Van Der Graaf Generator - Pawn Hearts

Maciej Polakowski, Van Der Graaf Generator - Pawn Hearts

Po dobrym przyjęciu przez słuchaczy płyty „H To He, Who am the Only One”, apetyty wśród członków Van Der Graaf Generator znacznie wzrosły. Zapragnęli oni stworzyć coś, czego do tej pory jeszcze nie było, swoje magnum opus, wciągającą dwupłytową opowieść. Na całe szczęście wytwórnia nie zgodziła się na wydanie albumu dwupłytowego. Utwory, które nie znalazły się na drugim krążku w 1971 roku, trafiły w późniejszym czasie jako bonusy na reedycję pierwszego albumu. Są to kawałki napisane przez każdego z członków zespołu osobno – każdy napisał swój – oraz jeszcze jeden (już wszystkich), przeróbka wcześniej istniejącej piosenki. Z tych bonusów warte uwagi są tylko „Theme One” wszystkich i „Diminutions” Bantona, w którym za pomocą plam dźwiękowych przerobionych przez siebie organów, stwarza on ciekawe nastroje. Ten cały zbiór kompozycji, jak dla mnie, nie pasuje do płyty i cieszę się, że nie trafił na oryginał.

W 1971 roku skład zespołu na dobre się ustabilizował i wyglądał tak: Peter Hammill – gitara akustyczna, pianina i wokal; Hugh Banton – organy, fortepian, mellotron, syntezatory, gitara basowa, pedały basowe; David Jackson – saksofony i flet oraz Guy Evans – perkusja. Warto dodać, że muzycy czasami dogrywali krótkie partie na innych instrumentach, niż ich główne.

Okładka i nazwa płyty wzięła się od słów Hammilla, że każdy człowiek jest tylko pionkiem oraz od przejęzyczenia Jacksona, który zamiast „horn parts” powiedział „porn hearts”.

Całą płyta składa się z trzech kompozycji – dwóch krótszych na pierwszej stronie winyla i jednej dłuższej na drugiej jego stronie. Niby nie jest to album koncepcyjny, ale według mnie jest on bardziej koncepcyjny od niektórych najsłynniejszych albumów koncepcyjnych. Teksty i muzyka każdego z utworów są ze sobą powiązane, bo wszystkie opowiadają o wewnętrznej walce człowieka.

Ważna uwaga! Na tej płycie VDGG osiągnęli apogeum swojej twórczości oraz obrazowania tekstu muzyką. Zatem, przed słuchaniem jej, należy dokładnie przeanalizować teksty. Jeżeli się tego nie zrobi, to właściwie cały odbiór będzie błędny i opaczny. Teksty tutaj są rzadkością w historii rocka, bo są bardzo dobre – nie tak niespójne jak Genesis i nie tak prześmiewcze i wulgarne jak w Jethro Tull. Hammill jako poeta wzniósł się na swoje wyżyny i ograniczył dziwne słowne dowcipy (jednak na końcu albumu pojawia się „a part” i „apart”, żebyśmy nie zapominali z kim mamy do czynienia). Muzyka na tej płycie nie ma być piękna i komercyjna, tylko ma w brutalny i jak najwierniejszy sposób obrazować tekst. Wyczytałem gdzieś, że Hammill w taki sposób dobierał melodie i rytmy, żeby jak najlepiej oddać naturalną intonację słów.

Przyglądnijmy się bliżej poszczególnym utworom:

„Lemmings” przedstawia wewnętrzną walkę toczącą się w człowieku zobrazowaną metaforycznie przez rozmowę podmiotu lirycznego z Lemmingami. Na samym początku, już od pierwszych dźwięków, słyszymy przestrzeń uzyskaną poprzez duży pogłos oraz dziwną harmonię mającą tworzyć tło dla śpiewu Hammilla (kiedyś nagrywałem cover tego utworu i śmiałem się sam do siebie, że występuje tutaj czasami na raz parę tonacji). Później następuje ostre podejście i kwestia Lemmingów mająca swój własny temat melodyczny. Utwór upływa, tworząc coraz to groźniejsze nastroje. Około piątej minuty pojawia się bardzo ostry saksofon, by następnie momentalnie wycichnąć i dać miejsce delikatnemu, skontrastowanemu do poprzedniego, fragmencikowi. Znowu masakra. Znowu uspokojenie. Najgorsza jest część po szóstej minucie.  Saksofon „wrzyna” się w nasz mózg. Za chwilę ustępuje miejsca innym instrumentom. Około dziewiątej minuty wszystko zwalnia i rozpoczyna się zakończenie, troszeczkę space-rockowe. Na sam koniec mamy mocne uderzenie w bębny. Minęła jedna czwarta płyty, a człowiek już jest wymęczony. Według mnie, to najbardziej awangardowy utwór VDGG, z powodu wyjątkowo dużej ilości dysonansów. Musiałem się do niego długo przekonywać, a kluczem do tego było zaakceptowanie, że ma on być agresywny, żeby oddać sens tekstu.

„Man Erg” jest zbudowany na zasadzie kontrastów – zarówno tekst, jak i muzyka. Utwór rozpoczyna się niczym spokojna ballada – samym pianinem, do którego z czasem dołączają pozostałe instrumenty i wokalista. Ja mam osobisty sentyment do podobnej melodii z czasów, gdy byłem malutki, stąd za każdym razem, gdy słyszę zwrotkę, jestem delikatnie wzruszony. Nie zmienia to faktu, że melodia jest to po prostu dobra. Spokój nie trwa długo (w końcu to VDGG): około trzeciej minuty nasze uszy rozdziera straszliwy pisk, a potem „zgrzyty” saksofonu. Rozpoczyna się kontrastowa do poprzedniej część, opierająca się na powtarzaniu riffu i oczywiście dodawaniu do niego różnych pobocznych dźwięków. Następuje zatrważający wrzask Hammilla: „How can I be free?/How can I get help?/Am I really me?/Am I someone else?”.  Z czasem riff zwalnia, by płynnie przejść w część kolejną, znowu spokojną.  Będzie ona płynąć powoli. Słychać Frippa, który uderza na gitarze elektrycznej przez dłuższy czas tylko jeden dźwięk. Pojawia się solo saksofonowe – jedno z najlepszych Jacksona, bo przemyślane i nieprzypadkowe. Z powrotem wraca zwrotka, wydaje się, że podmiot liryczny pogodził się już z samym sobą, jednak gdzieś tam w oddali słychać zbliżający się złowrogi motyw z części środkowej. Staje się on coraz głośniejszy, by na końcu całkowicie zdominować melodię zwrotki. Jeszcze trochę uderzeń przejściowych funkcji i mocny, długi akord na koniec. Dla mnie zakończenie otwarte. Chyba najlepszy po „A Plague Of Lighthouse Keepers” utwór VDGG w historii.

„A Plague Of Lighthouse Keepers” – znowu tekstowo jest to wielka metafora. Opowiada ona historię latarnika, który nie zdołał w porę ostrzec nadpływającego statku przed niebezpieczeństwem, co doprowadziło do katastrofy. Teraz nęka go poczucie winy, boleśnie odczuwa on brak wsparcia, zatem też doskwiera mu samotność.

Utwór zaczyna się stoicko stawianymi na pianinie jazzowymi akordami. Hammill spokojnie śpiewa przez przetwornik coś w rodzaju zwrotki, powtarza to samo po raz drugi. Organy grają atonalną figurkę, która wprowadza nas do świetnej obrazowej części – słyszycie mewy, statek?.. Nie potrzeba do tego nagrywać muzyki konkretnej na magnetofon i później wmiksowywać do utworu – jak robiło to chociażby Pink Floyd; można uzyskać niemalże to samo za pomocą instrumentów. Później popisuje się Banton (budowaniem nastroju na organach). Znowu powraca zwrotka. Po niej mamy ciekawy riff oraz doklejoną część następną, ciekawą i trudną melodycznie, później występuje natychmiastowe wyciszenie, dające miejsce nastrojowi smutku i rezygnacji. Kilka wersów Hammilla, solówki saksofonów (zgrabnie wkomponowane, niewybijające się). Wszystko cichnie. Rozpoczyna się najlepsza część płyty. Gdzieś z oddali Hammill niemal szeptem śpiewa: „Would you cry if I died?”, słychać kapiące krople (czy to przypadek, że akurat wtedy, gdy w tekście jest „cry”?). Zaraz po tym wchodzą instrumenty i zaczyna się świetne budowanie emocji przez wokalistę. Mamy – jak to nazwałem – punkt kulminacyjny niższego rzędu. Rozpacz z samotności i poczucia winy. Znowu powtarzany riff i stopniowo dodawany do niego dysonansujący motyw z części następnej. Rozpoczyna się pierwsza ogromna fala psychodelii oddająca rozpacz Latarnika. Nim dojdzie ona do końca, Hammill zamyka tę część słowami „I fall”. Pojawia się następny fragment, w którym nadzieja miesza się z wątpliwościami, po raz kolejny świetnie obrazują to melodie. Okazuje się, że wątpliwości wygrywają. Pojawia się króciutki moment space-rockowy i nagle wybucha najstraszniejsza część opowieści. Szaleństwo z samotności i poczucia winy. Hammill śpiewa naprawdę jak obłąkany. Rozpoczyna się punkt kulminacyjny wyższego rzędu i zarazem całej płyty. Znowu riff powtarzany wiele razy i bardzo ostre plamy mellotronu w wykonaniu Hugha Bantona. Druga tak ogromna fala psychodelii i awangardy na płycie i największa w historii zespołu. Prawdziwy horror. Przebija to nawet „Devil’s Triangle” grupy King Crimson (ponadto jest od tamtego bardziej przemyślane). Po chwili wszystko milknie, jakby zostało ucięte i słychać fortepian, który przedstawia nam odrobinę melodii części finałowej. Wchodzi wokal. Rozpoczyna się finał. Pojawiają się inne instrumenty. Wszystko się rozwija. Hammill sam dośpiewuje sobie chórki i padają ostatnie słowa: „All things are a part./All things are apart./All things are a part.”. Na pierwszy plan wysuwa się nagle gitara elektryczna Frippa. Niby gra on po akordach, ale beznadziejnie, żadnych emocji, żadnego sensu. Psuje on wszystkie starania innych muzyków (na krótką chwilę). Jest to w takim momencie niedopuszczalne. Całe szczęście, z oddali wyłaniają się chóry, które stają się coraz głośniejsze i po chwili dominują nad solówką, przywracając fantastyczny nastrój. Melodia wędruje przez różne tonacje z pomocą zgrabnej modulacji. Zakończenie jest patetyczne i podniosłe. Wydawać by się mogło, że historia Latarnika skończy się szczęśliwie, jednak VDGG po raz kolejny robi to, co u nich bardzo lubię – otwarte zakończenie. Chór nagle śpiewa rażący dysonans, instrumenty także nie trafiają we właściwe dźwięki, tylko fortepian nadal utrzymuje swoją melodię. Szybkie wyciszenie. Koniec.

Czterdzieści pięć minut muzyki, a człowiek leży umęczony i oszołomiony, ale zarazem zafascynowany tym, co usłyszał. Bo to niecodzienna muzyka i niecodzienna historia. Nie od razu się podoba, ale nie daje o sobie zapomnieć, przez co człowiek chce się z nią zmierzyć jeszcze raz.

W stosunku do płyty poprzedniej, na „Pawn Hearts” poprawiło się wszystko: budowa utworów, technika muzyków, teksty, jakość nagrania, emocjonalność, obrazowość oraz klimat. Także instrumenty zostały podrasowane za pomocą różnych elektronicznych efektów. Zespół nagrywał ten album przez cztery miesiące między koncertami (najczęściej w nocy). Z tego też powodu musiał rejestrować krótkie fragmenty i później łączyć je ze sobą. Tak właśnie powstał ich najlepszy utwór, a w tamtych czasach połączenie ze sobą krótkich fragmentów taśm tak, żeby całe nagranie brzmiało płynnie, było nie lada sztuką.

Według mnie, każdy z czterech muzyków osiągnął na tym albumie swoje maksimum, którego już nigdy później nie powtórzył (wyjątek to Evans, który pokazał się także świetnie na albumie „Godbluff”).  Banton wspaniale i błyskotliwie tworzył tła na swoich organach, później oczywiście dobrze dogrywał partie mellotronu, a do tego jeszcze podkreślał brzmienie poprzez swoją grę na basie i pedałach basowych; Evans bębnił bardzo energicznie, niespokojnie, przez co wszystko napędzał, w dodatku świetnie akcentował; Jackson ograniczył swoje atonalne naciskanie byle jakich dźwięków na rzecz subtelnych, jak na niego, solówek. Na drugim saksofonie przez cały czas pomagał Bantonowi w tworzeniu tła i harmonii; Hammill pokazał wszystkie walory swojego głosu, płynnie przechodził od szeptu przez falset do barytonu, a czasami nawet i krzyku. Niektórzy porównują go do Petera Gabriela. Myślę, że to uwłacza wokaliście VDGG, który swoją postawą na tym albumie znokautował tego drugiego z wszystkimi jego wokalnymi dokonaniami. Zaproszony Robert Fripp dobrze dogrywał swoje partie w środku „Man Erg” i „A Plague Of Lighthouse Keepers”, natomiast jego solo w finale było beznadziejne, karygodne i nie do przyjęcia.

Podsumowując, jak postanowiłem w swojej pierwszej analizie na tym portalu, płyty oceniam jak najsprawiedliwiej, a w historii rocka progresywnego i okołoprogresywnego, pojawiło się kilka zespołów, które poprzeczkę umiejętności technicznych podniosły bardzo, bardzo wysoko.  Van Der Graaf Generator nie dorównuje tamtym w technice, natomiast przekaz emocjonalny, obrazowanie bardzo dobrych tekstów muzyką oraz fantastyczny klimat krążka są niemal niedoścignione przez inne zespoły tego nurtu. Zatem, za te właśnie cechy, jestem w stanie określić „Pawn Hearts” arcydziełem. Natomiast sprawiedliwie wobec innych zespołów, biorąc pod uwagę jeszcze walory techniczne tego albumu, już nie mogę nadać mu tak prestiżowej rangi. Tak czy inaczej, to bardzo dobra płyta.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl