Pink Floyd - The Dark Side Of The Moon

Maciej Polakowski,

Image„The Dark Side of the Moon” zespołu Pink Floyd z 1973 roku to płyta owiana niesamowitą propagandą mediów z całego świata i określana mianem jednego z trzech najwspanialszych albumów rocka progresywnego. Recenzenci zachwycają się jej pieczołowitą aranżacją, wirtuozostwem muzyków, wspaniałym, głębokim, bardzo pesymistycznym nastrojem, poruszającą wokalizą Clare Torry czy pomysłem „bicia serca” z początku i końca albumu. Nie uwłaczając nikomu, twierdzę, że to w większości mity, nieprawda i zdecydowana przesada.

Do tej pory, jeżeli chodzi o polskie recenzje tej płyty, trafiałem tylko i wyłącznie na takie, które określały krążek mianem arcydzieła. Nawet na naszym portalu, w recenzji Michała Mierzwińskiego, została ona przedstawiona w samych superlatywach. Napisał on na początku, że analizę tekstów i struktury utworów zostawia innym. Zatem, zachęcony tym zdaniem oraz nieodpartą potrzebą napisania swojej opinii o tak niesłusznie przez wszystkich wysławianym pod niebiosa albumie, postaram się w miarę dokładnie opisać, co się w nim muzycznie dzieje.

Płyta rozpoczyna się „biciem serca” (Mason uderza w bęben pałką owiniętą w szmatkę). Następnie słyszymy do tego odgłosy kasy fiskalnej (pojawią się jeszcze w „Money”), tykanie zegarów (pojawi się jeszcze w „Time”) oraz rozmowy, śmiech, warkot i jakiś krzyk.

Wchodzi pozycja druga – „Breathe”. Opiera się ona na wolnym, cały czas jednorodnym rytmicznie akompaniamencie. Dodatkowo mamy charakterystyczne glissanda gitary elektrycznej oraz spokojny śpiew w chórku – jakby od niechcenia i niedbale.

Płynnie wnika w to trzecia pozycja na płycie – „On The Run”. Najkrócej opisać ją można jako psychodeliczną kpinę z słuchacza, który musiał przepłacić za dodatkowe trzy minuty czegoś takiego. Perkusja przez cały czas bije jeden rytm, syntezator także gra cały czas jedną figurkę, słychać głos kobiety obwieszczającej przez megafon odlot samolotu, dodatkowo pojawiają się dysonanse, szumy, „zgrzyty”, śmiech oraz tupot i oddech biegnącego człowieka.

Z szumu wyłaniają się odgłosy „tykających” zegarów, później rozlega się alarm budzika i zegary zaczynają uderzać godziny. Pogłaśnia się rytmiczne stukanie, podczas którego, w pewnych odstępach czasu, będą stawiane mocno pojedyncze długie dźwięki i jeszcze pobrzękiwać będzie gdzieś z tyłu gitara, klawisze i bębny do przejść. Trwa to jakąś chwilę. Nagle ze space-rockowego wstępu wyrywa nas doklejona zwrotka w okropnych zagrywkach typu reggae w akompaniamencie oraz nieco ordynarny wokal Gilmoura. Następnie, pojawia się skontrastowana, spokojna i ładna część, tym razem panowie Waters i Gilmour śpiewają razem, a w tle towarzyszy im falujący żeński chórek (z jego brzmienia można się domyślić koloru skóry kobiet). Później Gilmour zaczyna grać solówkę na dość ostrym przesterze, w większości pentatoniczną – na akompaniamencie zwrotki. Dalsza część solówki jest na akompaniamencie z tej części z chórkiem. Po końcu popisów, Gilmour znowu krzyczy zwrotkę. Z powrotem pojawia się część spokojna z chórkiem i przebijającą się z niego solistką (mającą sugerować wokalizę z piosenki następnej). Na koniec, zostaje przywołana melodia z utworu „Breathe”. Cały czwarty kawałek jest utrzymany w jednym i tym samym rytmie perkusji.

Rozpoczyna się solo fortepianowe Wrighta, z czasem pojawiają się glissanda gitary. Zostaje równocześnie wyrecytowane kilka linijek tekstu. Perkusja delikatnie akcentuje początek czegoś nowego i wybucha słynna wokaliza Clare Torry.  Jest ona jazzowo-bluesowa. Akompaniament opiera się niemal przez cały czas tylko na dwóch akordach. Kobieta ciągle powtarza te same pomysły, przez co po chwili staje się to nudne. Jej głos i umiejętności także nie są najwyższych lotów. Momentami zdaje się ona wrzeszczeć w aktorskiej żałości. Tak to się ciągnie i powoli uspokaja. Ciekawostką jest pojawiający się w środku utworu kobiecy szept: „If you can hear this whispering, you are dying”. Uczcie się Gothmetalowcy!

Rozpoczyna się druga część albumu. Słyszymy dźwięk kasy fiskalnej – taki, jak z początku płyty i wchodzi riff basu, wpadający w ucho, zatem łatwy do zapamiętania, a co za tym idzie, powtórzenia. Gilmour śpiewa zwrotkę nieco aroganckim wokalem, powtarza ją jeszcze raz. Rozpoczyna się solo saksofonu Dicka Perry’ego. Później, na nowym riffie basu na gitarze popisuje się Gilmour – w swoim stylu, czyli w większości pentatonicznym. Brzmi to jak improwizacja, akompaniament staje się coraz bardziej jazzowy.  Kolejne odsłony improwizacji oddzielone są ostrzejszym zejściem po oktawie w dół. Na koniec Gilmour znowu śpiewa zwrotkę, jej końcówka cichnie i na tym tle pojawiają się różne rozmowy.

Gdy wszystko milknie, zaczynamy słyszeć organy solo. Po chwili dołączają się do nich inne instrumenty. Grają bardzo spokojnie. Mamy solo saksofonu. Następnie zwrotkę, delikatnie śpiewa ją Gilmour. Wchodzi ostrzejszy moment, panowie w chórku i panie w charakterystycznym falującym „aaaaaaa”. Znowu zwrotka. Później, niczym refren powtarzana część mocniejsza. Jeszcze solo fortepianu na akordach ze zwrotki. Znowu jakiś męski głos coś recytuje. Solo saksofonu na połowie akordów ze zwrotki i na akordach refrenu, w tle falujący kobiecy chórek. Trzeci raz powraca zwrotka. Trzeci raz powraca refren.

Pojawia się solo syntezatorów na nowych akordach, ale tylko dwóch – na zmianę. Ostra gitara obwieszcza swoje popisy. Następuje męcząca, nudna i za długa improwizacja. Syntezatory i gitara, gitara i syntezatory.

Uff… Wreszcie coś nowego. Nowy rytm i nowa melodia. Śpiewa Waters. Drugi głos dośpiewuje mu Gilmour.  Refren, znowu w tle damski chórek. Następna zwrotka. Refren. Znowu mówiący coś mężczyzna.

Docieramy do finału płyty. Na tle schodzących w dół akordów słyszymy charakterystyczne wyliczenia Watersa: „All that you…”. Coraz szerzej, coraz więcej głosów, chór, wokalistka. Kulminacja. Po chwili wyciszenie. Znowu „bicie serca” i słynne słowa Gerry’ego Driscolla: „There is no dark side of the moon really. Matter of fact it’s all dark”.

Koniec.

Teraz kilka moich spostrzeżeń:

„Bicie serca” z początku i końca albumu nie pojawiło się pierwsze u Pink Floyd, zatem nie należy im przypisywać wymyślenia tego patentu. Gdzie to było wcześniej? Chociażby na początku płyty „Trilogy” zespołu Emerson, Lake & Palmer z 1972 roku.

Aranżacja nie jest pieczołowita, jest dobra. Pamiętajmy, że zespół ogrywał ten materiał prawie przez rok przed rozpoczęciem nagrań.

Technika muzyków? Nie jest wielką sztuką zagrać prawie każdy utwór na pięciu akordach, w takim samym rytmie, w dodatku nie zmieniając go wewnątrz kompozycji. Solówki są spokojne i proste. Właściwie nikt nie pokazuje tutaj nawet bardzo dobrej techniki.

Wokaliza Clare Torry jest nudna, miejscami wymęczona i przez ciągłe powtarzanie tych samych pomysłów – monotonna.

Nie rozumiem także stwierdzenia, że płyta jest skrajnie pesymistyczna. Tekstowo – tak, ale muzycznie zupełnie nie. Muzycznie jest raczej pogodna.

Teksty są dość dobre, bo poruszają znane wszystkim problemy współczesnego świata, m. in. chciwość, zbyt szybkie przemijanie czy globalne konflikty.

Podoba mi się natomiast interpretacja, że płyta przedstawia życie człowieka, które zaczyna się biciem serca, a kończy jego ustaniem oraz okładka, która jest bardzo charakterystyczna i przez to łatwo rozpoznawalna.

Na koniec najważniejsze. Gatunek prezentowany przez tę płytę to nie rock progresywny! Słuchałem jej wiele razy i próbowałem doszukać się na siłę czegoś, co potwierdzałoby przyporządkowanie albumu do tego stylu. Nawet i do okołoprogresywnego. Nie znalazłem prawie nic. Nie ma chociażby poruszania się w różnych tonacjach, po wielu funkcjach harmonicznych, nie ma zmian rytmów, nietypowych metrum, itd. Najbardziej skomplikowanym utworem na płycie jest „Time”, który składa się w zasadzie tylko z czterech części: zegarów, wstępu, zwrotki i refrenu, a solówki są na akordach zwrotki i refrenu, więc ich nie liczę. Na koniec powraca repryza „Breathe”. Dodatkowo, to co jest po wstępie aż do samego końca ma taki sam rytm.

Pewnie teraz wielbiciele Pink Floyd, a nawet i inne osoby myślą o mnie, dlaczego neguję coś, co wymyślił ktoś najprawdopodobniej mądrzejszy ode mnie? Dlaczego ośmielam się twierdzić, że „jedna z trzech najlepszych płyt rocka progresywnego” w ogóle nie prezentuje tego gatunku?

Moja odpowiedź jest następująca: przesłuchajcie obiektywnie album, w skupieniu jeszcze raz, pod kątem szukania elementów definiujących gatunek (jeżeli oczywiście wiecie, czego szukać) i nie zważając na powszechnie funkcjonujące opinie, wzbudźcie refleksję: czy może nie jest to przypadkiem pop rock z dobrymi tekstami oraz elementami jazzu, space rocka i psychodelii…?

Jako, że płyta jest zaliczana do rocka progresywnego, a strona MLWZ także poświęcona jest temu gatunkowi, ocena musi być rozpatrywana względem ostrzejszych kryteriów. Zatem, biorąc pod uwagę niewybitne umiejętności muzyków, średnie łączenie się muzyki z dość dobrym tekstem, dobry pomysł na kobiece falujące chórki w tle (jak się okaże - element rozpoznawczy Pink Floyd z późniejszego okresu), charakterystyczny, ale średni klimat, brak niemalże jakichkolwiek cech rocka progresywnego, zbytnie dłużyzny, pozycję nr 3 i całą resztę pozostałych szczególików, nie ma innej możliwości – maksymalnie 4/10.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl