Eloy - The Legacy Box DVD

Joanna Całus,

ImagePonieważ do tej pory miałam okazję stworzyć jedynie relacje z koncertów Planet X oraz Spock’s Beard, zastanawiałam się jakimi słowami rozpocznę swoją pierwszą recenzję i czy to nie za wysokie progi jak dla mnie. Skoro jednak znalazła się osoba, która chciała mi to zadanie powierzyć, nie wahałam się zbyt długo…

Nie tak całkiem dawno, 3 grudnia minionego roku, ku mojej uciesze swoją premierę miało oficjalne wydawnictwo „The Legacy Box” niemieckiego giganta progresywnego rocka, zespołu Eloy. Doskonale znany szczególnie tym, którzy wychowywali się w czasach, gdy formowało się wiele znamienitych kapel podsumował swoją czterdziestoletnią działalność wydając dwupłytowe DVD w postaci całkiem nieźle wyglądającego (sądząc po okładce) digipacka. Byłam jedną z osób, które miały okazję otrzymać od Panów Martina Kleemanna oraz Franka Bornemanna i prowadzonego przez nich Artist Station Records ten „multimedialny życiorys”. Zanim jednak mogłam zapoznać się z zawartością, musiałam udać się na pocztę z bezpiecznie schowanym w portfelu awizo, które uprzejmy Pan Listonosz podrzucił mi mimo mojej obecności do skrzynki. Dopóki jednak nie miałam koperty w ręku, nie byłam pewna co w niej jest, gdyż czekałam zarazem na inne wspaniałości z progresywnego światka. Jak się chwilę później okazało, było to nic innego, jak wcześniej wspomniany i oczekiwany rarytas.

Sama nazwa zespołu zaintrygowała mnie już dość dawno temu, kiedy poszukując odpowiedniej dla siebie muzyki natknęłam się właśnie na Eloy. Takie odczucia wywołała u mnie nie sama nazwa, również znak rozpoznawczy grupy, a co najważniejsze muzyka… Muzyka, która mnie uwiodła…

Okładka stworzona przez Michaela Nortena, w porównaniu do co niektórych okładek albumów studyjnych (każda z nich jedyna w swoim rodzaju) innego autorstwa dość skromna i jednocześnie bardzo czytelna, na mój gust nawet elegancka. Co zatem kryje wnętrze i owe dwa krążki?

W trakcie zapoznawania się z zawartością pierwszego z nich, „Mighty Echoes”, towarzyszyły mi wrażenia wyłącznie pozytywne. Już same dźwięki w menu wprowadzają klimat. Poddałam się im, a one owładnęły mną na kilka chwil, doprowadzając do niemalże hipnotycznego stanu. Musiałam się  otrząsnąć, by kontynuować swój wieczorek zapoznawczy z tym wydawnictwem.

Kilkudziesięciominutowy dokument (w oryginalnej wersji niemieckiej lub angielskiej do wyboru) zgrabnie podzielony na pięć części, a każdą z nich poprzedzona obrazową wizualizacją, kojarzoną z danym dla zespołu okresem twórczości.

W pierwszych czterech wspomnienia (o wspólnie spędzonym ze sobą czasie, sesjach nagraniowych, trudnościach jakie napotkano na swej długiej drodze) przedstawione przez obecnych i byłych Eloy’ów (Franka Bornemanna, Klausa-Petera Matziola, Jürgena Rosenthala, Hannesa Folbertha, Michaela Gerlacha, Fritza Randowa, Hannesa Arkonae), a także osoby, które czynnie uczestniczyły w życiu zespołowym. Ostatni, piąty podtytuł: „Credits” ukazuje kolekcję niepublikowanych  dotychczas zdjęć z archiwów. Podróż przez te wszystkie lata ciekawa, sentymentalna…

Jeśli chodzi o drugi krążek, jest jedna rzecz do której można mieć ewentualnie małe „ale”. Nie mam jednak na myśli zbioru klipów stanowiących jego zawartość (clip collection + bonus clips), tyczy się ono jednak gorszego do niej dostępu. Fan chcąc co jakiś czas powrócić do materiału video (a zakładam, że po krążek numer dwa będzie sięgać nieco częściej z wiadomego powodu) będzie musiał najzwyczajniej wyciągnąć obydwa. Myślę, że nie powinno to jednak nikogo drażnić, bo czym to naprawdę jest w porównaniu do reszty. A sam materiał? Cóż, proponuję każdej osobie kalibrującej się z wartościową muzyką  sięgnąć po to niecodzienne wydawnictwo, jakim jest  „The Legacy Box”…

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl