Kansas - Power

Maciej Polakowski, Kansas - Power

Po bezapelacyjnej porażce płyty „Drastic Measures”, Kerry Livgren zdecydował się opuścić Kansas, żeby nie narzucać się reszcie zespołu z swoimi ewangelizacyjnymi przesłaniami wydawanych płyt. W jego ślady poszedł basista – Dave Hope (który także niedawno przeszedł na chrześcijaństwo). Wspólnymi siłami, dwójka panów utworzyła nowy zespół – AD – grający muzykę mieszczącą się w swej większości w granicach christian pop rocka. Reszta członków Kansasu nagrała jeszcze tylko jeden utwór duetu John/Dino Elephante („Perfect Lover”) - singiel promujący kompilacyjny album z 1984 roku – „The Best Of Kansas”, by później, za wcześniejszą zgodą całej trójki, rozwiązać zespół.

Jednym z powodów, dla których w 1980 roku Steve Walsh zdecydował się opuścić Kansas, było ograniczanie jego aspiracji twórczych, narzucanie muzycznej drogi, którą miałby podążyć zamiast stawiania jego pomysłów na równi z pomysłami innych. W 1984 roku, po rozpadzie Kansas, poczuł on szansę zreformowania zespołu i – co więcej – zajęcia w nim pozycji lidera i poprzedniego szefa – Kerry’ego Livgrena. W tym celu, wraz z Billy’m Greerem (basistą grupy Streets), namówili do współpracy dwóch byłych członków Kansas – Richa Williamsa i Phila Eharta. Za sprawą tego drugiego, piątym członkiem zespołu stał się gitarzysta Dixie Dregs – Steve Morse.

W oficjalnych wypowiedziach Steve’a Morse’a na temat głównych wpływów na jego muzykę solową, dowiadujemy się, że młody gitarzysta tworzył dawniej niezależnie muzykę podobną do Kansasu (co potwierdza chociażby skomponowany dla Dixie Dregs utwór „Odyssey”). Steve podaje Kansas jako jeden z swoich ulubionych zespołów. Dlaczego o tym wspominam? Bo właśnie w 1985 roku, gitarzysta miał przygotowany przez siebie materiał na reformacyjną płytę Kansas! Niestety… Wytwórnia miała wobec grupy inne priorytety i inną koncepcję odnoszącą się do potencjalnej zawartości nowego krążka, co ograniczyło pomysły Morse’a do narzuconego minimum.

Powstał album, co prawda, nie prezentujący stricte rocka progresywno-symfonicznego, czego wszyscy fani by oczekiwali, lecz także nie popadający w banał, jak to było w przypadku „Drastic Measures”. Pomimo że kompozycje w większości nie mogły równać się, ani nawet zbliżyć się poziomem do tych lepszych z lat siedemdziesiątych, to dostarczają one niemało przyjemności podczas słuchania.

Już pierwszy kawałek „Silhouettes In Disguise” wita słuchacza dynamicznym, hardrockowym riffem, by później przedstawić mu dobrą, chwytliwą zwrotkę i takąż samą część trzecią, a między nimi jeszcze lepszy refren. Całość kończy nieco szalona solówka Morse’a. Osobiście mniemam, że utwór ten zdobyłby sporą popularność, gdyby został singlem. „Power” to nieco zbliżona stylistycznie do gatunku AOR piosenka, która była pierwszym z trzech singli promujących płytę. Rytm jej zwrotki, być może, ma obrazować czynność z okładki albumu. Warte odnotowania są tutaj: komercyjnie brzmiący, wpadający w ucho refren i ciekawa, szersza, symfoniczna, kansasowa część dodatkowa w środku. „All I Wanted” to drugi singiel z płyty i zarazem najwyżej sklasyfikowana w tabelach piosenka z albumu. Po raz kolejny mamy do czynienia ze stylem pokroju AOR. Kawałek nie jest zbyt skomplikowany, jednak można w nim znaleźć ciekawe, krótkie, bogatsze emocjonalnie części. „Secret Service” ma za zadanie zobrazować tekst. Jest on oparty na kontraście ciężkiego refrenu i „groźnych” gitar ze spokojną, pogodną częścią środkową (znowuż zakończoną złowrogim łącznikiem do refrenu). „We’re Not Alone Anymore” – jest to bardzo żywiołowy, powerrockowy kawałek, w którym głównie na gitarze elektrycznej popisuje się Steve Morse. „Musicatto” to jedyny utwór na płycie, który ewentualnie można by zakwalifikować do gatunku progresywno-symfonicznego rocka. Rozpoczyna się on i kończy specyficznie łamanym rytmem. W środku wprowadzone są ciekawe, folkowo brzmiące tematy melodyczne i improwizowane solówki. Wszystko kończy się ostrzejszym, szerszym fragmentem z odrobiną modulacji. „Taking In The View” jawi się jako bezbarwna akustyczna balladka z wprowadzonym w niej chórem dziecięcym. „Three Pretenders” to troszkę nijaki hard rock z powodu zbyt małej różnorodności części. Kawałek ratuje króciutka solówka Morse’a. „Tomb 19” – słabawa zwrotka i chwytliwy refren. Pozycja ta jest najbardziej zbliżona do zawartości płyty „Drastic Measures”; całe szczęście, ratuje ją - po raz kolejny – Morse swoją solówką oraz później polifonia dwóch melodii w końcówce. „Can’t Cry Anymore” – ze stylu to odrobinę AOR, ale usymfoniczniony. Jest to ostatni singiel z płyty i zarazem jedyny z niej kawałek nie napisany przez ludzi tworzących zespół (większość pozostałych pozycji łączy inwencję Walsha i Morse’a), tylko przez Tima Smitha i Vana Temple. Słychać większy pogłos i przez to głębię. Mocno wyeksponowane są tu możliwości wokalne Steve’a Walsha. Cały utwór zawiera dobre melodie, jednak najpiękniejsza jest część trzecia, zwiększająca dodatkowo przestrzeń i emocjonalność, pod koniec aż patetyczna, wprowadzająca do finałowego refrenu. Daje się w niej usłyszeć typowo kansasowe modulacje. Na zakończenie albumu, otrzymujemy zdecydowanie najlepszy utwór z całego krążka. Chciałem jeszcze gorąco polecić teledysk do tego nagrania, który jest – według mnie – najlepszym teledyskiem, jaki kiedykolwiek zarejestrował Kansas i jednym z ciekawszych teledysków w ogóle, w całym rocku.

Odczucia po przesłuchaniu płyty? Gdy już wyzbyłem się żalu z powodu nieumożliwienia przez wytwórnię, a kto wie, może i przez pozostałych muzyków, wydania pod szyldem Kansas materiału przygotowanego przez Steve’a Morse’a specjalnie na tę okazję – na reaktywację zespołu, stwierdzam, że płyta „Power” wyzwala na mnie wrażenie pozytywne. Nie znajdziemy na niej wiele starego Kansas, a słyszane utwory mieszczą się bardziej w granicach hard rocka i AOR, niż rocka progresywnego czy symfonicznego, jednak jest tutaj kilka zasadniczych elementów, które sprawiają, że utwory nabierają pewnych cech nietuzinkowości. Pozwolę sobie wymienić trzy z nich. Pierwszy z nich jest uzależniony od znajomości wcześniejszego dorobku zespołu. Mianowicie, jest to głos Steve’a Walsha, odrobinę zmieniony przez upływający czas, ale wciąż w dobrej formie. Drugi to występujące gdzieniegdzie w utworach wstawki orkiestrowe, za które odpowiedzialny był Andrew Powell, a które wykonała The Philharmonic Orchestra. Natomiast trzeci i dla mnie najważniejszy, to nieszablonowa i błyskotliwa gra na gitarze elektrycznej Steve’a Morse’a. Nie dość, że jest on dobry technicznie, to miejscami wtrąca do utworów trudne do usłyszenia, ale jakże subtelne i niebanalne „smaczki”, czasami nawet przypominające grę skrzypiec, które potwierdzają tylko, jak świetnego gitarzystę zyskał Kansas w 1986.

„Power” może nie jest tym, na co fani Kansasu czekali, ale na pewno nie jest płytą złą. Co więcej, daje ona słuchaczom nadzieję na powrót przynajmniej kilku elementów dawnego Kansas. Czy zasadną? Rozstrzygnę to w recenzji następnego albumu, w recenzji albumu „In The Spirit Of Things”.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl