Yes - Drama

Paweł Świrek, Yes - Drama

Jak wiadomo, na początku 1980 roku John Anderson i Rick Wakeman opuścili zespół Yes, a na ich miejsce przybyli Trevor Horn i Geoff Downes. Płyta „Drama”, która została nagrana przez Yes bez Andersona i Wakemana jest najlepszym dowodem na to, że zespół może istnieć bez tych dwóch, wydawałoby się, kluczowych osób. A jaka jest ta płyta? No cóż... Nie ma ona zbyt wiele wspólnego z wcześniejszymi dokonaniami zespołu.

Już samo wejście wokalu w „Machine Messiah” świadczy o tym, że Trevor Horn próbuje imitować głos Andersona i nawet nieźle mu to wychodzi. Pierwsze pięć minut utworu nie jest zbytnio przekonywujące. Jest to taka sobie próba grania w stylu podobnym do tego, co się działo wówczas na scenie muzycznej. Bardzo przypomina to pierwszą płytę Mike'a Rutherforda (gitarzysty/basisty Genesis). Za to drugie pięć minut pierwszego utworu jest znakomitym przykładem wytworzenia niesamowitego nastroju malowanego dźwiękiem. Głos Trevora idealnie pasuje do klimatu tej części utworu. Całe te zmiany nastroju tworzą znakomitą dramaturgię. Dopełnieniem tego jest króciutki utwór „White Car”. Kolejny na płycie, „Does It Really Happen?”, w zasadzie zespół mógłby sobie darować. Jedynym chyba atrakcyjnym punktem tego utworu jest jego zakończenie wypływające z ciszy. W tym zakończeniu Chris Squire popisuje się mistrzowskimi partiami basu. Nagranie „Into The Lens”, a raczej jego fragment posłużył w Programie Trzecim Polskiego Radia jako jingiel zapowiadający nowość muzyczną. Jest to także drugi po „Machine Messiah” utwór, który posiada znakomitą dramaturgię. Zachwycające są te częste zmiany nastroju. Wykorzystanie wokodera podkreśla niezwykły klimat tej kompozycji. Czasem niektóre dłuższe partie wokalne mogą być nieco nużące, ale dzięki precyzyjnej grze sekcji rytmicznej utwór wypada znakomicie. Gdzieniegdzie Steve Howe daje znać o sobie bardzo precyzyjnymi solówkami gitarowymi. „Run Trough The Light” przynosi małą niespodziankę. Trevor Horn zagrał w tym utworze na basie, a Chris Squire na instrumentach klawiszowych. Mimo to utwór brzmi znakomicie i także kreuje niepowtarzalne nastroje. Nie przeszkadzają tu typowo syntezatorowe brzmienia. Klimat utworu jest tak niepowtarzalny, iż można uznać, że Anderson i Wakeman nie byli potrzebni zespołowi Yes do tworzenia niepowtarzalnej muzyki. Trevor Horn gra na basie na tyle dobrze, że warto byłoby się zastanowić nad słowami, które niegdyś wypowiedział Chris Squire: „Możesz zmienić w tym zespole cokolwiek, pod warunkiem, że nie zmieniasz basisty”. Zamykająca płytę kompozycja „Tempus Fugit” udowadnia, że jednak Chris Squire tak na dłuższą metę jest niezastąpiony. Sam utwór, pomimo to, nie jest najciekawszy. Jest on także zapowiedzią całego tego zła, jakie nadejdzie wraz z muzyką grupy Yes w latach osiemdziesiątych. Jedynie krótki instrumentalny fragment, a raczej solo Squire’a na basie, zespół w późniejszym okresie na dłużej włączył do repertuaru koncertowego (a ściślej do solowego popisu Chrisa Squire’a).

Pomimo wskazanych wad uważam, że płyta jest udaną pozycją w dyskografii zespołu. Jednak odstaje ona od pozostałych albumów w takim stopniu, że zespół nie powinien wykorzystywać nazwy Yes, tylko powinien ją zmienić na inną. Jak już wspominałem, Trevor Horn nie śpiewa jak John Anderson, a Geoff Downes nie gra tak znakomicie, jak Rick Wakeman, ale jednak muzyka Yes posiada nadal swoją magię. Szkoda tylko, że mało kto docenia tą płytę. Co z tego, że nie ma Andersona i Wakemana? Ale przecież jest Steve Howe, który dzięki swej niepowtarzalnej grze na gitarze podnosi wartość płyty. A Alan White i Chris Squire, tworzący chyba najlepszą sekcję rytmiczną, grają naprawdę znakomicie. Mało tego – uważam, że Alan White zdecydowanie bardziej pasuje do zespołu, niż jego poprzednik - Bill Bruford.

W 2004 roku nakładem wytwórni Electra ukazało się zremasterowane wydanie tegoż albumu uzupełnione o kilka dodatkowych utworów. Pierwsze dwa bonusy to nic innego, jak singlowe wersje „Into The Lens” i „Run Through The Light”. Potem dość skoczna instrumentalna kompozycja „Have We Relly Got To Go Through This” oraz podobna „Song No. 4 (Satellite)”. Obie kompozycje wyglądają na nieco improwizowane. Dalej mamy fragmenty z sesji nagraniowych do płyty „Drama”, a ściślej robocze wersje „Tempus Fugit” oraz „White Car”, częstokroć z niepełnymi wokalami. Najciekawsza jest jednak końcówka płyty – cztery kompozycje zarejestrowane po wydaniu płyty „Tormato”, kiedy jeszcze John Anderson i Rick Wakeman należeli do zespołu. „Dancing Through The Lights” to wczesna wersja „Run Through The Light” z delikatnymi wokalizami Johna Andersona, zagrana bardziej radośnie w przeciwieństwie do nieco mrocznej finalnej wersji. Kolejne utwory wyglądają na kontynuację stylu wypracowanego na „Tormato”. Niektóre fragmenty z nich wyewoluowały potem na płycie „Drama”. Te utwory stanowią jednak bardziej ciekawostkę, gdyż są to raczej szkice kompozycji niż dopracowane utwory. Choć na przykład taki „Friend Of A Friend” wydaje się być niezłym kandydatem na przebój.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl