Coma - Live DVD

Maurycy Nowakowski,

ImageTrudno było nie wyczuć, że rodzi się coś godnego uwagi, kiedy wiosną 2004 roku Piotr Kaczkowski w Minimaxie odtwarzał pokaźne fragmenty zbliżającego się debiutu nieznanego jeszcze wówczas szerokiej publiczności zespołu Coma. Pewności nie mam, ale wydaje mi się, że materiał z „Pierwszego wyjścia z mroku” poszedł w Minimaxie nawet w całości. Tamte debiutanckie piosenki zrobiły na mnie duże wrażenie, mimo że muzycznie nie była to moja przegródka. Nigdy nie byłem fanem Kultu, Illusion, Pearl Jam, Alice In Chains, czy System Of A Down, a wpływy m.in. tych grup dostrzegałem w twórczości Comy.  Trudno powiedzieć, co stanowiło ten najważniejszy magnes „Pierwszego wyjścia z mroku”, ale po stronie zalet zespołu od początku można było wyróżnić energetyczność, żywiołowość, niezłą melodykę, pewną bezkompromisowość i rzadko spotykaną kombinację hardrockowego brudu z ledwo wyczuwalnym artrockowym sznytem. No i do tego charakterystyczne teksty Roguckiego, które do dziś cenię. Coma od samego startu świeciła jaśniej niż większość konkurencji, dając nadzieję na ciekawą artystycznie podróż, która w dodatku może się dobrze sprzedawać (a to rzadkość!). Warto pamiętać, że pierwsza połowa 2004 roku to był niezły czas dla polskiego rocka. Ludzie dopiero „zarażali się” debiutem Riverside, za sprawą minimaxa swoje głowy wychyliły obiecujące kapelki, jak np. Kombajn do zbierania kur po wioskach, Freak of Nature, Hetane, czy Oranżada, lada chwila miał się ukazać „S.U.S.A.R” Indukti. Świeżej krwi nie brakowało.

Jak to zwykle w życiu bywa, następne lata „oddzieliły chłopców od mężczyzn” i tak naprawdę niewielu z tamtych obiecujących debiutantów przekształciło się w „dorosłych” artystów regularnie cieszących swoją pracą słuchaczy. Dodajmy pracą na wysokim poziomie. Comie się udało, choć zwrot „się udało” może być tu krzywdzący, bo bardziej pasuje do zwycięstwa w totolotka, a tu mamy do czynienia z ciężką, konsekwentną pracą, u której podstaw legł sprecyzowany „pomysł na siebie”. Muzycy Comy mieli pomysł na swój charakterystyczny styl (zarówno jeśli chodzi o sferę muzyczną, jak i całą otoczkę zwaną wizerunkiem) i motywację żeby ów pomysł zmaterializować. „Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków” i „Hipertrofia”, dwa kolejne albumy, przyniosły po kilka bardzo dobrych rockowych kompozycji i nie tyle ugruntowały pozycję Comy, co raczej windowały grupę za każdym razem szczebelek wyżej w muzycznej i rynkowej hierarchii. Dziś Coma to zespół sprzedający płyty na poziomie 30-40 tysięcy sztuk (poziom platyny), potrafiący ściągnąć na biletowany koncert kilkutysięczną publiczność, a to wszystko bez specjalnych, wstydliwych kompromisów.

Pozwoliłem sobie na ten felietonowo/biograficzny wstęp nie bez powodu, gdyż recenzja dotyczy DVD „Live”, które jest dla Comy podsumowaniem dekady.

Do rzeczy. Płytki włożone do standardowego digipacku są dwie. Z czarnej, zachmurzonej okładki prosty, czerwony napis informuje z kim mamy do czynienia. Poniżej w charakterystycznej pozie, nazwijmy to „socrealistycznej dumy”, widzimy sylwetki muzyków. Okładka interesująca, choć bez fajerwerków. Daniem głównym wydawnictwa jest rejestracja warszawskiego koncertu z Areny Ursynów, z grudnia 2009 roku. Podstawowy set, sto dziesięć minut muzyki, siedemnaście piosenek wypełniło dysk numer jeden, i jest to najistotniejsza część wydawnictwa. To co obserwujemy na szklanym ekranie można spokojnie nazwać „rockowym świętem”. Coma to świetny zespół koncertowy, istne „zwierzę sceniczne”, które w kilka sekund potrafi zahipnotyzować i całkowicie porwać publiczność. Podczas warszawskiego koncertu grupa miała do dyspozycji specjalną scenografię i telebim, można więc było trochę poszaleć, celem ubarwienia sfery dźwiękowej. Na scenie postawiono więc olbrzymią kartonową ścianę, przez którą członkowie grupy przebijają się po kolei, każdorazowo zbierając gromkie brawa i spokojnie rozpoczynają występ swoim największym długasem, trwającym blisko kwadrans utworem „Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków”. Dobre otwarcie, po którym wali się ściana, a kartonowe bloki lecą w kierunku publiczności.

Szczerze mówiąc, gdyby taki zabieg zastosował inny zespół być może pomyślałbym, że to zbędny, przesadny patos, ale Coma posiada jakąś dziwną, trudną do opisania umiejętność sprawnego balansowania między pretensjonalnością, poetycką powagą, a rockowym szaleństwem i zabawą.  Zburzona ściana zaraz po runięciu na fanów stała się po prostu rekwizytem do igraszek. Ludzie chwilę pobawili się rozkawałkowaną konstrukcją, odbijając „cegły” niczym balony, po czym odesłali ją do lamusa. Podstawowa część scenografii znika więc bardzo szybko. Na scenie zostaje zespół, telebim i… drzwi. Drzwiom warto poświęcić słówko, gdyż ich obecność na scenie przełożyła się także na tracklistę pierwszego dysku (pod ścieżkami zatytułowanymi „drzwi” kryją się króciutkie filmiki przedstawiające muzyków w różnych sytuacjach). Spójrzmy jednak prawdzie w oczy. Te wszystkie dekoracje, ściany, batut na którym Roguc od czasu do czasu podskakuje, to tylko drobne dodatki. Myk jest gdzie indziej. Clue sprawy to porażająca energia muzyczna emanująca z głośników, teatralność Roguckiego i jego interakcja z szalejącą publicznością. Zespół na scenie daje z siebie wszystko prezentując przekrojówkę swojego dorobku, a widownia żyje tym koncertem. I to czuć niemalże w każdym dźwięku, każdym kadrze, od samego startu. Roguc ledwie zaintonował „Zaprzepaszczone”, a już po ułamku sekundy słychać było, że wtóruje mu przynajmniej kilkaset gardeł. Trzech aktorów ma to show – instrumentaliści Comy, jej lider Piotr Rogucki i publiczność, wcale nie najmniej ważna.

Jak już wspomniałem repertuar mamy tu przekrojowy. Grupa odważnie zagląda na każdy ze swych albumów, wyciągając największe atuty, ze zdecydowanym akcentem na piosenki cięższe, w szybszych tempach, świetnie sprawdzające się na żywo. Właściwie gdyby nie zabrakło „Leszka Żukowskiego” i „Listopada” powiedziałbym, że to „best of”. Jeśli chodzi o same wykonania, to chyba nikogo nie zdziwi fakt, że praktycznie nie ma się tu do czego przyczepić. Coma od wielu lat regularnie koncertuje, dając po kilkadziesiąt występów każdego roku, więc precyzja wykonań nie ma prawa dziwić. Witczak (gitara), Kobza (gitara), Matuszak (bas) i Marszałkowski (perkusja) to zgrani i ograni profesjonaliści w każdym calu, i to słychać. Dla niewtajemniczonych słuchaczy początkowo zaskakujący może być wokal Roguckiego. To specyficzny śpiewak, który lubi kombinować, prawdopodobnie celem uzyskania większej oryginalność. Dla tradycjonalistów skłaniających się w kierunku czystego śpiewania, może to być ciężkostrawne, ale generalnie jego sposób interpretowania ma swój urok. Jak dla mnie Rogucki jest jednym z najciekawszych i najbardziej przekonywujących wokalistów w Polsce. Poza tym posiada ten cudowny magnetyzm dostępny nielicznym, który sprawia, że wystarczy jeden jego gest ręki, żeby z ludzkich gardeł wyrwał się krzyk, śpiew, a ręce same złożyły się do rytmicznych oklasków. Kilka większych (w skali światowej) zespołów chciałoby mieć takiego czarodzieja przy mikrofonie.

Wracając do sedna sprawy. To naprawdę zadziwiające, jak łatwo chłonie się ten niekrótki przecież, blisko dwugodzinny set zawarty na pierwszym dysku. Wszystko jest zagrane z takim pazurem i w takim tempie, że gdy zespół opuszcza scenę po rozimprowizowanym „Zbyszku”, człowiek ma wrażenie, że był świadkiem co najwyżej siedemdziesięciominutowego setu „festiwalowego”. Tymczasem zegar pokazuje coś zupełnie innego, a on zawsze ma racje. Duża zasługa w tym także pracy kamer i naprawdę fajnego, dynamicznego montażu. Sporo mamy tu najazdów na publiczność, często z lotu ptaka, daje to miłe wrażenie uczestnictwa w imprezie niemalże na żywo. Czy coś bym wyróżnił z repertuaru? Skoro muszę, to pojadę już stricte subiektywnie i z przymrużeniem oka – „Pierwsze wyjście z mroku” (za „wielka wiara, tłumi lęk!” wywrzeszczane przez lud), „Dyskoteki” i „Skaczemy” (za humor, dystans i fajny, wakacyjny klimat), „Schizofrenia” (za „nie dajcie z siebie zrobić debili” od Roguca dla publiczności). Ale takie wyliczanki na dłuższą metę są bez sensu, bo ten koncert to całość, którą się chłonie jednym haustem.

Dysk numer dwa. Widzę go bardziej jako dodatek, niż drugą część wydawnictwa. Są na nim co prawda bisy z warszawskiego koncertu, które oczywiście trzeba i warto obejrzeć, ale uważam, że dobrze iż zostały one niejako wyciągnięte z podstawowego setu. Do bisów trafiły utwory nieco spokojniejsze (m.in. genialne ballady „100 tysięcy jednakowych miast” i „Cisza i ogień”), które być może zachwiałyby dynamiką pierwszego dysku. A szkoda by było. Reszta zawartości płyty to już mniej lub bardziej wartościowe ciekawostki. Do tych wartościowszych zaliczyłbym fragmenty koncertu „Coma symfonicznie”, gdzie można zobaczyć jak kilka piosenek (m.in. nie zagrane w Warszawie „Wola istnienia”, „Ostrość na nieskończoność” i „Pasażer”) wypadło z towarzyszeniem symfoników. Znam ludzi, którzy lubią takie eksperymenty, więc i w tym przypadku znajdą się pewnie amatorzy, którym takie cudo przypadnie do gustu. Dalej mamy klip do „Trujących roślin”, tradycyjne już „Making of”, na którym niestety tradycyjnie widać tylko przedkoncertową krzątaninę w hali, i moim zdaniem odrobinę durnowaty film quasi dokumentalny pt. „W poszukiwaniu straconego czegoś”. Nie będę się nad filmem rozwodził, powiem tylko tyle, że tego typu humor nie trafia do mnie. Poddałem się przed końcem być może rezygnując z jakiejś ciekawej puenty…?

Pozwoliłem sobie sfelietonować tę recenzję na początku, kierując się więc konsekwencją, wrócę do tej nieco felietonowej stylistyki w finale. Chciałbym ładnie zakończyć, a stwierdzenie, że uważam iż to bardzo dobre DVD, znakomitego zespołu, co z zresztą wynika z powyższej treści, jest zbyt banalne. Przy takich okazjach, jak premiera pierwszego, w dodatku przekrojowego DVD, warto spojrzeć na zespół w nieco szerszym kontekście. Pamiętam swoje wrażenia z pierwszych koncertów Comy, jakie widziałem w grudniu i styczniu przełomu 2004 i 2005 roku. Wrocławski klub „Od zmierzchu do świtu” przy okazji tych występów pękał w szwach, a ja byłem dziwnie spokojny o przyszłość zespołu. Dziś po tych pięciu latach nie bez satysfakcji piszę te słowa – Coma to na polskiej scenie zespół zjawiskowy. Wsłuchując się w twórczość łodzian widzę wyraźnie obraz współczesnego człowieka, z całym jego „inwentarzem” - niemalże pretensjonalną potrzebą poszukiwania piękna i prawdy, codzienną nerwowością, nadwrażliwością, poetyckością zmieszaną z wulgaryzmem i towarzyszącą temu wszystkiemu wręcz obsesyjną chęć choćby chwilowej dobrej zabawy. To wszystko jest w tej muzyce i widać/słychać to bardzo wyraźnie na DVD „Live”. Dobrze, że w tych chaotycznych, nadpobudliwych czasach mamy taki zespół jak Coma i dobrze, że gra on po naszej stronie… może trochę zagubionych, ale wrażliwych słuchaczy.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl