Maciej Meller: Balon może pęknąć tylko raz

Maurycy Nowakowski, Maciej Meller: Balon może pęknąć tylko raz

Maciej Meller – Balon może pęknąć tylko raz

Maurycy Nowakowski: Masz jakieś jedno charakterystyczne wspomnienie Piotrka Grudzińskiego? Taki wyjątkowy, najważniejszy obrazek, dialog, kadr który na hasło „Grudzień” wraca do Ciebie?

Maciej Meller: Tak. Jakoś szczególnie mocno utkwiło mi w pamięci moje ostatnie spotkanie z Piotrkiem, w garderobie tuż przed koncertem w Toruniu, w grudniu 2015. Jak się później okazało był to jego ostatni występ i moja ostatnia z nim rozmowa. A dotyczyła ona… psów. Okazało się wtedy, że oprócz wielu rzeczy, które nas łączyły – ten sam sprzęt Mark L Custom, ten sam model gitary PRS Custom 24, jakieś wspólne inspiracje gitarowe – mamy też psy tej samej rasy. Pogadaliśmy sobie o naszych berneńczykach i choć może się to wydawać dziwne, właśnie to wspomnienie wraca do mnie najczęściej. Ta ciepła i sympatyczna rozmowa.

Domyślam się, że feralna niedziela 21 lutego 2016 roku również dla Ciebie została określona tamtą tragiczną wiadomością…

- Zdecydowanie. Dzień później mieliśmy spotkać się we trójkę (Meller, Gołyźniak, Duda) we Wrocławiu na kolejnym etapie miksów naszej płyty. W niedzielę rano zadzwonił Mariusz i jak tylko zobaczyłem jego nazwisko na telefonie miałem przeczucie, że nie pojedzie z nami. Miałem rację, ale jak usłyszałem powód zwaliło mnie z nóg… Zwyczajnie nie mogłem uwierzyć, to był szok…

Pamiętam naszą rozmowę z kwietnia ubiegłego roku odbytą we wrocławskim hotelu przy okazji nagrań „Breaking Habits”. Powiedziałeś mi wtedy, że bardzo mocno trzymasz kciuki za to, żeby Riverside przetrwał i że jesteś przekonany, że chłopaki znajdą tę jedną, właściwą osobę, która umożliwi im dalsze działanie. Znam się trochę na ludziach, umiem czytać między wierszami i jestem przekonany, że nie miałeś wówczas siebie na myśli. Kiedy zaświtała Ci myśl, że jesteś jednym z tych gitarzystów, którzy udźwignęliby tę sytuację i od strony muzycznej i mentalnej?

- Być może głupio to zabrzmi, ale ja po prostu mam taką konstrukcję, że w kryzysowych sytuacjach staram się natychmiast szukać rozwiązań. I rzeczywiście w jakimś momencie tych moich rozważań pojawiła się moja osoba i myśl, że – jak to napisałeś – „udźwignąłbym tę sytuację”. Jednak niemal natychmiast dopadła mnie inna myśl - że to nie jest czas na szukanie rozwiązań. To czas żałoby, smutku, bólu i pożegnania. Trzeba to dobrze przeżyć, by móc ruszyć dalej. To właśnie zrobili koledzy z Riverside, pozwolili płynąć tym trudnym emocjom. To było mądre i dojrzałe. Rzeczywiście, kiedy się spotkaliśmy we Wrocławiu nie miałem na myśli siebie, bo odpuściłem sobie te dywagacje. Śledząc jednak wpisy na FB, widząc jak chłopaki radzą sobie z tą sytuacją w sposób absolutnie dojrzały i z dużym wyczuciem, byłem pewien, że ta dojrzałość pozwoli im także we właściwym momencie dokonać wyboru.

Telefon od Mariusza z konkretną propozycją zadzwonił w listopadzie? Jak wyglądała tamta rozmowa?

- Właściwie to był najpierw mail z propozycją wzięcia udziału w lutowym koncercie. Zgodziłem się natychmiast nie znając żadnych szczegółów, ale miałem zaufanie do Mariusza i wiedziałem, że wymyśli to dobrze. Zacząłem sobie wtedy sam grać utwory Riverside, przyglądać się baczniej partiom gitar, bo choć znałem wszystkie albumy, to nigdy nie grałem tych utworów. Stopniowo Mariusz wtajemniczał mnie coraz bardziej, z naszych rozmów wyłaniał się bardziej konkretny obraz tego koncertu i mojego w nim udziału.

Miałeś prawo się wahać, trochę ryzykowałeś jadąc z zespołem na całą trasę. Przez ostatnie lata wiodłeś spokojne, bezpieczne życie w Inowrocławiu… Długo się zastanawiałeś czy wejść w to w takim wymiarze?

- Wszystko odbywało się stopniowo. Mariusz mnie trochę sprawdzał (śmiech). Propozycja jednego koncertu przerodziła się wkrótce w pytanie o udział w polskiej części trasy, a kiedy wyczuł i zobaczył moje zaangażowanie, okazało się, że mam zagrać na wszystkich koncertach w 2017 roku. Trudno wskazać jak długo się zastanawiałem, bo to właściwie cała seria przemyśleń, rozmów i analiz. Tak z serca to nie wahałem się ani chwili, ale „z głowy” wymagało to ciut dłuższego przemyślenia (śmiech).

 Jak na całą sytuację zareagowali bliscy?

- Bardzo pozytywnie. Żona niemal natychmiast mnie wsparła, zachęcała, żebym zrobił ten krok, żebym spróbował. Były też różne wątpliwości – to raczej oczywiste, kiedy mówimy o wywróceniu życia do góry nogami. Musiałem oczywiście omówić szczegółowo całą sytuację z córkami, ale tu też otrzymałem wsparcie.

Jak wyglądały Twoje przygotowania do koncertów? Rozczytanie partii gitar, samodzielna nauka w domu i później próby z zespołem?

- Dokładnie. W warunkach domowych spokojnie odsłuchiwałem utwory typowane do wykonania na koncercie i próbowałem je odtwarzać ze słuchu, dość – nazwijmy to – „swobodnym trybem”. Kolejnym etapem było odpalenie wzmacniacza i całego systemu wykonanego przez Marka Laskowskiego (Mark L Custom), aby zaprogramować właściwe brzmienia. Tak przygotowany pojechałem na pierwszą próbę z zespołem. I tu nastąpiło całe mnóstwo korekt, tak w sferze aranżacji, jak i brzmienia. Dopiero te uwagi pozwoliły nabrać wykonywanym przeze mnie partiom kształtu, jakiego wszyscy oczekiwaliśmy.

Jak Ci się pracowało nad tym materiałem? Wysiłek? Frajda? Dużo było „rozkmin”, jak uzyskać pewne brzmienia?

- Wszystkie z rzeczy, które wymieniłeś. To była fajna przygoda, tym bardziej, że te utwory są świetnie napisane i zaaranżowane. Trochę się chyba nawet na to rzuciłem jak wygłodniały (śmiech), ale bardzo zależało mi, żeby zrobić to właściwie – żeby to było wciąż – na ile się da Riverside. Po tych 31 koncertach podtrzymuję – gra się te utwory wspaniale, to mój klimat i czuję się w tych dźwiękach bardzo dobrze.

Na pewno były jakieś kluczowe partie, do których podchodziłeś z podwójnym skupieniem? Wstęp do „Second Life Syndrome”? Tam nie mogłeś się potknąć, ludzie czekają na te kilka dźwięków niczym na partię Gilmoura w „Shine on You Crazy Diamond”. To musiało być idealnie zrobione.

- Tak, te ważne momenty zostały nawet określone, co i pomagało i powodowało lekki stres. Wstęp do „Second Life Syndrome” wydał mi się na początku wdzięcznym momentem do bardziej swobodnego potraktowania, zagrania tych samych dźwięków swoją „frazą”, ale szybko mi to wyperswadowano. I po czasie uważam, że słusznie. Zresztą było więcej fragmentów, w których chciałem pograć „od siebie”. Jednak to nie był dobry pomysł i po sugestiach kolegów wycofałem się z tego na rzecz wierniejszego odtworzenia partii Piotrka. I nie żałuję. Inne trudne momenty? Wstępy do „Deprived” i „Towards the Blue Horizon”, solo w „Conceiving You” czy “Before”, ale tak naprawdę cały koncert był istotny i wymagał skupienia.

Powiedziałeś mi wtedy po tym pierwszym koncercie w Progresji, że większy stres towarzyszył Ci rano, a później wieczorem, gdy do wyjścia na scenę zostały sekundy, wszystko puściło. Pamiętam Twoje słowa: po prostu zrobiłem te kilka kroków, wyszedłem zza kulis i zacząłem grać… Czy to w tym momencie było już naprawdę takie proste? Co zdecydowało o tym, że tak płynnie wlałeś się w brzmienie Riverside?

- Od strony technicznej sądzę, że był to zestaw czynników, które mi ułatwiły czy pomogły w tej – co by nie mówić – trudnej sytuacji. Przede wszystkim to, co pisałem wcześniej – to mój klimat muzyczny, gitarowy i - podobnie jak u Piotrka - emocjonalne podejście do gry. Nie bez znaczenia była opieka Marka Laskowskiego, który przecież od wielu lat robił też sprzęt dla Grudnia i opiekował się tymi „gratami”. Dużo rozmawialiśmy o brzmieniu Grudnia i staraliśmy się znaleźć właściwą proporcję między tym co jego, a tym co moje. Pewnie ważna była też moja sympatia dla poczynań zespołu i wieloletnia przyjaźń z Mariuszem, przypieczętowana wspólną płytą naszego trio („Breaking Habits” Meller, Gołyźniak, Duda), gdzie mogliśmy sprawdzić jak nam się razem pracuje. A pracowało się świetnie. Najważniejsze było jednak wsparcie Mariusza, Michała i Piotrka na próbach – oni najwięcej mi powiedzieli i pokazali czym jest Riverside. Starałem się i nadal się staram podążać za ich wskazówkami.

W jaki sposób działał na Ciebie ten ciężar emocjonalny, który towarzyszył teraz Riverside? Usztywniał? Mobilizował? Jak mocno go odczuwałeś w lutym w Progresji i później na trasie, i jak w jaki sposób sobie z nim radzisz?

- Cóż, ja ten koncert zagrałem w głowie setki razy, zanim nastąpił ten realny występ. Być może było mi łatwiej, bo o moim udziale wiedziało niewiele osób, a oficjalnie to właściwie „wyciekło” dosłownie 2-3 dni przed. I co ważne natychmiast zyskałem ogromne wsparcie fanów zespołu – za co jestem ogromnie wdzięczny! Tak naprawdę był jeden trudny dla mnie moment. Około 20 minut przed koncertem do garderoby weszła żona Piotrka, Monika. Poznaliśmy się, ale było jakoś…dziwnie. Albo może po prostu trudno? W każdym razie chwilę potem pomyślałem sobie, że już nic trudniejszego mnie dziś nie spotka – trzeba tylko bardzo dobrze zagrać (śmiech). Parę dni po koncercie oboje się z tego spotkania śmialiśmy i wzajemnie przepraszaliśmy, że „tak dziwnie wyszło”. Monice też jestem wdzięczny za dobre słowo i tamten uścisk dłoni. A trasa? My się zwyczajnie do tych koncertów świetnie przygotowaliśmy, teraz jest już radość z grania i wspólnego przebywania na scenie i poza nią. Nie odczuwam jakiegoś ciężaru, balon może pęknąć tylko raz…

Ludzie bardzo ciepło Cię przyjęli. To było wzruszające, szczególnie w Progresji: Twoje wejście na scenę w połowie „Cody”, i te owacje, te brawa, jakby Twoja obecność tam, w tej trudnej sytuacji była czymś bardzo oczywistym, ale też bardzo przez ludzi pożądanym. Spodziewałeś się, że fani Riverside tak owacyjnie Cię przyjmą?

- Chyba trochę tak, ale nie dlatego, że to jestem akurat ja, Maciej Meller. Wiedziałem, że fani przyjdą symbolicznie pożegnać się z Piotrkiem, ale przede wszystkim świadomi mojej roli w tym wydarzeniu, z wiedzą o przeszłości i z nadzieją na przyszłość przyjdą wspierać swój zespół - a więc także i mnie. Riverside ma najwspanialszych, prawdziwych, wiernych i wspierających fanów – Rodzinę. Bardzo się cieszę, że mogę pomóc pisać dalej historię TAKIEGO zespołu.

 Czy na zagranicznych koncertach wyglądało to podobnie?

- Tak, zawsze mogłem liczyć na ciepłe przyjęcie czy miłe słowo po koncercie.

Jesteś pierwszym muzykiem z zewnątrz, który ma okazję być częścią Riverside. Spędziłeś z Mariuszem, Mittloffem, Michałem i resztą ekipy kilka tygodni, zagrałeś 30 koncertów. Na czym Twoim zdaniem polega fenomen tego zespołu?

- Oj, pytanie z cyklu „na pracę magisterską” (śmiech). Ale zaryzykuję wskazanie kilku możliwych „kierunków”. Ogromny talent, dużo pracy, może ciut szczęścia, dość precyzyjny podział obowiązków i szacunek dla pracy wykonywanej przez kolegów. I pewnie jeszcze wiele innych czynników.

Domyślam się, że to jeszcze nie teraz i pewnie wybiegam trochę w dalszą przyszłość, ale muszę o to zapytać. Poznałeś już chłopaków, pograłeś z nimi, wiesz jak pracują i jak to w Riverside wygląda od kuchni… Chciałbyś wejść kiedyś z Riverside do studia i wziąć odpowiedzialność również artystyczną za jeden z kolejnych albumów?

- Chciałbym, żeby Riverside nagrał kolejny album. Mariusz świetnie prowadził artystycznie zespół, szczególnie na ostatnich płytach. Brał na siebie ciężar między innymi komponowania czy produkowania, a Mittloff, Michał i Grudzień ufali mu i wspierali go. Osobiście nie widzę powodów, aby ten model pracy miał się zmienić, a ja jestem gotów również mu zaufać i pomóc chłopakom – w jakiejkolwiek formie – istnieć dalej. Ten zespół na to zasługuje.

Doszły mnie słuchy, że w przyszłym roku można będzie wyglądać drugiej płyty projektu Meller, Gołyźniak, Duda? Plotki, czy istotnie jest coś na rzeczy?

- Jest coś na rzeczy. Rozmawiamy sobie o tym, chcielibyśmy w przyszłym roku skomponować i nagrać nowe dźwięki. Potem tylko 2 lata miksów i płyta gotowa (śmiech). Zobaczymy, ale już pojawiają się pierwsze pomysły. Będziemy komponować i w dogodnym momencie wejdziemy do studia. Póki co nasze myśli biegną w stronę InoRock Festiwal, gdzie po raz pierwszy zagramy na żywo. Cieszę się na spotkanie z Maćkiem i Mariuszem w sali prób. 

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl