Arena, Art of Illusion - Proxima, Warszawa, 15.05.2018

Artur Chachlowski, Arena, Art of Illusion - Proxima, Warszawa, 15.05.2018

Przyjechali do Polski opromienieni ciepłym przyjęciem nowego albumu pt. „Double Vision”. Dodatkowo, jako, że w tym roku przypada 20. rocznica wydania uważanego za przełomowe dzieło w dorobku zespołu albumu „The Visitor”, oczekiwania fanów były ogromne, a ich apetyty mocno zaostrzone zapowiedzią wykonania tej płyty na żywo. Czy warszawski koncert grupy Arena spełnił ich oczekiwania? Myślę, że i tak, i nie. Ale o tym za chwilę…

Koncert Areny poprzedzony był występem rodzimej grupy Art Of Illusion, która promowała swój najnowszy krążek „Cold War Of Solipsism”. Poznałem tę płytę dość dobrze i o ile uważam, że nie jest to album najłatwiejszy w odbiorze, to każde kolejne jego przesłuchanie przynosi coś nowego. Koncertowe wykonanie muzyki zabrzmiało chyba jeszcze lepiej niż na płycie, dlatego występ bydgoskich progrockowców zaliczyć trzeba do udanych.

Było już dobrze po 21-ej, kiedy na scenie pojawili się muzycy z grupy Arena. Aktualny skład koncertował już w Polsce przed trzema laty, gdy zespół promował swoje poprzednie wydawnictwo pt. „The Unquiet Sky”. I były to dobre koncerty. Tym razem już od początku było wiadomo, że występ będzie wyjątkowy. Rozpoczęli od pierwszych dźwięków „A Crack In the Ice”, by w ciągu pełnej godziny wykonać w całości materiał z jubileuszowej płyty „The Visitor”. Pamiętam, byłem przed laty na krakowskim koncercie Areny niedługo po wydaniu tej pamiętnej płyty i wydaje mi się, że wtedy – choć wszyscy byliśmy o prawie 20 lat młodsi – Arena nie prezentowała się tak dobrze i jako tak zwarty zespół jak teraz, a i ja chyba nie chłonąłem tej muzyki z tak wielkim zaaferowaniem jak było to w Proximie. Zespół w sposób dynamiczny i płynny wykonał wszystkie, układające się zresztą w jedną całość, utwory z tej płyty i trzeba przyznać, że znajdował się tego wieczoru w rewelacyjnej formie. Uwagę przykuwał magnetyczny wokalista Paul Manzi, który raz po raz dokonywał za kulisami różnych zmian w swoim stroju, wcielając się w kolejne postaci – bohaterów opowiadanej na „The Visitor” historii. Manzi to takie sceniczne zwierzę, które na żywo czuje się jak ryba w wodzie. Na żywo jest po prostu bezbłędny. Przez cały koncert publiczność była pod ogromnym wrażeniem gry gitarzysty Johna Mitchella, który co po chwila zachwycał widzów swoimi solówkami. Grał tego wieczoru po profesorsku i nawet jeżeli tu i ówdzie przytrafiały mu się jakieś delikatne potknięcia, to bardzo sprytnie wychodził z nich obronną ręką. Na wyróżnienie zasłużył też najmłodszy stażem w zespole basista Kylan Amos, który w swoim gustownym meloniku prezentował się na scenie wyjątkowo malowniczo. Całość arenowej machiny napędzali dwaj muzycy-założyciele zespołu: keyboardzista Clive Nolan oraz odchudzony, znajdujący się w rewelacyjnej formie perkusista Mick Pointer. Czy to prawda, że życie zaczyna się po 60-tce, Mick?...

Gdy odegrany w całości „The Visitor” dobiegł końca, nadszedł wreszcie czas na przywitanie się z żywo reagującą publicznością. Wiadomo było, że nadchodzi właśnie czas na materiał z nowej studyjnej płyty. I faktycznie tak się stało, tylko że zespół wykonał… zaledwie dwa pochodzące z niej utwory: „The Mirror Lies” i „Poisoned”. Chyba wszyscy czekali na suitę „The Legend Of Elijah Shade”, która jest prawdziwą ozdobą albumu „Double Vision” i wyobrażam sobie jak bardzo czuli się rozczarowani, gdy kompozycji tej zabrakło w setliście warszawskiego koncertu. Brytyjczycy wykonali jeszcze tylko słynnego „Solomona” i … w tym momencie ich występ niespodziewanie dobiegł końca. Było to o tyle zaskakujące, że wcześniejsze koncerty Areny w innych krajach Europy trwały prawie dwie i pół godziny. Cóż zrobić, podobno z powodów organizacyjnych nie mogli zagrać dłużej. Wyszli więc tylko na jeden bis („Crying For Help VII”) i był to ostatni akcent tego trochę za krótkiego, ale w sumie udanego koncertu.

Skrócony show członkowie Areny zrekompensowali swoim fanom po koncercie dość szybko wychodząc zza kulis i pozując do wspólnych fotografii. Ochoczo prowadzili z nimi długie rozmowy i rozdawali autografy.

MLWZ album na 15-lecie