Deep Purple - Made In Japan

Tomasz Kudelski, Deep Purple - Made In Japan

Płyta „Made In Japan” to album dosyć trudny do oceny, bo ciężko konfrontować się z płytą, która w dosyć powszechnej opinii uważana jest za koncertową płytę wszech czasów i która przyniosła zespołowi Deep Purple reputację koncertowej petardy ówczesnego rockowego świata.  Nie wiem czy jest to najlepsze live całej muzycznej galaktyki, ale pewnie trudno nie zgodzić się, że z rockowego triumwiratu: Led Zeppelin - Black Sabbath - Deep Purple, to Głęboka Purpura wypadała na żywo najbardziej okazale. W konsekwencji liczba oficjalnych wydawnictw koncertowych Deep Purple idzie w duże dziesiątki, o ile nie przekroczyła już nawet setki, a jednak to „Made In Japan” wciąż pozostaje punktem odniesienia.

Swoisty kult, jakim ta płyta była otaczana, powodował że początkowo jako nastolatek żyłem w przekonaniu, że podczas tych trzech japońskich koncertów zespół w magiczny sposób obcował z absolutem, który pozwolił mu osiągnąć wyżyny dla innych niedostępne.  Czym dłużej jednak żyłem, to za każdym kolejnym odsłuchanym koncertem wczesnego Deep Purple docierało do mnie, że w zasadzie na „Made in Japan” nie ma nic wyjątkowego.  Oni po prostu tak wtedy grali.

Niewątpliwie wyjątkowe jest brzmienie tego albumu, które jak na ówczesne możliwości rejestracji koncertowej prezentuje się wciąż niesamowicie, a wyobrażam sobie, że brzmienie bębnów Iana Paice’a z tej płyty wciąż budzi zazdrość u niejednego realizatora dźwięku.  Sam zaś Martin Birch za „Made In Japan” zasługuje na realizacyjnego Nobla, biorąc pod uwagę że dysponował on jedynie ośmiośladowym rejestratorem.

„Made In Japan” to już w zasadzie końcówka złotego okresu z Gillanem. Sytuacja w zespole była napięta, czego na szczęście nie słychać wykonawczo.   Według niektórych źródeł Ian Gillan był bliski odejścia już bezpośrednio po japońskich koncertach, ale ostatecznie dotrwał do czerwca 1973r., informując wcześniej listownie management o swoich zamierzeniach w grudniu 1972r. Był to już okres kiedy koncerty Deep Purple z początkowych dwóch godzin zostały skrócone wraz z bisami do niewiele ponad 90 minut, a w grze pojawiły się przejawy rutyny.  Zespół promował wówczas świeżo wydaną płytę „Machine Head” i to utwory z tego właśnie krążka dominują na koncertowym albumie. I może właśnie to różnica dynamiki wykonawczej pomiędzy płytą „Machine Head” a „Made In Japan” była początkowym źródłem sukcesu tej płyty.

Jakkolwiek był to okres kiedy purpurowe koncertowe szaleństwo było już trochę oszlifowane, a improwizacje z których zespół słynął, gruntownie przetestowane na żywo i zahaczające o rutynę, to można to stwierdzić wyłącznie z perspektywy lat i pozycji fana, który słyszał wszystko lub prawie wszystko, co ten zespół z siebie wyprodukował.  Z jednej strony można powiedzieć, że był to w pewnym sensie artystycznie złoty kompromis pomiędzy rozciągniętymi w czasie do granic możliwości koncertowymi improwizacjami, które charakteryzowały koncerty zespołu w roku 1970, a improwizacyjną stagnacją po reaktywacji w 1984r., kiedy już tego pierwiastka szaleństwa zaczynało brakować. Z drugiej zaś strony spora reprezentacja fanów Deep Purple jednak wyżej ceni właśnie ten pierwszy koncertowy okres z lat 1969-1970, kiedy to połowę koncertu stanowiło „Mandrake Root” oraz „Wring That Neck”.  Oba te utwory oferowały wtedy fragmenty z pogranicza jazzu i muzyki awangardowej, których już na „Made In Japan” nie uświadczymy w takim stopniu,  pomimo że środkowa część „Space Trucking” jest w prostej linii kontynuacją tour de force instrumentalnej części „Mandrake Root”.

Niestety ten wczesny okres koncertowej prospertity Deep Purple nie miał szczęścia do  dobrej płytowej prezentacji.  Większość materiałów z tego okresu swoją premierę miało dopiero pod koniec lat 80. lub później i są to głównie rejestracje radiowe, telewizyjne lub pochodzące ze źródeł nieoficjalnych, które są brzmieniowo daleko w tyle za poziomem „Made In Japan”. Najbardziej znany pełny koncert wczesnego Deep Purple to  „Scandinavian Nights” zarejestrowany  przez Szwedzkie Radio  12 listopada 1970 r. w Sztokholmie. Pod taką samą nazwą wydany był też pierwotnie w wersji wideo świetny koncert z Danii z 1 marca 1972 r. z niedawno zburzonej sali  K. B. Hallen w Kopenhadze.  Jednak najlepiej zachowane obrazki pochodzą z podwójnej płyty DVD „History Hits and Highlights 1968-1976”  zbierającej do kupy istniejące fragmenty koncertowych nagrań Deep Purple, gdzie znajdują się takie perełki jak „Wring That Neck" z Jazz Bilzen Festival z 1969 czy „Mandrake  Root” z „Pop Deux' Paris” z  1970 roku.

https://www.youtube.com/watch?v=GqQL8XSzaAw

https://www.youtube.com/watch?v=0A58DPODNQ4

Obejrzenie tych występów pozwala trochę spuścić powietrze z nabrzmiałego balona „Made In Japan”.

Proszę mnie dobrze zrozumieć, nie kwestionuję historycznego znaczenia, czy nie zamierzam umniejszać artystycznego poziomu albumu „Made In Japan”, który obiektywnie jest kawałkiem świetnie zagranej i świetnie brzmiącej muzyki zagranej przez wybitnych instrumentalistów u szczytu ich możliwości.  Chcę tylko umieścić ten album w szerszym kontekście koncertowej historii Deep Purple, która nie zaczyna się bynajmniej na „Made In Japan” i dla której „Made in Japan” nie musi być równocześnie jej punktem kulminacyjnym.  

Jednocześnie paradoksem jest fakt, że tak przeze mnie chwalone „Wring That Neck” oraz „Mandrake Root” uważam jednocześnie za utwory, które przez swoją długość  powodowały,  stagnację bardzo ubogiej koncertowej setlisty Deep Purple. I w konsekwencji wiele świetnych kompozycji nie doczekało się swojej koncertowej premiery. Coś za coś.

Przez nikogo z zespołu nieoczekiwany sukces płyty „Made In Japan” (pierwotnie płyta miała się ukazać tylko w Japonii) spetryfikował niestety kanon koncertowych oczekiwań od Deep Purple, który za zespołem w wersji z Gillanem ciągnie się z powrotem od 1984 r. w zasadzie bez przerwy do dzisiaj. Ja mam zaś z „Made In Japan” taki problem, że są na tej płycie utwory, które nie do końca uważam za kluczowe dla Deep Purple, nawet jeżeli ich wykonania są wybitne.  „Smoke On the Water”, „Strange Kind of Woman”, „Lazy” czy „Space Trucking” są dla mnie zmorą każdego występu Deep Purple i obecnie nawet najwyższy poziom wykonawczy nie jest w stanie tego zmienić. 

A samo „Made In Japan” żyje już dawno swoim własnym życiem.  Pierwotna edycja zawierała wybór utworów z wszystkich trzech koncertów z Japonii: dwóch w Osace 15 i 16 sierpnia 1972r. oraz w słynnej tokijskiej hali Budokan 17 sierpnia 1972r. i znając obecnie wszystkie trzy koncerty w całości temu wyborowi wiele zarzucić nie można. Płyta doczekała się szeregu wydań i wersji.  Najlepiej prezentuje się edycja z 2014 roku. Ukazały się wtedy: oryginalny mix płyty z 1972 r. Martina Birtha, wersja dwupłytowa zawierająca oryginalny album, ale na nowo zmiksowany przez Kevina Shirley (Iron Maiden, Black Country Communion) plus dodatkowy dysk zawierający wszystkie bisy z wszystkich trzech koncertów pominięte w całości na oryginalnym „Made In Japan” (a były to utwory „Black Night”, „Speed King” oraz „Lucille”), a na koniec można cieszyć się również pełną wersją deluxe zawierająca wszystkie trzy koncerty z nowym mixem przygotowanym przez Martina Pullana na 4 płytach CD: każdy dzień to osobna płyta, a bisy na odrębnym dysku (jest też dostępna 9-płytowa wersja analogowa wszystkich trzech koncertów w jednym boxie!).

Oba współczesne remixy są dużo lepsze niż wersja z 1993 r. przygotowana w Abbey Road dla potrzeb potrójnej płyty „LIVE In Japan”, która zawierała wszystkie trzy koncerty, ale, ze względu na ograniczenia czasowe płyt CD, niepełne.   Choć oczywiście czy tworzą one nową jakość w stosunku do oryginalnej wersji Martina Bircha - jest kwestią dyskusyjną.   Całkiem niedawno odnaleziono też fragmenty rejestracji wideo na taśmie 8 mm, z koncertu w Tokio, które zostały udostępnione w ramach płyty DVD „Made In Japan” dodanej do wersji deluxe płyty. Tak więc po raz pierwszy można było również zobaczyć jak wyglądały te japońskie koncerty na żywo. A wyglądały one po prostu tak jak ówczesne koncerty Deep Purple.   

https://www.youtube.com/watch?v=NN8Yt4sIWdY

Ciekawostką jest również, że utwór „Black Night” zagrany na bis w wersji z Tokio został wykorzystany już wcześniej, jako druga strona singla „Woman From Tokyo” jeszcze w 1973 roku i jest to jedna z najlepszych, jeżeli nie najlepsza, znana mi oficjalna rejestracja tego utworu.

Tak więc pewnym paradoksem jest, że o ile „Made In Japan” prawdopodobnie wciąż uznawana jest za najlepszą płytę nagraną na żywo w historii rocka, to wśród samych zagorzałych fanów Deep Purple wcale nie ma zgodności, czy jest to najlepsza płyta koncertowa Deep Purple.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl