Van Der Graaf Generator - Present

Maciej Polakowski, Van Der Graaf Generator - Present

W 2005 roku światło dzienne ujrzał krążek spod szyldu Van Der Graaf Generator w klasycznym składzie: Hammill, Banton, Jackson, Evans. Takie zabiegi jak zbieranie się zespołu legendy po latach zawsze budzą zarówno radość, jak i niepokój. Fani tej grupy na taką reformację musieli czekać aż dwadzieścia dziewięć lat. Czy było warto? Czy muzycy nie zawiedli i nie splamili swojej dotychczasowej historii?

Już pierwszy utwór powoduje, że miłośnicy zespołu z ulgą wypuszczają wstrzymany oddech. „Every Bloody Emperor” jest tym, czego po latach było im trzeba. To jedna z lepszych ballad VDGG w historii. Bardzo dobry tekst i całkiem niezły wokal Hammilla, niektóre partie instrumentów, zwłaszcza saksofony Jacksona, nawiązują do najlepszych czasów grupy – pierwszego okresu twórczości. Dobra melodia w zwrotce i refren oparty na jednej z najlepszych klasycznych progresji usatysfakcjonuje najprawdopodobniej każdego fana formacji – starszego i młodszego.

„Boleas Panic” – jest to coś w rodzaju improwizacji. Popisuje się głównie Jackson. Jego partie tym razem przypominają bardziej te z drugiego okresu działalności grupy. Utwór jest spokojny, klimatyczny i dość dobry.

„Nutter Alert” – zaczyna się ostro, solówką Jacksona na saksofonie. Później śpiewa wokalista, dobrze, w swoim lepszym stylu, nie krzyczy niepotrzebnie. Melodia w zwrotce jest znośna, refren zostaje w głowie. Najlepsze jednak czeka nas w drugiej połowie kompozycji. Znowu popisuje się Jackson, koniec jego solówki oraz użyte w akompaniamencie instrumenty nawiązują do „H To He…” i do „Pawn Hearts”. Pojawia się dużo dysonansów, charakterystyczne w górę i w dół po losowych dźwiękach. Na koniec raz jeszcze wchodzi refren. Jest to, jak się miało okazać, ostatni tak dobry utwór VDGG w ich ostatnim, trzecim okresie działalności.

„Abandon Ship!” – zaczyna się sprzęgającym riffem gitary. Później dołączają do niego pozostałe instrumenty. Odśpiewana zostaje zwrotka, bardzo słaba, później inne motywy wokalne. Utwór jest chaotyczny (głównie przez zły przester gitary) i kompletnie nieprzemyślany. Pełno w nim nieuzasadnionych dysonansów. Ostatnie minuty to jammowanie. Beznadzieja i okropność.

„In Babelsberg” – rozpoczyna się paskudnym riffem gitary elektrycznej. Znowu dołączają pozostałe instrumenty, znowu odśpiewanych jest parę motywów. Właściwie, to nagranie ma wszystkie cechy poprzedniczki, ale jest minimalnie lepsze (nie znaczy to, że dobre, tylko, że mniej beznadziejne).

„On The Beach” – na początku słyszymy rozmowy na tle „plumkających” klawiszy. Po chwili zaczyna śpiewać Hammill. Po tym rozpoczyna się jammowanie. Popisuje się Jackson. Słychać fale morza i chórki. Tak do wyciszenia. Kawałek słabawy.

Pierwsza płyta tego dwupłytowego albumu jest średnia, ale raczej nie zawodzi fanów, ponieważ okazuje się, że VDGG potrafi pisać jeszcze dobre ballady („Every Bloody Emperor”, „Nutter Alert”) czy nienajgorzej improwizować („Boleas Panic”). Niestety, nie wiadomo po co panowie nagrali dodatkowo drugą płytę - ponad sześćdziesiąt minut beznadziejnego, nieprzemyślanego jazz-rockowego jammowania i wydali to jako część równoprawną wobec utworów z pierwszej płyty. Jak się miało okazać, jest to niewesoła zapowiedź nagranego kilka lat później „Alt”. Szkoda opisywać poszczególne pozycje, bo nie są tego nawet warte. Kompletnie brak im pomysłu, myśli przewodniej, jakiegoś schematu. Brzmi to jakby panowie muzycy powiedzieli: „Słuchajcie, jammujemy, ale bez przygotowania. Co jakiś czas ktoś coś zmieni, a my spróbujemy dostosować się do niego. Kończymy za godzinę”. Nie rozumiem takiego posunięcia. Jeżeli chodzi o jakiekolwiek lepsze utwory z drugiego krążka, to ewentualnie swoim klimatem i dobrymi saksofonami bronią się „Slo Moves” i „Crux”.

Podsumowując, powrót Van Der Graaf Generator, który został wydany na dwóch płytach, byłby dobry, gdyby z pierwszej z nich wyrzucić „Abandon Ship!” i „In Babelsberg”, a w ich miejsce wstawić „Slo Moves” i „Crux” z drugiej. Powstałby trzydziestominutowy album (trzy kawałki wokalno-instrumentalne i trzy instrumentalne), w przypadku którego można by było mówić o udanym powrocie zespołu na rockową scenę. Niestety jednak, mamy do czynienia z pierwszą płytą, która jest średnia i z drugą, która jest beznadziejna.

Muzycy na rozpatrywanym wydawnictwie nie prezentują niczego wybitnego, jeżeli chodzi o umiejętności techniczne. Najważniejszą i najlepszą postacią na płycie jest Jackson, który wyróżnia się swoją pomysłowością i dobrymi solówkami, czasami nawiązującymi do tych z czasów największej świetności zespołu.

Miłym zaskoczeniem jest to, że do muzyki VDGG powrócił pogłos i przez to troszeczkę ten stary upragniony klimat.

Przy końcowej ocenie muszę wziąć pod uwagę (oprócz tego, co zawsze) stosunek długości obu krążków do siebie – drugi jest dwa razy dłuższy od pierwszego – stąd właśnie, między innymi, w ostatecznym rozrachunku płyta wypada minimalnie gorzej od „World Record”.

Powrót dający nadzieję, ale nikłą.

 

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl