Phil Collins - Kolonia, Lanxess Arena, 15.06.2017

Maurycy Nowakowski, Phil Collins - Kolonia, Lanxess Arena, 15.06.2017

Wiele było wątpliwości. Czy podoła? Czy to ma sens? Czy nie rzuca się z motyką na słońce? Wiem, że wiele osób zrezygnowało z wyjazdu na te koncerty nie wierząc, że ta trasa może się w ogóle udać. Z jednej strony rozumiałem, z drugiej, miałem do tej sytuacji zupełnie inny stosunek. Prawda jest taka, że pojechałbym na koncert nawet gdyby Collins miał 105 lat i postanowił zaśpiewać spod szpitalnej kroplówki. Aż tak źle nie było, ale warto przypomnieć, że geneza tej trasy naprawdę nie była optymistyczna.

W telegraficznym skrócie. Trzecie rozbite małżeństwo, dzieci, w tym dwoje małoletnich, rozsiane po całym świecie, depresja, alkoholizm, zrujnowany kręgosłup, czego efektem są kłopoty z chodzeniem, brak pełnej władzy w dłoniach, a do tego niepokojąca łamliwość kości (podobno efekt używania kortyzonu dla utrzymania formy wokalnej). Tak wyglądało ostatnie kilkanaście lat życia Phila Collinsa, które z dynamicznego, silnego faceta zrobiły niemalże niedołężnego staruszka. Brutalna prawda jest taka, że Collins – używając terminologii bokserskiej – padł na deski i był już liczony. Opiekujący się nim lekarze w pewnym momencie poradzili mu uregulowanie spraw spadkowych. Wyglądało to naprawdę bardzo źle. Niewiele brakowało, a byłby kolejnym obok Davida Bowiego, Prince’a, George’a Micheala… ale ostatecznie dał radę się podnieść. Naprawdę nie musiał grać tych koncertów. Nie miał żadnych zobowiązań promocyjnych, ani presji finansowej. Fani wybaczyliby mu brak aktywności. Ale wygląda na to, że Collins należy do tej grupy ludzi, którym emerytura po prostu nie jest pisana. Daleki jestem od twierdzenia, że waląca się na niego lawina problemów związana była z bezczynnością – wiadomo, wiek robi swoje, a i długie lata intensywnej eksploatacji musiały odbić się na kondycji organizmu – ale trudno oprzeć się wrażeniu, że Collins jednak lepiej funkcjonuje, kiedy jest w świecie, który ukochał bezgranicznie, czyli w świecie aktywności muzycznej. Gdyby przejrzeć jego kalendarze z poprzednich dekad można by dojść do wniosku, że Phil innego świata po prostu nie zna. Po zliczeniu wszystkich terminów, pewnie okazałoby się, że więcej czasu spędził w hotelach niż we własnym domu. Tak, są wśród nas ludzie, którzy nie powinni się zatrzymywać, bo gdy to robią, zaczynają umierać…

collins2Gdy ogłosił trasę „Jeszcze nie umarłem”, obok radości, że znów będzie go można zobaczyć, pojawiło się też mnóstwo wątpliwości. Wiadome było, że ledwo chodzi, z trudem przemieszcza się o kulach. Wiadomo też było, że palce odmawiają mu posłuszeństwa, przez co jego gra na perkusji już od kilku lat jest mocno utrudniona (obecnie nawet wykluczona), bo nie jest w stanie utrzymać w dłoni pałeczek. Wreszcie forma wokalna… telewizyjne występy z jesieni ubiegłego roku pokazały, że z głosem również nie jest najlepiej. Nawet w wolniejszych tempach i obniżonych tonacjach wyraźnie nie wyciągał niektórych dźwięków i męczył się z piosenkami, które jeszcze dziesięć lat temu zaśpiewałby pewnie bez rozgrzewki, z palcem w nosie, zbudzony w środku nocy. To wszystko nie napawało optymizmem.

Z jednej strony rzucał się na głęboką wodę, z drugiej zachowywał pewną dozę zdrowego rozsądku planując tę trasę od strony logistycznej dosyć ostrożnie. Postawił na trasę stacjonarną, przemieszczanie się ekipy ograniczono początkowo do trzech przystanków. Tym razem dojeżdżać mieli fani. Wybrano trzy wielkie miasta, w trzech miejscach Europy z dobrą komunikacją. W każdym po pięć koncertów, bo hale choć spore (może poza Royal Albert Hall) nie dałyby rady pomieścić wszystkich chętnych, a na stadionach grać nie chciał. Padło na Londyn, Kolonię i Paryż. Dwieście tysięcy biletów na te piętnaście koncertów rozeszło się jak kubeczki chłodnej wody na środku pustyni. W reakcji na popyt doszły później jeszcze dodatkowe, pojedyncze koncerty w Liverpoolu, Dublinie i kolejny w Londynie, ale tym razem pod gołym niebem Hyde Parku, tak by limity publiczności nie były już tak boleśnie ograniczone (Royal Albert Hall przyjmuje niewiele ponad pięć tysięcy ludzi).

Dotarłem na czwarty koncert koloński, 15 czerwca do Lanxess Areny.

Lanxess Arena to typowy, duży (pojemność 18 tysięcy) nowoczesny obiekt ze świetną widocznością niemalże z każdego miejsca w hali i wzorcową akustyką. Ot, niemiecki wysoki standard XXI wieku, na szczęście coraz częściej spotykany również w Polsce. Miejsce bardzo dobre na duży koncert klasowego wykonawcy. Wejście do obiektu zaskakująco bezproblemowe. O 19.00, na godzinę przed planowanym początkiem koncertu, hala była niemal pełna, choć tylko część ludzi zajmowała swoje miejsca. Gęste tłumy okupowały foyer, ludzie uzupełniali płyny (wieczór był duszny), a i przy stoiskach z pamiątkami warto było przystanąć.

collins3Collins wyszedł na scenę dziewięć minut po godzinie dwudziestej. Gdy tylko pojawił się na skraju sceny i rozpoczął niespieszny spacer o lasce w kierunku fotela, na którym miał spędzić cały występ, przywitały go głośne i bardzo długie owacje. Zdążył przekuśtykać te kilkanaście metrów, usiąść i od razu zaczął w starym, dobrym stylu droczyć się z fanami. Najpierw żartobliwie pukał się palcem w nadgarstek, sygnalizując upływający czas, a gdy ludzie wreszcie zamilkli, ukłonił się, powiedział: „dobranoc” i dźwignął się lekko z fotela udając, że to by było na tyle… fani chwycili żart, hala wybuchła śmiechem. Pierwsze lody zostały przełamane. Później krótka, szczera przemowa. Wiem, że już ogłosiłem emeryturę, ale po prostu stęskniłem się za wami – powiedział, i trudno mu było nie wierzyć. Cisnęła się na usta odpowiedź: „i wzajemnie”, ale chyba nie musieliśmy tego mówić. Frekwencja i atmosfera mówiły to za nas.

I choć był to wieczór wzajemnej tęsknoty, a kredyt zaufania od publiczności był naprawdę spory, Collins nie zamierzał się oszczędzać, bardziej niż musiał. Wszyscy wiedzieli, że nie zagra na perkusji nawet jednego dźwięku, że nie będzie takim ruchliwym mistrzem ceremonii, jakim zawsze był, że wokalnie również nie będzie już fajerwerków, że summa summarum pod względem dynamiki będzie to niższy poziom, niż przed laty. Ta nowa dla wszystkich sytuacja została jednak przyjęta ze zrozumieniem, a Collins tam gdzie mógł – i tak dawał z siebie wszystko. Obronić miały się piękne kompozycje, imponować miał bogaty skład instrumentalny i brzmienie, plus oczywiście otoczka wizualna – jak zwykle, piękne, efektowne, odważne światła.

Po krótkim przywitaniu, bez zbędnych ceregieli, kwadrans po dwudziestej, przeszedł do rzeczy. Na pierwszy rzut poszedł „Against All Odds”, po nim „Another Day In Paradise” i „One More Night” – trzy mega przeboje. Dla fanów początek marzenie, dla zespołu raczej łagodne wejście w koncert. Siły na dynamiczniejsze popisy cały zespół oszczędzał na drugą połowę. Nieco żywszy „Wake up Call”, wyjęty z programu mocno niedocenionej, ostatniej regularnej płyty studyjnej „Testify”, poprzedził dwie kolejne diametralnie różne ballady – „Follow You Follow Me” z repertuaru Genesis i hipnotyzującą, nostalgiczną „Can’t Turn Back the Years”. I choć czuć było, że grupa te pierwsze pół godziny zagrała góra na trzecim biegu, fanom coraz trudniej było usiedzieć na krzesełkach. Pod koniec pierwszej części koncertu proporcje zaczęły się zmieniać. Pojawiły się numery dynamiczniejsze, jak kapitalny „I Missed Again” (gdzie wreszcie mogły błysnąć dęciaki), prowadzony mocnym, funkowym uderzeniem „Hang In Long Enough”, który po raz pierwszy podniósł publiczność w całej hali, czy zamykający pierwszy set „Only You Know and I Know”. Między tymi numerami tylko urocza, wzruszająca dialogiem wokalnym ballada „Seperate Lives” wyciszyła nieco atmosferę.

Sety rozdzieliła dwudziestominutowa przerwa umilona zestawem żartobliwych reklam (wyświetlonych na telebimie), w których tytuły kolejnych szlagierów Collinsa i Genesis zostały wykorzystane jako slogany, lub nazwy produktów. Sympatyczna ciekawostka.

collins5Druga część koncertu miała już inną dynamikę. Otworzył ją popisem perkusyjnym Nicholas Collins, 16-letni syn Phila i jego niemalże perkusyjna kopia. Wspierał go perkusjonista Luis Conte, dzięki czemu kilkudziesięcioletnia już tradycja duetów perkusyjnych (Chester Thompson – Phil Collins) została podtrzymana. Wyciszony popis logicznie i łagodnie rozpoczął oparty na zamaszystym uderzeniu bębnów „I Don’t Care Anymore”. Narastający, w pewnym momencie bardzo masywny i dramatyczny w swojej wymowie numer z 1982 roku stanowił jeden ze spokojniejszych fragmentów tej części koncertu. Intymniej zrobiło się tylko raz, na krótkie dwie minuty z sekundami, kiedy to Nicholas przesiadł się zza perkusji do pianina, by akompaniować ojcu w uroczej balladzie „You Know What I Mean”. Od legendarnego już „In The Air Tonight” koncert wszedł na najwyższy poziom dynamiki. Ostatnie pół godziny to już była jazda bez trzymanki. Hit za hitem, tempo maksymalnie podkręcone. Najpierw „You Can’t Hurry Love”, a później bez przerwy na oddech: „Dance Into the Light”, „Invisible Touch”, „Easy Lover” i finałowe „Sussudio” z tradycyjnym wybuchem serpentyn i konfetti. Na widowni przez te pół godziny nikt już nie siedział.

W burzy braw muzycy zeszli na kilkadziesiąt sekund ze sceny, by wrócić na obowiązkowy bis w postaci „Take Me Home”, bez którego przecież nie mogło się obyć. Na więcej nie było szans, a szkoda, bo pozostał leciutki niedosyt. Gdyby tak jeszcze „Turn It On Again”, notabene próbowany przed trasą, albo „Don’t Loose My Number”… albo cokolwiek z bogatego repertuaru Collinsa, co przedłużyłoby ten koncert choćby o trzy-cztery minuty. Nic z tego. Zegarek pokazywał kwadrans do dwudziestej trzeciej. Dwie godziny grania, dwa godzinne sety, każdy po dziesięć utworów. I tak sporo biorąc pod uwagę kondycję Collinsa.

To był bardzo dobry koncert. Phil nawet w formie na „trzy plus” jest wielką atrakcją koncertową, jego repertuar w dobrym wykonaniu zawsze się obroni, bo to są w znakomitej większości wyborne piosenki, a zespół którym się otoczył prezentuje zdecydowanie poziom światowy. Daryl Stuermer, jak wino, z wiekiem coraz lepszy, a przecież od zawsze stanowił niezawodny fundament instrumentalny. Podobnie klawiszowiec Brad Cole i brodaty jak zawsze Leland Sklar, który tym razem oprócz zadań basowych miał jeszcze zadanie wychowawcze, bo sekcję rytmiczną uzupełniał nieopierzony szesnastolatek rzucony na głęboką wodę. Przed młodziutkim Nicholasem postawiono naprawdę trudne zadanie. Tym większe należą mu się brawa, bo naprawdę podołał. Fakt, że jego rola w dużym stopniu polegała na naśladowaniu dawnych popisów ojca, ale umówmy się – już samo perfekcyjne naśladowanie tak wybitnego perkusisty jakim jest Collins senior to wielka sztuka. Wielu starszych i bardziej doświadczonych bębniarzy niechybnie by się na tym zadaniu przejechało, a Nick sprawiał wrażenie, jakby grał te wszystkie partie na dużym luzie. Rośnie genialny drummer.

To może być pożegnanie Collinsa, ale wcale nie musi. Phil zjechał z formą, nie da się tego nie zauważyć i nie da się tego ukryć, ale zjechał na taki poziom, który wciąż jest do zaakceptowania. Moim zdaniem Phil znajduje się w takiej formie, że przy równie ostrożnym i rozsądnym planowaniu kolejnych działań możliwa jest jeszcze aktywność Genesis. Tu i ówdzie mówi się, że są chęci uświetnienia obchodów pięćdziesięciolecia istnienia zespołu. Może to ostatni dzwonek, żeby jeszcze coś dużego pod szyldem Genesis zorganizować. Czekam i trzymam kciuki za kolejne odważne decyzje.

collins6

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl