Yes - Union

Maciej Polakowski, Yes - Union

Lata osiemdziesiąte nie były łaskawe dla wykonawców prezentujących ambitną muzykę.  Wśród mas zaistniała potrzeba powrotu do piosenek, które łatwo wpadają w ucho, swoją nieskomplikowaną strukturą wdzierają się do pamięci i zostają tam na jakiś czas, pozwalając zanucić się w dowolnym momencie.

Można powiedzieć, że zespołowi Yes udało się sprostać oczekiwaniom większości; trącący popem album „90125” sprzedał się najlepiej ze swoich yesowych poprzedników, a i do dzisiaj rozpoczynający płytę „Owner of a Lonely Heart” daje się usłyszeć w wielu mainstreamowych radiach. Wraz z następnym albumem - „Big Generator”” - pojawiło się rozczarowanie, jednakowoż nie wypadł on jednoznacznie źle (niektóre pozycje z płyty zachęcały do ponownego ich przesłuchania). Kwestią najważniejszą jednak nie była w jego przypadku popularność zespołu, ale wzajemne stosunki członków, ostatnimi czasy dość chłodne. Współpraca muzyków balansowała na ostrzu noża, tak więc po odbyciu stosownej promocyjnej trasy koncertowej, powstały dwa wrogie sobie obozy: Squire, Rabin, White, Kale oraz Anderson, Bruford, Wakeman, Howe. Po sądowych bataliach, prawo do używania nazwy Yes wywalczył Squire. Grupa na czele z Andersonem przyjęła nazwę będącą połączeniem pierwszych liter nazwisk muzyków, po prostu ABWH i wydała jeden studyjny album.

Pomysł zjednoczenia grup wykluł się podczas niespodziewanego spotkania Rabina z Andersonem, podczas którego panowie wyrazili chęć współpracy ograniczającą się na tamtą chwilę jedynie do zatrudnienia Jona jako głównego wokalisty w Yes, natomiast Trevor miałby napisać chwytliwy singiel dla ABWH i w innych ich utworach dograć (potrzebne czy niepotrzebne) partie gitary. Koncepcja pociągnęła za sobą inną - o celu iście komercyjnym: zakładała ona połączenie materiału obu obozów i wydania wszystkiego pod wspólnym szyldem „Yes”. Pomysł ten nie uwzględniał niestety możliwych przeciwności i trudności przy realizacji materiału. Ta szła od początku do końca niekonsekwentnie. Nie dość, że obie grupy ani na moment nie pojawiły się w studio razem, to jeszcze nie mogły osiągnąć porozumienia wewnątrz ich samych osobno. Bezustanne kłótnie i niemoc w posunięciu nagrań naprzód, zmusiły producenta albumu – Jonathana Eliasa do zatrudnienia muzyków sesyjnych i nakazania im dogrania brakujących partii klawiszy i gitar, co spotkało się z krytyką niemal w każdym okołoyesowym środowisku.

Niesnaski na poziomie interpersonalnym znalazły swoje odbicie w samej muzyce zespołu.  Tę w zasadzie można podzielić na dwie części, pomimo delikatnego upodobnienia się do siebie stylów obu grup w tamtych czasach; a odrębność ta w większości została zachowana dlatego, że „współpraca” muzyków polegała zaledwie na przenikaniu się wokali (Anderson dla ekipy Squire’a, Squire dla ABWH) oraz gdzieniegdzie gitar. Oczywiście należy pamiętać o partiach dogranych przez gości zaproszonych na życzenie Eliasa.

Częścią pierwszą, którą muzycznie można wyodrębnić jest część ABWH. Charakteryzują ją nieco bardziej poszarpane utwory i znajoma gitara Howe’a. To, co uległo zmianie w stosunku do jedynej płyty formacji z 1989 roku, to sposób gry sekcji rytmicznej – teraz cięższy, momentami toporny, od czasu do czasu zahaczający o heavy rock. O ile dla niektórych może to być zaleta, świeżość czy postęp, dla mnie to drugi obok słabych i zbyt nachalnie powtarzanych partii wokalnych element najbardziej zniechęcający do słyszanego materiału. Jedyne warte ewentualnego wskazania elementy, za które ABWH można pochwalić to niezły rwany riff gitary elektrycznej z utworu pierwszego oraz ciekawszy, bardziej wciągający i tajemniczy klimat z początku „Without Hope You Cannot Start the Day” oraz z już dłuższej części „Angkor Wat” (jak sugeruje tytuł, utworu związanego z kulturą Kambodży – pod koniec pojawia się nawet fragment wiersza kambodżańskiego poety deklamowany dziecięcym głosem przez Pauline Cheng). Ewentualną kandydaturę do ponownego przesłuchania zgłasza jeszcze „Take the Water to the Mountain”. Instrumentalne tło dla wokalu Andersona i prostota budowy kompozycji jest bez wątpienia czynnikiem to powodującym. Progresywno-rockowych komplikacji nie ma się tutaj co doszukiwać.

Przyszła kolej na drugą kategorię utworów z krążka. Panowie na czele ze Squire’em zaserwowali słuchaczowi zlepek piosenek pokroju średniej i gorszej jakości AOR-u wymieszanego z pop-rockiem. Bronią się tylko „Lift Me Up” – jako takim wstępem i nawet zapamiętywalnym refrenem oraz „Saving My Heart” – nieco słabszym, ale także zapamiętywalnym refrenem.

Nie sposób nie odnieść się do dwóch nagrań instrumentalnych zamieszczonych na płycie. Pierwsze z nich to krótki akustyczny kawałek Howe’a, rok później nominowany do nagrody Grammy za rzekomo najlepsze rockowe nagranie instrumentalne roku… Podobno Howe nagrał ten utworek w piętnaście minut na dwuścieżkowym sprzęcie w zaciszu swojego domu, z dala od niemiłej atmosfery studia wypełnionego czepliwymi kolegami. Jestem w stanie uwierzyć, że nagranie rzeczywiście powstało w piętnaście minut, dodatkowo nie zostało wcześniej rozpisane, tylko na szybko wyimprowizowane. Po odsłuchu, natychmiast ulatuje z głowy. „Evensong”? Wstyd. Takiego banału nie wypada zamieszczać na płycie jako osobnego nagrania, bo wypada żenująco.

Z której strony, jak by nie patrzeć i jakiego kryterium nie obierać, trudno znaleźć jakiekolwiek pozytywne strony albumu „Union”. Nie dość, że nie udało się zainteresować słuchaczy muzycznie, to jeszcze z wcześniej wróżonym powodzeniem komercyjnym krążka coś poszło nie tak. Materiał zgromadzony na płycie jest niespójny, niezajmujący, gdzieniegdzie całkiem bezwyrazowy, a w dodatku nie ma on wiele wspólnego z rockiem progresywnym.

Co smuci, spoglądając wstecz na poprzednie wydawnictwa Yes, muszę stwierdzić, że zespół w 1991 roku wydał album aspirujący do miana jednego z swoich najsłabszych i najbardziej nietrafionych.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl