Kansas - In The Spirit Of Things

Maciej Polakowski, Kansas - In The Spirit Of Things

Nie wiem, czy to z powodu znacznych ograniczeń wytwórni, czy może z braku pomysłów, chwilowej niedyspozycji, zmęczenia, ale Kansas w 1988 roku wydał płytę, która najprawdopodobniej nie najdelikatniej przygasiła gdzieś tam tlącą się w sercach fanów nadzieję na odrodzenie starego Kansas. Dlaczego? Ponieważ panowie Walsh, Ehart, Morse, Williams i Greer, zaczęli grać hard rock, w którym na palcach jednej ręki można wyliczyć wstawki, które w jakiś sposób przypominają nam, jaki zespół chcielibyśmy usłyszeć. „In The Spirit Of Things” to album koncepcyjny opowiadający historię dramatycznego dnia z życia małego miasteczka Neosho Falls położonego w stanie Kansas, dnia, w którym zostało ono zniszczone przez powódź. Ciekawostką jest, że przy produkcji albumu pomagał znany producent Bob Ezrin.

Płytę rozpoczyna nieco spacerockowy wstęp wprowadzający słuchacza w nastrój opowieści. Słychać stonowany śpiew Walsha, a później ostrzejszą już solówkę Morse’a na gitarze elektrycznej.  Następnie dostajemy wiele utworów budowanych na prostej zasadzie: niezbyt ważna zwrotka, ważny chwytliwy refren. Ponadto, niemal wszystkie refreny piosenek, oparte są na słowach ich tytułów, co sprawia, że później, patrząc na dany tytuł, nuci nam się odpowiadający mu refren. Jest to korzystny zabieg dla płyty takiego pokroju. Czy coś ciekawszego dzieje się w tym wspomnianym przeze mnie rodzaju piosenek? Właściwie niewiele, patrząc z perspektywy słuchacza rocka progresywnego. W „One Big Sky” wprowadzony zostaje chór dziecięcy. „One Man, One Heart” ma spory potencjał, by zostać dobrym singlem (niestety, zadecydowano inaczej), ze względu na nośny charakter i nieco bardziej emocjonalny refren. „House On Fire” to głównie króciutki, z pewnością zapożyczony później przez inne grupy refren, ostrzejszy śpiew Walsha i energiczne solówki. „Stand Beside Me” to singiel z płyty, wyróżniający się jedynie „kontrabasowym” basem w zwrotce. „The Preacher” – bluesowa zwrotka i kojarzący się z gospel refren oraz wreszcie charakterystyczne kansasowe podejście sekcji rytmicznej. Warty wyróżnienia jest kończący krążek „Bells Of Saint James” ze względu na minimalnie lepszy refren, kansasową część przed solówką oraz gdzieniegdzie słyszalne, nadające ciekawszego charakteru „dzwony”. Oprócz tego, na płycie znajdziemy jeszcze gitarową miniaturkę (nie sposób uniknąć skojarzenia ze Steve’em Howe’em), nagraną na nowo, bo poprzednio pojawiła się ona na debiutanckim krążku Dixie Dregs, gdzie była zadedykowana przez Morse’a jego nauczycielowi gitary z młodości. Na sam koniec zwracam uwagę na zdecydowanie najlepszy, najbardziej rozbudowany „Rainmaker”, który tekstowo, w drugiej swojej części, jest błaganiem przez mieszkańców Neosho Falls Stwórcy o pomoc. Muzycznie, przedstawia on moment nawałnicy poprzedzający pamiętną wielką powódź. Utwór zbudowany jest na zasadzie rozwijania się aż do momentu kulminacji, po którym następuje finał. Walsh najpierw przechodzi od recytacji do coraz to bardziej emocjonalnego śpiewu. Po raz pierwszy w utworze wchodzi chór dziecięcy przedstawiający nam melodię finału. Rozpoczyna się burza zobrazowana przez szybkie powtarzane figurki instrumentów klawiszowych, dialogujące ze sobą gitary elektryczne Williamsa i Morse’a oraz energiczną grę perkusji i basu. Wszystko kumuluje się, słychać bardzo „kanciaste” przejście, klasycznie brzmiącą kadencję i rozpoczyna się finał śpiewany coraz to szerzej przez chór z towarzyszeniem niektórych instrumentów.

Kansas w 1988 roku przedstawił nam niezbyt do niego pasującą, ale dość równą płytę. Właściwie wybijają się z niej tylko trzy utwory: „Rainmaker”, „Bells Of Saint James” i „Ghosts” (kolejność od najlepszego). Reszta to po prostu dość dobre hardrockowe kawałki z wpadającymi w ucho refrenami. Muzycy nie prezentują poziomu równego poprzedniemu albumowi „Power”. Ilość ciekawych gitarowych wstawek Morse’a zmalała, pomimo że czasem pojawiają się sprytne, niekonwencjonalne zagrania czy zgrabne solówki. Sekcja rytmiczna w obranym kierunku muzycznym nie ma się zbytnio gdzie wykazać jakąś większą techniką. Smutnym faktem jest znaczne pogorszenie się głosu wokalisty Steve’a Walsha, które będzie postępować z każdym rokiem z wielu, nie tylko muzycznych przyczyn.

„In The Spirit Of Things” jest jednym z dwóch najbardziej nie-kansasowych albumów Kansas. Jednakże, w przeciwieństwie do tego drugiego, nie pozostawia po sobie aż tak negatywnego wrażenia. Wynika to z tego, że po wyzbyciu się żalu z powodu nieusłyszenia Kansas w Kansas, można stwierdzić, że prezentowana przez formację ze Stanów Zjednoczonych muzyka na tle innych albumów z tamtych czasów wypada całkiem nieźle. Na tle dawnych dokonań Kansas – marnie.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl