Yes - Tales From The Topographic Oceans

Maciej Polakowski, Yes - Tales From The Topographic Oceans

Jeśli wierzyć wypowiedziom Billa Bruforda na temat utworu „Close to the Edge” (powstał spontanicznie jako zlepek na szybko podrzucanych przez muzyków pomysłów), nie powinno nikogo dziwić, że niektórzy członkowie grupy Yes odrobinę zachłysnęli się jego sukcesem. Zapragnęli oni stworzyć album składający się z samych „długich” utworów (około dwudziestominutowych). Jako że w gronie zwolenników tejże koncepcji znalazł się Jon Anderson, reszta zespołu (włącznie z przeciwnikami pomysłu) wolała na nią przystać.

Podczas trasy koncertowej po Japonii, Anderson czytał niedawno zdobytą książkę „Autobiografia jogina” autorstwa hinduistycznego guru – Paramahansy Joganandy. Jego uwagę przyciągnęła koncepcja filozoficzna oraz przypisy do niej, opisująca przez pryzmat czterech różnych aspektów wszystkie dziedziny ludzkiego życia. To właśnie zdeterminowało ilość oraz tematykę utworów przewidzianych na nowy album Yes. Z racji wcześniejszej „umowy” o ich długości, automatycznie wiązało się to z przygotowaniem przez zespół wydawnictwa dwupłytowego.

Teksty napisał Anderson z pomocą Steve’a Howe’a. Wkład poszczególnych członków zespołu w muzykę zarejestrowaną na płycie przedstawiał się tak, że Howe z Andersonem właściwie narzucili kolegom szkic całości. Chris Squire niechętnie odnosił się do potencjalnego kształtu albumu (muzycznego i tekstowego), jednak po jakimś czasie bardzo zaangażował się w jego nagrywanie i miksowanie. Rick Wakeman od początku do końca jawnie wyrażał swoją dezaprobatę, a w studio bywał tylko i wyłącznie po to, żeby jak najszybciej dograć swoje partie. Alan White jako członek Yes zaledwie od roku (zastąpił Billa Bruforda, który odszedł do King Crimson), nie wtrącał się zbytnio w ustalenia swoich kompanów.

"The Revealing Science of God (Dance of the Dawn)" – pierwsza część ma najlepiej zauważalny szkielet konstrukcyjny. Mimo tego, daje się odnieść wrażenie niedostatecznego porządku i ładu w dopasowywaniu części. Te są bardzo różne, lepsze i gorsze, spokojniejsze i ostrzejsze. Już same pierwsze dwie minuty wywołują mieszane uczucia, bowiem jedynym słusznym ich uzasadnieniem jest intencja wprowadzenia słuchacza w klimat albumu. Następne półtorej minuty ma charakter niemal melorecytacji z nieco religijnym namaszczeniem. Po tym wprowadzone są improwizacje, a między nimi główne tematy melodyczne. Najbardziej zapamiętywalnym jest ten pojawiający się zaraz po „melorecytacji” oraz ten rozpoczynający się końcem dziewiątej minuty (z zadziorniejszym riffem gitary elektrycznej). Następną wartą uwypuklenia częścią jest jedenasta minuta i solo Wakemana na Mellotronie, obrazowe i delikatne, niestety zakłócane nienajlepszą improwizacją Howe’a. Mellotron pojawia się także w niezgorszych częściach następnych, które prowadzą do chyba jednego z najpiękniejszych fragmentów utworu, prościutkiej solówki Howe’a z dołączającym się do niej „fletem”. Warto jeszcze wcześniej zwrócić uwagę na trzynastą minutę i powrót znanej już melodii z klasycznie brzmiącym fortepianem Wakemana. Piękny Mellotron usłyszymy za to jeszcze około siedemnastej minuty, tym razem już niezakłócany przez słabe improwizacje. Po tym wybucha szybka część z ostrą, w większości pentatoniczną solówką klawiszowca na Moogu. Kolejnym pięknym fragmentem jest następujący po tym skontrastowany, senny „They move fast”. Na koniec powraca „melorecytacja” z początku (w nieco zmienionej wersji). Jest tym samym czymś w rodzaju klamerki spinającej utwór.

"The Remembering (High the Memory)"  - drugi utwór albumu, podobnie jak pierwszy, posklejany jest z wielu części niezbyt z siebie wynikających. Jego struktura jawi nam się jako mniej przemyślana i bardziej niezorganizowana. Nie ma sensu opisywać każdej z części po kolei; zamiast tego pozwolę sobie uwypuklić tylko kilka ciekawszych fragmentów. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na ciekawe wejścia Mellotronu, które odpowiednio narastają albo wyciszają się, gdy jest to potrzebne. Po tym, Rick Wakeman gra na syntezatorze najbardziej zapamiętywalny motyw utworu. W środku kompozycji, Yes serwuje nam dość nietypowy fragment, w którym prym wiodą gitary akustyczne. Długo po jego zakończeniu, gdy słuchacz przedrze się już przez powroty niektórych tematów, chaotyczne improwizacje czy nieprzemyślaną polifonię pełną przypadkowych dysonansów, dotrze ostatecznie do finału utworu, w którym nareszcie czuć większy patetyzm (niestety psuty przez „ciupane” akordy Howe’a na gitarze elektrycznej). Rozpoczyna się on od słów „As the truth unfolds you”. Na koniec powraca syntezatorowy temat Wakemana i dźwięk Mellotronu, który kończy tę część.

"The Ancient (Giants Under the Sun)"  - im dalej, tym gorzej. Pierwszy utwór z drugiego krążka wydawnictwa jest jak najbardziej porwanym, bezładnym i chaotycznym na albumie. Jego początek to głównie perkusyjno-gitarowe szaleństwo, bardziej przypominające Gentle Giant czy EL&P, niż Yes. Trwa ono zdecydowanie za długo, z tego powodu następujące po nim dźwięki Mellotronu są dla słuchacza ukojeniem. Po chwili, z zadumy wyrywa nas wokal Andersona. Co dzieje się w pozostałych czternastu minutach kompozycji? Otóż, można usłyszeć ciągłe „jęki” gitary (trudno to inaczej nazwać), liczne elementy przypadkowości, riffy basu przywołujące mi na myśl kompozycję King Crimson – „The Power To Believe”. Około 5:15 występuje – w moim odczuciu – drobniutka aluzja do kończącego poprzedni album zespołu „Siberian Khatru” (ciekawe, czy zamierzona?). Ważnym elementem, na który trzeba zwrócić uwagę jest solo Howe’a na gitarze klasycznej. Później usłyszymy jeszcze fragment wokalno-instrumentalny, przypominający popową pioseneczkę z chwytliwym refrenem. Na koniec powraca na chwilę gitara klasyczna, potem hawajska, elektryczna, następuje kilka mocnych akcentów, a po nich wyciszenie.

"Ritual (Nous Sommes du Soleil)" – ostatni utwór albumu konstrukcyjnie nie przynosi zmiany, sposób jego budowy jest zbliżony do poprzednich. Wciąż jesteśmy świadkami niejako na siłę sklejanych ze sobą przypadkowych pomysłów. Będziemy mogli usłyszeć z początku w roli głównej Mellotron i gitarę elektryczną z energicznym akompaniamentem sekcji rytmicznej. Następnie, po jakimś czasie przez chwilę „podenerwuje” nas charakterystyczne dla Yes, czy może raczej Andersona „Dabarabadarabadarada dam”. Zespół przez chwilę odda się radosnemu jammowaniu, które doprowadzi do ciekawego, acz nie do końca sensownego pomysłu polegającego na tym, że Steve Howe będzie przytaczał na gitarze elektrycznej cytaty z trzech poprzednich kompozycji albumu oraz z samego „Close to the Edge” (temat pierwszy).  Po odśpiewaniu przez Andersona tematu finału oraz innych melodii wokalnych, pojawi się kolejny cytat z „The Revealing…” zagrany już przez cały zespół. Około dwunastej minuty, Chris Squire w nieco bardziej szalonej części gra solo na gitarze basowej. Czternasta minuta rozpoczyna kakofonię, która będzie męczyć nasze uszy przez najbliższy czas. Oparta jest ona na czymś w rodzaju solówki perkusji, na którą Rick Wakeman nakłada plamy dźwiękowe Mellotronu. Myślę, że skojarzenie z King Crimson, czy Van Der Graaf Generator jest tutaj jak najbardziej zasadne. Kakofonia milknie, gitara Howe’a przytacza melodię finału. Anderson wreszcie śpiewa coś przyjemnego przy spokojnym akompaniamencie pozostałych instrumentów (w tym fortepianu). Rozbrzmiewa finał „Nu Sommes de Soleil”. Gdy wydawałoby się, że utwór powinien się już skończyć, dostajemy kolejną średniej jakości solówkę Howe’a, znowu przytaczającą drobne cytaty z innych utworów. Z czasem, wszystko się uspokaja i cichnie.

Postawa muzyków na albumie przedstawia się dla mnie następująco: Jon Anderson – subtelność jego wokalu z albumu poprzedniego zaniknęła, wieloma swoimi wejściami wybija słuchacza z stworzonego wcześniej klimatu, oczywiście miewa także bardzo poprawne partie; żadne z nich jednak nie zachwycają. Steve Howe – zaskakująca niekonsekwencja gry; otrzymał on na albumie ogrom miejsca na pokazanie swoich możliwości, jednak okazało się dla niego niemożliwym wypełnienie albumu równej, wysokiej jakości partiami gitary. Chris Squire – jak zawsze, jedne zagrywki pasują idealnie, drugie dogrywane są gdzieś zupełnie obok, nie w akordzie, przypadkowo; wokalnie jest dobrze. Rick Wakeman - pomimo swojego lekceważącego podejścia do albumu, paradoksalnie w wielu miejscach ratuje zespół swoimi partiami; jego gra jest bardzo oszczędna i niewyszukana, lecz równocześnie nie wypada jednoznacznie źle. Alan White – Yes dotychczas nie miał wybitnego perkusisty, Alan White nie zmienił czegokolwiek w tej materii; jego gra prezentuje przyzwoity poziom i nic ponadto.

Pierwszym odczuciem powstałym po przesłuchaniu obu krążków wydawnictwa „Tales from Topographic Oceans” jest zmęczenie ich chaotycznością i brakiem sensownych kompozytorskich pomysłów. Jon Anderson w swojej wypowiedzi (z perspektywy czasu) na temat albumu przyznał: „Tales from Topographic Oceans” to wypadkowa ogromnych ambicji i całkowitego braku energii”. Ja ująłbym to inaczej: „wypadkowa ogromnych ambicji i całkowitego braku umiejętności kompozytorskich, żeby tym ambicjom sprostać”. Utwory brzmią, jakby były posklejane z różnych, losowo wpadających zespołowi do głowy fragmentów, a nie jak odpowiednio zaplanowane w swojej budowie i ładunku emocjonalnym „suity rockowe”. Łączników wprowadzających do kolejnych części właściwie nie ma. Pojawiają się dłużyzny, w których większość partii instrumentów nie jest wcześniej rozpisana, a bezwiednie improwizowana, co odbieram bardzo negatywnie. Zniknęło także przetwarzanie motywów, które dopiero co dobrze zafunkcjonowało na „Close to the Edge”. Wobec tego, słowa Bruforda przytoczone przeze mnie na wstępie, dziwią jeszcze bardziej. Czyżby tamten nieprzemyślany album był bardziej dojrzały od tego „dogłębnie przemyślanego”?

 „Tales from Topographic Oceans” nie jest dla mnie albumem dobrym, ale jak pokazała historia, na tle niektórych wypada całkiem nieźle. Odrzuciwszy mityczną otoczkę „arcydzieła” czy ideę „konceptu”, muszę stwierdzić, że album ten broni się nie tyle muzyką, co klimatem i to nie w całej swojej zawartości czy długości. Yes nie podołał wyznaczonemu sobie przedsięwzięciu. Według mnie, na albumie wygrywa „koncepcja”, a nie muzyka.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl