Jethro Tull - Aqualung

Przemysław Stochmal, Jethro Tull - Aqualung

Wielkie dzieła rodzą się w bólach. Tak było choćby wtedy, gdy do tworzenia swojej czwartej płyty przystępował pod koniec 1970 roku zespół Jethro Tull. Powszechny wśród ówczesnych twórców problem drakońskich terminów wydawniczych i napiętego harmonogramu koncertowego nie stwarzał warunków komfortowego procesu komponowania i nagrywania. Na domiar złego niedługi czas przeznaczony na zapis materiału grupa miała spędzić w największej sali nowo otwartego studia zaaranżowanego w pokościelnym budynku; przez swoje rozmiary stwarzała ona całe mnóstwo problemów natury akustycznej. A gdyby jeszcze dodać, że świeżo zaangażowany na stanowisko basisty przyjaciel zespołu Jeffrey Hammond podczas sesji dopiero… uczył się grać na instrumencie, to można by uznać za cud, że w natłoku tylu przeciwności powstała płyta doprawdy wybitna.

„Aqualung” z czysto muzycznych względów był punktem zwrotnym w karierze Iana Andersona i spółki. Do tej pory, z płyty na płytę grupa stawała się solidnym rockowym kolektywem, coraz bardziej zrywającym z pierwotnymi bluesowymi wpływami, jednak jej głównym wyróżnikiem nadal pozostawało przede wszystkim bogate, wirtuozerskie wykorzystanie fletu. Wraz z „Aqualung” ukonstytuowała się specyficzna, wyjątkowa estetyka Jethro Tull, na co ogromny wpływ miało rozpisanie kompozycji na nowy wiodący instrument – fortepian. Zaangażowanie pianisty Johna Evana, dotychczas koncertującego z grupą, a na wcześniejszym albumie „Benefit” jedynie wspomagającego instrumentami klawiszowymi resztę muzyków, umożliwiło wprowadzenie w stylu grupy w zasadzie kilku zmian naraz. Wszechobecny fortepian, prowadzący podstawowe linie razem z gitarami, ale i charczące brzmienie organów Hammonda tu ówdzie wyostrzające riffy, wniosły z jednej strony rockandrollowy polot, z drugiej zaś hardrockowy nerw. Ponadto obecność instrumentów klawiszowych, umożliwiająca odciążenie gitar w tworzeniu podstawowych rytmicznych konstrukcji, stwarzała większe pole dla gitarowych solówek Martina Barre’a, tutaj zdecydowanie pewniejszych. 

W nowej estetyce Jethro Tull znalazła odbicie również „klasyczna” wrażliwość nowego członka zespołu – wspomnieć wypada tu choćby słynną fortepianową introdukcję do „Locomotive Breath” – chociaż ciążenie ku muzyce klasycznej zespół akcentował już wcześniej – podobnie jak zamiłowanie do folku i muzyki akustycznej. Tutaj wszystkie te elementy złączyły się w prawdziwie wybuchową mieszankę – świetnych hardrockowych riffów i solówek, intrygujących nawiązań do muzyki dawnej (najwyraźniejszych w sielskim „Mother Goose”, knajpianym „Up To Me” i mocarnym „My God”), akustycznych miniaturek (dających początek wielokrotnym próbom tego typu na późniejszych płytach) oraz górującego nad wszystkim temperamentu Iana Andersona, zaklętego w szalonych popisach na flecie i niedbałym, „włóczęgowskim” sposobie śpiewania.

 „Aqualung”, oprócz walorów muzycznych, zyskał sławę również i ze względu na wydźwięk tekstów – poza refleksjami natury społecznej czy wątkami autobiograficznymi, Anderson nie oszczędził słów będących jawną krytyką religii i struktur kościelnych, przez co album stał się jednym z najsłynniejszych rockowych dzieł wyrażających sprzeciw wobec instytucjonalizacji idei Boga i biorących się stąd wypaczeń. Charakterystyczne dla Andersona sarkazm, dowcip i trzeźwość spojrzenia, w momencie wydania płyty stały się równie ważne i wyraziste, jak zawarta na niej muzyka – do dziś zachwycająca pomysłowością, błyskotliwością w łączeniu epok i nastrojów, a przede wszystkim kipiąca rockandrollem.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl