Van Der Graaf Generator - A Grounding In Numbers

Maciej Polakowski, Van Der Graaf Generator - A Grounding In Numbers

Wydany w 2008 roku album Van Der Graaf Generator „Trisector” nadwyrężył cierpliwość nawet najbardziej zagorzałych miłośników grupy. Od dobrych trzech lat grali oni jako trio – bez saksofonisty i flecisty Davida Jacksona. Według mnie, nazwa zespołu mogłaby spokojnie po raz drugi skrócić się o jeden człon, co dobrze zobrazowałoby prezentowaną muzykę, o wiele uboższą i mniej ciekawą. Nie wiem, czy ktokolwiek z fanów liczył na jakąś gwałtowną zmianę w takim stanie rzeczy. Mimo tego, Hammill, Banton i Evans dalej nagrywali i po trzech latach pokazali owoce swojej pracy w postaci nowego albumu zatytułowanego „A Grounding In Numbers”.

„Your Time Starts Now” – początek to organy i gitara grające w różnych tonacjach. Zwrotka idealnie uzasadnia mój pomysł na skrócenie nazwy zespołu, bo brzmi ona jak fragment z płyty „The Quiet Zone, The Pleasure Dome”. Momentami mamy szersze wejścia i chórki. Na koniec powracają takie same organy jak na początku. Niestety nie ma to wiele wspólnego z VDGG.

„Mathematics” – zaczyna się samymi klawiszami, które grają wstęp niełączący się ze zwrotką. Melodia jest nieciekawa. Reszta właściwie też.

„Highly Strung” – zaczyna się jak amerykański „roczek”, później pojawia się progresywna wstawka. Po niej następuje męczona zwrotka przerywana wspomnianą wstawką z dodanymi dysonansami.  Refren to znowu powrót do „roczka”.  Mamy krótkie solo organów. Później do końca powtarzane są na przemian zwrotka, wstawka z dysonansami i refren.

„Red Baron” – psychodeliczno-ambientowa miniaturka trącąca Wschodem i Afryką.

„Bunsho” – kawałek bez większego sensu, ale za to z solidną dawką pazura. Pojawia się wytęskniona przeze mnie, troszeczkę lepsza, perkusja Evansa. Prawie najlepsze nagranie na płycie. Nie znaczy to, że dobre. Na pewno nie jest to typowy VDGG.

„Snake Oil” – walczyk. Niesamowite. Później metrum zmienia się na parzyste. Nie widać tu jakiegoś większego pomysłu. Pod koniec robi się troszeczkę ostrzej i ciekawiej (co nie znaczy, że ciekawie). Po prostu kolejna pozycja na płycie, nic więcej.

„Splink” – instrumentalna miniaturka. Przypomina miejscami grę popsutej pozytywki z dodanymi chaotycznymi bębnami i dysonansami klawiszy. Kolejna pozycja, która tylko sobie jest na płycie.

„Embarrassing Kid” – zaczyna się słabym riffem gitary i takąż samą zwrotką. Nie wiem, dlaczego Hammill lubi tak podciągać struny, żeby dźwięki nie stroiły. Zaczął już dawno temu, do dziś nie zaprzestał tego zabiegu.  Pod koniec kawałek trochę się rozpędza.

„Medusa” – miniaturka wokalno-instrumentalna. Bez większego sensu. Ale spokojnie, jest do wytrzymania.

„Mr. Sands” – rozpoczyna się chórkami. Partie instrumentów są minimalnie bardziej ambitne. Melodia średnia, ale przynajmniej motorycznie prze naprzód. Po drugiej minucie mamy fajną progresywną wstawkę. Po trzeciej powoli wzrasta napięcie, by wprowadzić nas z powrotem do zwrotki. Chyba najlepszy kawałek na płycie (co nie znaczy, że dobry).

„Smoke” – nie za bardzo wiadomo, co to jest, jakiś synth-pop, psychodelia…

„5533” – przegadane, z połamanym bezsensownym rytmem.

„All Over The Place” – ubogi akompaniament z początku, chórki jak nie z tego zespołu, nuda i suchota brzmienia. W środku jest wyróżniająca się łagodna wstawka. Koniec udający większy patetyzm, razem z nietrafionym zakończeniem, wypada groteskowo.

Cóż można powiedzieć po przesłuchaniu tej płyty? Na pewno niewiele z powodu znużenia i wyczerpania spowodowanego usilnym próbowaniem skupienia uwagi na prezentowanej nam przez trio muzyce. Myślę, że niewielu spodziewało się tak niskiego poziomu tego krążka. Mam wrażenie, że zamieszczone na nim utwory są odrzutami powstałymi nawet nie po współpracy muzyków w VDGG, ale z płyt solowych Hammilla. Muzycznie nie ma pomysłu, tekstowo chyba też nie. Muzycy prezentują nam naprawdę tylko niewielką część swoich umiejętności. Na pewno dziwi to wszystkich, którzy pamiętają ich wczesne dokonania. Nic nie funkcjonuje tak, jak dawniej. Mogę z całym swoim przekonaniem i smutkiem stwierdzić, że na tym albumie UMARŁ Van Der Graaf Generator.

Nie mam pojęcia, po co została wydana ta płyta. Jeżeli dla pieniędzy, to jest to zachowanie nie fair w stosunku do fanów, a jeśli nie dla pieniędzy, to ciekawi mnie, czy członkom zespołu ich muzyka się w ogóle podoba? Czy oni w ogóle słuchali tego przed wydaniem i starali się rozpatrzyć wydanie tego materiału z pewną dawką obiektywizmu?

Nie wiem czy to wiek, czy zły stan zdrowia, czy brak jakiegokolwiek pomysłu na dalszą twórczość? Jedno jest pewne, ten album nie powinien się pojawić na rynku muzycznym.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl