Dream Theater - Images And Words

Przemysław Stochmal, Dream Theater - Images And Words

Dream Theater, zespół od zawsze znany z eksponowania swoich muzycznych inspiracji, dwadzieścia pięć lat temu stworzył dzieło, które stało się muzyczną busolą i puntem odniesienia dla rzeszy naśladowców, właściwym początkiem popularnego do dziś metalowego podgatunku rocka progresywnego. „Images And Words”, album przez wielu sympatyków grupy uznawany za najlepszy w jej dorobku, pełen koncertowych evergreenów, w tym „Pull Me Under” -  przeboju w swoim czasie mocno lansowanego przez MTV, jest jedynym krążkiem Dream Theater, który doczekał się statusu złotej płyty.

W czym więc tkwi wyjątkowość drugiego studyjnego albumu nowojorczyków na tle pozostałych pozycji z ich imponującego dorobku? Przede wszystkim, niejako wbrew przyklejonej progrockowej łatce i statusowi klasyka czy wzorca gatunku, jest to dzieło wyjątkowo uniwersalne. Zespół, mający za sobą pozbawiony sukcesów płytowy debiut, znalazł się w momencie kariery, w którym żadna etykieta jeszcze nie ograniczała jego artystycznej swobody, żadne większe wymagania odbiorców nie dyktowały sposobu tworzenia. Na „Images And Words” odsłania się więc wizja artystów, którym w duszach równie mocno grać może Rush, Marillion, Elton John, Metallica czy Beastie Boys. Tu jeszcze nie istniała presja własnego stylu, czy wydumana konieczność realizowania hermetycznej artystycznej idei.

Skłonność Dream Theater do komponowania utworów o zdecydowanie nie-piosenkowym czasie trwania jest tu już wyraźna, choć nie opiera się jedynie na wpływach „symfonicznych” epopei klasyków rocka progresywnego z lat 70. Dość powiedzieć, że obok nagrań skrojonych według klasycznego, „fabularnego” przepisu („Metropolis”, „Learning To Live”), do najdłuższych kompozycji na płycie należą dwa utwory, które znalazły się na singlach (na potrzeby radiowe, rzecz jasna, zostały odpowiednio przycięte). Trwające po osiem minut „Pull Me Under” i „Take The Time”, bo o nich mowa, to w gruncie rzeczy nagrania o formule piosenkowej, w których główne punkty zaczepienia stanowią z jednej strony nośny gitarowy riff i charakterystyczna rytmika, z drugiej zaś przebojowe i melodyjne refreny.

Wypada jednak wspomnieć, że opierająca się na szerokim spektrum muzycznych wpływów koncepcja płyty, potrzebowała pewnej ingerencji profesjonalistów z wytwórni ATCO, by nie doprowadzić do powstania kolosa napompowanego do granic możliwości pojemnościowych płyty kompaktowej. Usunięcie z programu suity „A Change Of Seasons” (która została nagrana i wydana na płycie trzy lata później), choć w owym czasie dla Dream Theater stanowiło gorzką pigułkę, sprawiło jednak, że w przeciwieństwie do późniejszego nieumiarkowanego stylu wypełniania krążków materiałem, powstała płyta nie tylko optymalna w sensie czasu jej trwania (niespełna godzina), ale i rozłożenia akcentów, balansowania środków wyrazu. Progresywne skłonności, metalowe eskapady, instrumentalne pokazówki znakomicie równoważą się z tym, co melodyjne, śpiewne i bujające, a nawet miejscami sentymentalne, dzięki czemu do dziś odsłuch albumu od deski do deski może być nie lada przyjemnością.

Materiał z „Images And Words” na tle późniejszych wydawnictw Dream Theater wciąż prezentuje się świeżo, witalnie, urzekając przy tym nie tak łatwo osiągalną przez zespół w późniejszych latach naturalną melodyjnością. W przypadku tegoż albumu można jednak żałować, że moda na remiksy klasycznych pozycji póki co skutecznie omija Dream Theater, bo w wyniku pewnych kontrowersyjnych decyzji inżynierskich sprzed dwudziestu pięciu lat, płyta nie brzmi tak dobrze, jak na to zasługuje. Szczególnie dość osobliwe, nienaturalne brzmienie perkusji pozbawia materiał z „Images And Words” pewnej głębi i właściwej dynamiki. Wydaje się jednak, że szansa na gruntowne zmiany w tej kwestii upadła wraz z odejściem z zespołu Mike’a Portnoya. Pozostaje więc cieszyć się wersją znaną od ćwierć wieku, a dziś przede wszystkim okazją na spotkanie z tym materiałem na żywo. 

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl