King Crimson - Lizard

Maciej Polakowski,

ImageCzłonkowie grupy King Crimson po ukończeniu debiutanckiej płyty nie wykazywali większej ochoty do dalszej współpracy (wyjątkiem był Robert Fripp).  Z dużymi trudnościami, udało się jednak skompletować skład do rejestracji drugiej płyty, która to ewidentnie naśladowała debiut, przez co nie uzyskała tak dużej ilości pozytywnych recenzji. Po jej wydaniu, zespołu już praktycznie nie było. Fripp, który w miarę upływu czasu, wyrobił sobie czołową pozycję wśród pracujących razem z nim muzyków, postanowił wziąć szefowanie w swoje ręce (czyt. dyktatorstwo) i na dobre pozostał na tym stanowisku aż do teraz, stając się równocześnie ikoną zespołu. W 1970 roku zadanie miał niełatwe. Musiał, po pierwsze, skompletować w krótkim czasie materiał na nowy krążek, a po drugie, zebrać ekipę, która będzie chciała go nagrać. Fripp sprostał zarówno jednemu, jak i drugiemu i tak to światło dzienne ujrzał trzeci krążek spod szyldu King Crimson, zatytułowany „Lizard”.

W nagraniach brali udział następujący muzycy: Robert Fripp – gitary, mellotron, organy i syntezator; Mel Collins – flet i saksofony; Gordon Haskell – gitara basowa, wokal główny; Andy McCulloch – perkusja; Keith Tippett – fortepian; Robin Miller – obój i rożek angielski; Mark Charig – kornet; Nick Evans – puzon; Jon Anderson – wokal w „Prince Rupert Awakes”; Peter Sinfield – syntezator VCS3 oraz wszystkie teksty.

Autorem okładki albumu jest Gini Barris. Przedstawia ona scenki z poszczególnych utworów na krążku. Ciekawostką jest ta spod litery „i” w wyrazie „Crimson”, bo można się na niej doszukać formacji The Beatles („Happy Family”).

Jeszcze słowo o gatunku prezentowanym przez tę płytę. Tak, jak i w przypadku poprzednich, jest to eclectic prog, jednak z taką w stosunku do nich różnicą, że o wiele więcej miejsca dostał teraz jazz.

„Cirkus (including Entry of the Chameleons)” – płyta rozpoczyna się delikatnymi dźwiękami klawiszy i gitary, kojarzącymi się z pozytywką, do których to dołącza się wokalista. Po odśpiewaniu zwrotki, nagle pojawia się groźnie brzmiący mellotron, kontrastujący z charakterem poprzednich sekund. Na przestrzeni całego utworu patent łączenia ze sobą tych zupełnie różnych części pojawia się trzykrotnie. Oprócz tego, dane nam będzie jeszcze usłyszeć: solówkę Frippa na gitarze akustycznej, solo Collinsa na saksofonie sopranowym oraz kilka szerszych wejść mellotronu. Wszystko wieńczy nowy fragment (także z mellotronem w roli głównej), w którym to do trzonowego tematu będą dodawane przeróżne poboczne dźwięki, coraz to bardziej dysonansujące. Utwór zdaje się dążyć do chaosu, jednak na szczęście w porę się wycisza.

„Indoor Games” – brzmienie riffu saksofonów z początku wywołuje mimowolny uśmiech na twarzy słuchacza. Pojawia się elektronicznie zniekształcony głos Haskella, a po chwili charakterystyczny, króciutki refren oparty tekstowo na słowach tytułowych. Po powtórzeniu wstępu, zwrotki i refrenu, słyszymy część dodatkową (pamiętam, że skojarzyła mi się z The Moody Blues), po niej wchodzi refren i kolejny nowy fragment o charakterze jazzowym, w którym, od czasu do czasu, pojawiają się i znikają dodatkowe krótkie dysonansujące melodie. Jest to coś w rodzaju jammowania, które niestety ciągnie się i ciągnie, przez co nudzi i psuje piosenkę. Wraca znowu zwrotka, melodia refrenu i na koniec słyszymy słynny śmiech Haskella, który nie wytrzymał i po prostu wyśmiał tekst Sinfielda, który dopiero przed sekundą sam skończył śpiewać.

„Happy Family” – jest to kawałek w stylu rocka psychodelicznego, oparty głównie na skali pentatonicznej molowej. Wokal został zniekształcony, a w połączeniu z równolegle z nim grającym dęciakiem, wypada jeszcze gorzej. Po tym następuje jazzowo-psychodeliczne jammowanie. Po raz czwarty Haskell śpiewa zwrotkę. Akompaniujące mu instrumenty po kolei z tego akompaniowania rezygnują, tak że ostatnie słowa wokalisty padają a capella.

„Lady Of The Dancing Water” – flet i fortepian grają krótki wstęp, później zwrotkę śpiewa Haskell, a na gitarze akustycznej akompaniuje mu Fripp. Po chwili znowu pojawia się flet, po nim – puzon. Następnie mamy solo Collinsa, znowu wokal, a na sam koniec prościutkie, krótkie instrumentalne zakończenie.

Najlepszą i najdłuższą, zarazem ostatnią pozycją na płycie jest „Lizard”. Ważnym jest, żeby zapoznać się z tekstem, a już koniecznie z tytułami poszczególnych części utworu, bo to dzięki nim możemy go zrozumieć. Rozpoczyna się on łagodnym, stonowanym wokalem zaproszonego z Yes wokalisty Jona Andersona (tam rzadko kiedy śpiewał w taki sposób) oraz subtelnym i delikatnym akompaniamentem fortepianu Tippetta. Zakłócane jest to przez plamy mellotronu, które wnoszą nastrój niepewności i niepokoju, kontrastując z resztą. Zwrotka wprowadza do refrenu (trącącego popem), z każdym razem powtarzanego na większą ilość głosów wokalnych. Część „Prince Rupert Awakes” kończy piękny i szeroko zagrany fragment, bazujący głównie na współgraniu mocnego już wokalu Andersona i mellotronu. Płynnie wynika z tego część druga – „Bolero – The Peacock’s Tale”, opierająca się w większości na improwizacjach przeróżnych instrumentów dętych oraz (jak na bolero przystało) stałym rytmie perkusji. Bardzo mi się ona podoba, bo nie wybija się, tylko dzięki dobremu zmiksowaniu w studio, podkreśla resztę tak, jak trzeba. Pochlebnych słów nie mogę jednakże powiedzieć o przebiegu omawianego fragmentu. Jest nielitościwie monotonny. O ile początek, z przywołaną po raz kolejny melodią zwrotki jest przyjemny, to dalsze cztery minuty prezentują nam brak pomysłu, a niektóre partie dęciaków grają człowiekowi na nerwach (w tę nieodpowiednią stronę).  W ten sposób „Bolero” wypada nudno. To właśnie dzięki tej części, „Lizard” nie dołączył do mojego osobistego grona epickich, długich utworów, z których nie wyrzuciłbym ani jednego fragmentu. Na szczęście niemiłe wrażenie łagodzi nieco sama końcówka i zarazem wprowadzenie do części następnej: piękne, muzycznie rodem z klasyki.  Rozpoczyna się „The Battle Of The Glass Tears” i pierwsza podczęść „Dawn Song”. Rożek angielski przedstawia nam główny temat. Po chwili Haskell w towarzyszeniu fortepianu Tippetta i delikatnie uderzanego przez McCullocha talerza, śpiewa nową melodię, płynącą powoli. Wszystko cichnie. Wchodzi odważny bas, perkusja i mellotron, które grają melodię z początku „Dawn Song”. Rozpoczyna się „Ostatnia Potyczka” (Księcia Ruperta z Jaszczurem). Saksofon przedstawia nam jej główny motyw, do którego z czasem będzie dodawane coraz to więcej innych. Po raz kolejny jeden z utworów King Crimson dąży do coraz to większej anarchii i chaosu (z tym, że akurat w tym jest to jak najbardziej uzasadnione przez obrazowaną przezeń historię). Kakofonia trwa w najlepsze, zaangażowani w nią są prawie wszyscy instrumentaliści. Wszystko urywa się nagle, mamy chwilę wytchnienia. Słychać fortepian, bas gitarę i perkusję. Nie trwa to jednak długo, bo po raz kolejny powraca straszny zgiełk. Urywa się on znowu na krótki moment, by po raz ostatni powrócić – całe szczęście, bo robiło się to przydługie i monotonne. Wszystko cichnie. Pojawiają się bębny (znowu świetnie nagrane) i bas, tworzące razem akompaniament dla solówki Frippa na gitarze elektrycznej. Porusza się on niby po akordach, jednak miejscami –mam nadzieję, że celowo – wykracza poza odpowiadające im skale. Nie lubię jego stylu gry, takiego jęczącego, męczonego i nieśpiewnego, ale myślę, że tutaj akurat on pasuje, wszak obrazuje „Prince Rupert’s Lament”. Ciągnie się to do całkowitego wyciszenia.  Na koniec pojawia się wyrwana z kontekstu część „Big Top”, która przedstawia nam obraz cyrku, z początku wesołego, ale z czasem poprzez coraz to większą ilość dysonansów, niepokojącego. Melodia zdaje się przyspieszać, ale w pewnym momencie milknie, żeby słuchacz sam wyobraził sobie, co stało się później. Płyta zostaje tym samym spięta swoistą klamrą. Dla mnie „Jaszczur” to najlepszy utwór w całej dyskografii King Crimson, do którego najchętniej powracam.

Płyta nie jest równa, ponieważ są na niej zarówno dobre momenty (fragmenty „Lizard”, „Cirkus” czy „Lady Of The Dancing Water”), jak i słabsze („Bolero” i „Indoor Games”), a czasami nawet beznadziejne („Happy Family”). Pomimo tego, utwory są zbliżone klimatem do siebie i poustawiane w odpowiedniej kolejności na płycie. Muzycy tacy jak Fripp czy Collins pokazują, że umieją grać na swoich instrumentach (Fripp zwłaszcza godnie zastępuje McDonalda na mellotronie). Co do Haskella i McCullocha, mam mieszane uczucia. Ten pierwszy nie jest ani najlepszym wokalistą, ani basistą (po prostu przyzwoitym), natomiast ten drugi momentami bębni świetnie, a momentami słabo i bez pomysłu. Zaproszeni do studia goście wiedzą co robią i nie będę się nad nimi zbytnio rozwodził. Specyficzne teksty Sinfielda nie każdemu się spodobają, czego świadectwo dał Haskell na końcu „Indoor Games”. Krytykował on także grę Tippeta, o której wypowiedział się, że przypomina „bieganinę kota po fortepianie”. Ja nie mogę się z tym zgodzić, ponieważ uważam, że Tippett – obok Frippa i Collinsa – był najlepszym muzykiem na tej płycie. Grał dobrze, kiedy trzeba było, to subtelnie, lekko i delikatnie, a w innych przypadkach ciężej i dysonansowo. Najpewniej Haskell nie zdawał sobie sprawy, że taka „kocia bieganina” nie jest najłatwiejsza do zagrania.

„Lizard” był ostatnim albumem King Crimson, na którym została zachowana równowaga elementów lirycznych, improwizacji i chaosu. Najpierw widać to było dobrze w „Cirkus”, gdzie z łagodną zwrotką współzawodniczył groźny motyw mellotronu. Trzecia pozycja – psychodeliczna i dysonansowa została złagodzona przez balladę „Lady Of The Dancing Water”. Sam „Lizard” opowiadał historię i był jej udanym zobrazowaniem.

Podczas pierwszego przesłuchania utworu tytułowego moją uwagę zwróciła staranność nagrania poszczególnych partii instrumentów oraz ich późniejsze zmiksowanie. Ścieżki dobrze ze sobą współgrają i nie wybijają się, kiedy nie trzeba.

„Jaszczur” to płyta nietypowa, ale ani nie genialna, ani nie schizofreniczna. Po prostu jest ona odzwierciedleniem zamysłu Frippa na wynikanie nowego, czystego tematu z chaosu. Udało mu się to tak, że skomponował chyba swoje największe dzieło. Niestety, następne albumy coraz to bardziej zrywały z pięknem na rzecz kolaborowania tylko z wielością dysonansów, „uporządkowaną anarchią” i słabymi melodiami. Okazało się, że żaden z późniejszych krążków nie dorównał „Lizardowi”, co automatycznie czyni go, drugą po debiucie, najlepszą płytą Karmazynowego Króla i zarazem moją ulubioną tego zespołu.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl