Kansas - Vinyl Confessions

Maciej Polakowski, Kansas - Vinyl Confessions

Bariera roku 1980 nie bez przyczyny jest przez fanów rocka progresywnego uważana za niezwykle istotną dla gatunku. Wobec postępującego trendu na przystępniejszą muzykę, wiele porządnych zespołów zaczęło proponować słuchaczom utwory znacznie uproszczone i mniej ambitne. Zapomnieli oni przy tym, że oprócz występów mających na celu przysporzenie sobie nowych fanów, wciąż grają dla tych starych, a to właśnie oni zbudowali im podstawę reputacji.

Z Kansasem nie było inaczej. O ile zespół zawsze starał się łączyć elementy skomplikowane z komercyjnymi (mniej lub bardziej udolnie), to od płyty „Monolith” dało się zauważyć nie tylko coraz intensywniejsze upraszczanie kompozycji, ale i zatracanie wypracowanych wcześniej charakterystycznych elementów własnego stylu. Postępowało to tak szybko, że na „Audio-Visions” pojawił się tylko jeden bardzo dobry, „kansasowy” kawałek („No One Together”).  Ponadto, zachwycony chrześcijaństwem Livgren, zamierzał propagować swoje poglądy religijne poprzez teksty nagrywanych utworów, na co w żadnym wypadku nie chciał przystać Walsh. Wolał opuścić grupę, niż zaakceptować taką koncepcję. Dlatego to właśnie, po wydaniu „Audio-Visions”, Walsh opuścił Kansas i założył swój własny zespół – Streets.

Piątka pozostałych muzyków stanęła przed niełatwym zadaniem znalezienia nowego wokalisty, który potrafiłby zastąpić poprzedniego nie tylko w aspekcie wokalnym, ale także jeśli chodzi o wkład w komponowanie muzyki. Dzięki żmudnemu procesowi przesłuchań, wyłoniono nowego członka grupy – Johna Elefante i przystąpiono do szykowania nowego albumu.

Tekstowo „Vinyl Confessions” jest zaliczany do gatunku „christian”, co nie dziwi, gdyż poszczególne jego utwory opisują: świat za panowania antychrysta („Fair Exchange”), niemożność znalezienia stabilizacji bez oparcia się o prawdy biblijne („Chasing Shadows”), przedkładanie wartości duchowych ponad materialne („Diamonds And Pearls”). W pozostałych da się zauważyć ewangelizacyjne aluzje, najdobitniej wyrażone w kończącym płytę „Crossfire”.

Wielu może zdziwić zmiana, jaka dokonała się w muzyce zespołu. Trudno obarczać odpowiedzialnością za nią tylko nowego wokalistę, pomimo że z odrobiną pomocy swojego brata – Dino, skomponował połowę materiału na krążek. Pamiętajmy, że oprócz niego, prawo głosu mieli jeszcze pozostali członkowie będący w Kansas od początku.

Samego rocka progresywnego jest na krążku nikła ilość, za to pojawia się wiele nowych elementów, o które kilka lat temu panów z Kerrym Livgrenem na czele na pewno byśmy nie podejrzewali. Już pierwszy kawałek – singiel „Play The Game Tonight” z teledyskiem – promujący nową płytę, mocno pachnie popem. Troszkę za mocno. Nie inaczej jest w „Right Away”, „Borderline” czy „Play On”. Całe szczęście, co jakiś czas gdzieniegdzie pojawiają się wstawki rodem z hard rocka, czy nawet, jak w przypadku „Fair Exchange” – heavy rocka i bluesa (słyszymy również harmonijkę ustną). Największym zaskoczeniem jednakże zdaje się być sekcja instrumentów dętych, najpierw wprowadzona na chwilę w „Right Away”, a później na dobre w „Diamonds And Pearls”. Dęciaki w Kansas? Co najmniej dziwne. Gdzie się podziały skrzypce? Co się stało z wspaniałymi popisami Robby’ego Steinhardta? Odpowiedź brzmi: zniknęły. Rola tego instrumentu w zespole z czasem bardzo zmalała; do tego stopnia, że skrzypek po trasie koncertowej promującej najnowszy album, odszedł z zespołu.

Gdzie zatem usłyszymy jeszcze „stary Kansas”? Tylko w końcowych pentatonicznych pochodach z „Fair Exchange”, w środku „Chasing Shadows” i „Diamonds And Pearls”, na początku „Face It” (wymienione fragmenty trwają najwięcej kilkanaście sekund). Najwięcej go w „Windows” (m.in. bardzo dobry początkowy riff, póżniej zapożyczony do muzyki metalowej) oraz w kończącym płytę „Crossfire” w charakterystycznych wstawkach ze środka kompozycji, oddzielających poszczególne odsłony gitarowych improwizacji, także w pentatonicznych pochodach z końcówki. To by było na tyle.

Odnośnie słyszalnych wpływów, jestem skłonny przychylić się do opinii, że Kansas upodobnił się w 1982 roku do Toto. Słuchając zwłaszcza „Diamonds And Pearls” czy „Face It”, trudno nie odnieść takiego wrażenia. Brakuje tylko wokalu Kimballa i zadziornych solówek Lukathera.

Jak można podsumować ten krążek? Krótko: z rocka progresywno-symfonicznego zrobił się chrześcijański pop rock z krótkimi elemencikami nawiązującymi do gatunku wcześniej wykonywanego przez zespół. Utwory nie zachwycają, nie wciągają, są krótkie, proste i bardzo pachną „komerchą”. Partii skrzypiec prawie nie ma, a gdy są, to grają melodię zlewającą się z akordami klawiszy. Nowy wokalista – może i posiada dużą skalę, może ma jako takie umiejętności, ale nie dorównuje Walshowi i specyficznie „podjeżdża” na wysokie dźwięki, przez co brzmi, jakby śpiewał je siłowo (to właśnie jego, a nie Walsha, przypomina mi Ronnie Platt – wokalista z najnowszej płyty „The Prelude Implicit”).

Jak na zespół grający pop rock – płyta jest dobra. Jak na Kansas – przeciętna, a może nawet dla niektórych kiepska.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl