoby, która w tym momencie nie zwątpiłaby w ten koncert. Woda była już wszędzie. Wsiąkała w rękawy i nogawki, chlupotała w butach, kapała z włosów, wisiała w powietrzu, leciała z nieba i gromadziła się chmurach, jak w wielkich, przeciekających baniakach. Stadion Śląski sprawiał wrażenie gigantycznej wanny, z której lada chwila zacznie się przelewać. Było mokro i byłoby też kompletnie ciemno, gdyby nie to, że niebo co kilkanaście sekund przecinały błyski nieodległych piorunów rozświetlając stadion na ułamki sekund. Groźnie wyglądała scena ze wspinającym się po kilkudziesięciometrowym maszcie członkiem ekipy, który albo miał jeszcze coś ważnego do zrobienia, albo postanowił poigrać ze śmiercią.

gen5Były wielkie obawy. Ten koncert ze względów bezpieczeństwa prawdopodobnie nie powinien był się odbyć. Gigantyczne, liczące ponad sto metrów maszty oświetleniowe aż prosiły się o krótkie spięcie z grasującymi nad chorzowskim niebem piorunami. Litry wody atakujące z porywistym wiatrem (hulał nawet w niecce płyty stadionu mimo trybun ją okalających), pod sporym kątem wlewały się również na scenę, powodując awarię „efektów” Daryla Stuermera i klawiatur Tony’ego Banksa. Naprawdę mieli prawo nie grać tego koncertu. Bałem się, że w ogóle nie wyjdą na scenę. Ale jeszcze bardziej bałem się, że wyjdą by zagrać dwa numery, po czym przeproszą i po kwadransie dla bezpieczeństwa przerwą występ. Było za piętnaście dziewiąta – zrobiło się jeszcze ciemniej, deszcz zaatakował jeszcze mocniej – kiedy z gardeł fanów dobyło się gromkie i gorące: „Genesis!! Genesis!!” I o dziwo wyszli. Trudno powiedzieć co przekonało muzyków nastawionych na megaprofesjonalne koncerty, by jednak zagrać w tak skrajnie niesprzyjających, czy wręcz niebezpiecznych okolicznościach. O 20.47 wymaszerowali zza kulis, zajęli miejsca. Phil Collins i Chester Thompson za zestawami perkusyjnymi, Mike Rutherford i Daryl Stuermer z prawej strony sceny z gitarami i Tony Banks przy klawiaturach po lewej. To on zaczął, uderzając pierwsze akordy „Behind the Lines”.

To muzycznie nie był idealny koncert. Chwilami szwankowała przemoczona technika, a muzycy nie mieli pełnego komfortu zdając sobie sprawę z niebezpiecznego spektaklu odbywającego się nad ich głowami (nie zapomnę zaniepokojonej miny Mike’a Rutherforda po jednym z grzmotów, którego huk przebił się przez dźwięki wykonywanego utworu). Z czasem deszcz może nieco zelżał, ale nie przestawał padać. To już jednak nie miało większego znaczenia. Gorzej zmoknąć się już nie dało, a najważniejsze było to, że Genesis jest na scenie i koncert wbrew wszelkiej logice trwa. I tylko momentami drżało serce, kiedy piorun uderzał zbyt blisko, jak choćby pod koniec „Land of Confusion” przecinając niebo idealnie w momencie zakończenia piosenki. Nie ma przypadków…

Ten wieczór pod względem aury okazał się dramatyczny, ale ostatecznie nie miało to aż tak wielkiego wpływu na sam przebieg występu. Z rzeczy wartych odnotowania należy wspomnieć wyłączenie klawiatur Banksa w końcówce „Turn It On Again” i szwankujące efekty Stuermera. Poza tym udało się zespołowi zagrać pełen set bez większych komplikacji, przerw, awarii czy skrótów. W efekcie w Chorzowie wybrzmiał kompletny, stuczterdziestominutowy set prezentujący przekrój dorobku Genesis, obejmujący zarówno okres „progresywno-klasyczny”, czyli utwory z lat 1970-1974, jak również okresów: „przejściowego” (numery z lat 1976-1980) i „popularnego” (piosenki z lat 1983-1991). Grubo ponad dwie godziny grania, prezentacja prawie całego spektrum artystycznych zainteresowań i dokonań zespołu z trzech dekad aktywnej działalności (prawie, gdyż zespół nie sięgnął po materiał z „Calling All Stations”, albumu w którego powstaniu nie brał udziału Phil Collins).

Inteligentnie ułożony set prezentował się niczym zwarta opowieść o muzycznej historii Genesis. Energetyczny, instrumentalny początek w postaci fragmentów „Behind the Lines” i „Dukes End” złączonych ze sobą, łagodnie przeszedł w „Turn It On Again”, piosenkę-szyld trasy i zarazem jeden z pierwszych wielkich przebojów grupy. Później „No Son of Mine” i „Land of Confusion” – dwa dynamiczne rockery i mega-hity przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Jeśli pierwsze dwadzieścia minut miało napędzić koncert energiczną przebojowością, tak trwający ponad kwadrans „In the Cage Medley” był pierwszą, bardzo odważną wycieczką w progresywne zakamarki lat siedemdziesiątych. „In The Cage” zaśpiewany oryginalnie jeszcze przez Petera Gabriela, zyskał później (w 1980 roku) drugie koncertowe życie w kapitalnej interpretacji Collinsa i drapieżnym wykonaniu instrumentalnym przyjmującym formę składanki, dzięki włączeniu kilku klasycznych fragmentów innych utworów. W Chorzowie w ramach tej kompozycji wybrzmiały też „Cinema Show” i „Dukes Travels”, po czym zespół łagodnie zwieńczył dzieło subtelnie narastającą balladą „Afterglow”. Esencja wrażliwości, pomysłowości i kompozycyjnego kunsztu Genesis z najpłodniejszego okresu. Później znów piętnaście minut przebojowego grania w różnym stylu i z różnych okresów. Ballada „Hold on my Heart” przypominała ostatni album nagrany w składzie Banks, Collins, Rutherford („We Can’t Dance”), motoryczny „Home by the Sea” wraz z drugą, instrumentalną częścią tego utworu stanowił jeden z dwóch (obok „Mamy”) najmocniejszych punktów płyty „Genesis” (1983), a „Follow You, Follow Me” z roku 1978 przenosił na album „…and then there were three…” – pierwszy nagrany w trzyosobowym składzie. Tu Collins wyjątkowo zaśpiewał zza perkusji, a na telebimie wyświetlono film: paradę kilkunastu bohaterów z okładek albumów i literackiego świata Genesis. Pojawił się m.in. Albert ze swoim oknem wyjęty z okładki „Duke”, maszerowały postacie z malowniczej okładki „A Trick of the Tail”, a Cynthia kijem do krokieta odbijała ściętą głowę Henry’ego…

Instrumentalne serce utworu „Firth of Fifth” i wydłużona wersja piosenki „I Know What I Like” przeniosły słuchaczy na blisko kwadrans na jeden z kultowych albumów „ery gabrielowej” „Selling England by the Pound”. Banks i Stuermer znów wycięli siarczyste sola, a Collins, jak za starych dobrych lat, zatańczył swój „błazeński taniec” z tamburynem. Tonąca już powoli publiczność dała się nawet ochoczo wciągnąć w dialog z Philem, który tradycyjnie w tym fragmencie dyrygował tłumem.

gen6Collins imponował formą zarówno wokalną jak i perkusyjną, ale nic nie stracił również ze swojej legendarnej charyzmy. Już na starcie rozbroił fanów czarnym humorem, bo gdy podszedł do mikrofonu, by przywitać się z publicznością, zaczął od słów: all I want to say is: fucking deszcz… Nic dodać, nic ująć, a polscy fani przyjęli jego deklarację owacyjnie. Byliśmy tego samego zdania. Przed następnymi utworami sięgał po kartkę i łamał język na kolejnych polskich zapowiedziach: stara, stara, stara piosenka (przed „In the Cage”), straghny dom i straghny duch (przed „Home by the Sea”). Zachęcał też ludzi do wspólnych jęków w stronę niebios przed „Home by the Sea”, co akurat w ten wieczór nabierało nieco innego znaczenia (niestety modły o koniec deszczu nie pomagały…). Była też legendarna już zabawa w „ludzkie domino”, co również wyszło całkiem sprawnie biorąc pod uwagę fakt, że słuchacze mieli na sobie nasiąknięte, a przez to ważące już w tym momencie kilka kilogramów bluzy utrudniające wszelkie ruchy, i sztywniejące z każdą minutą dżinsy. Nieliczni przewidujący „szczęściarze” machali rękami spod przeźroczystych, ograniczających ruchy przeciwdeszczowych płaszczyków pryskając wodą na wszystkie strony.

W drugiej połowie koncertu znów sypnęło przebojami. „Mama”, „Throwing It All Away”, „Tonight, Tonight, Tonight”, „Invisible Touch”, „I Can’t Dance” i równie przebojowy, jak topowe single „Domino”. Zwolennicy starszej, progresywnej twarzy Genesis dostali z kolei przepiękną balladę „Ripples”, brawurowe, jazz-rockowe „Los Endos” zapowiedziane tradycyjnie fantastycznym popisem perkusyjnym Phila i Chestera (rozpoczętego od gry na krzesłach barowych) i na sam koniec nieśmiertelne, przeurocze „Carpet Crawlers”. Wraz z ostatnimi dźwiękami pożegnalnej ballady spadły z nieba ostatnie krople deszczu. Tak kończył się ten koncert. Podtopiona publiczność żegnała zespół owacyjnie. Mimo zgrabiałych od zimna i wilgoci dłoni, były gęste brawa. Było też gromkie: „Genesis, Genesis!”. I bardzo w ten wieczór zasłużone: „dziękujemy, dziękujemy!”. Muzycy również sprawiali wrażenie wdzięcznych ludziom, że przetrwali z nimi ten arcytrudny koncert. Kto wie, czy widok stojących przez sześć godzin na deszczu fanów nie jest w pewnym momencie kariery największą nagrodą i niezbitym już dowodem na wielką wartość muzyki i znaczenie, jaki ma ona dla słuchaczy. Jeszcze kilka miesięcy po chorzowskim koncercie Phil Collins i Daryl Stuermer z podziwem wspominali w wywiadach dla brytyjskich i kanadyjskich mediów polską publiczność (Collins pisał o tym koncercie nawet w swojej autobiografii).

Mija dziesięć lat od tamtego nieprawdopodobnego wieczoru. Czas pokazał, że był to ostatni moment na zorganizowanie tego typu trasy. Lada chwila miało posypać się zdrowie Collinsa. W trakcie jednego z amerykańskich koncertów Phil nadwerężył jeden z kręgów, musiał poddać się operacji, co uruchomiło lawinę problemów zdrowotnych i sprawiło, że przez kilka lat Collins częściej niż po mikrofon i pałeczki sięgał po butelkę. Dopiero lektura jego autobiografii „Jeszcze nie umarłem” uświadomiła, jak wielki przechodził kryzys między 2008 a 2016 rokiem i dlaczego nie było szans na kontynuowanie działalności po sukcesie „Turn it on Again – A Selection of Shows”. I nawet jeśli tamta mini trasa stanowiła już tylko „łabędzi śpiew” grupy, nawet jeśli nie wybrzmiała wówczas ani jedna nowa nuta, nawet jeśli większość utworów została zagrana w obniżonej tonacji (co osłabiło nieco dynamikę), nawet jeśli czułem się na tym koncercie jakbym przez sześć godzin stał pod intensywnym prysznicem, w ubraniu wyjętym z głębokiej kałuży, to możliwość zobaczenia Genesis na żywo w tym składzie i mimo upływu lat wciąż w wysokiej formie, była absolutnie bezcenna.

I tylko odtworzony już z płyty przy rozchodzącej się publiczności utwór „Fading Lights” łapał za serce słowami: Another chance hello, another goodbye… and so many things you never see again. Z Genesis bowiem nigdy nie wiadomo, które „witaj” będzie ostatnie, a której „żegnaj” już nieodwołalne.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl