Emerson Lake & Palmer - In The Hot Seat

Maciej Polakowski, Emerson Lake & Palmer - In The Hot Seat

Wobec nasilających się problemów z prawą ręką Keitha Emersona oraz z głosem Grega Lake’a, a także nie tak dawno „zakończonego” konfliktu między tymi dwoma muzykami, nie do końca wiadomo, dlaczego w ogóle została powzięta decyzja o produkcji nowego albumu tria Emerson Lake & Palmer. Można tłumaczyć to tęsknotą za estradą, za tłumami fanów, chęcią ponownego wejścia do studia, jednak znacznie bardziej przekonującymi wydają się być tutaj względy pieniężne, przedkładane (co daje się ponownie odczuć zwłaszcza w ostatnich czasach) nad poziom samej muzyki. Takie postępowanie usprawiedliwiałby jedynie przynajmniej satysfakcjonujący dla słuchacza poziom krążka. Czy wydany w 1994 roku ostatni album w dorobku zespołu Emerson, Lake & Palmer tym właśnie się broni?

Zacząć należy od jasnego postawienia sprawy: na krążku "In The Hot Seat" nie znajdziemy rocka progresywnego. Zamiast niego, usłyszeć można pop, pop-rock, momentami AOR, w końcówce rock symfoniczny, a oprócz tego nawet (całe szczęście tylko przez chwilę) coś w rodzaju synth-popu. Utwory trzymają równy, lecz niestety niski poziom. Mało które kompozycje nadają się do uczciwego wyróżnienia. Refren rozpoczynającego płytę „Hand Of Truth” ma w sobie odrobinę rockowego pazura, ten z „One By One” przez krótki moment pozostaje w głowie, a „Change” jest nieco ambitniejszy melodycznie; zwraca uwagę także minimalnie lepsza część instrumentalna. Jednakże cóż z tego, skoro w pierwszych dwóch wspomnianych tytułach klawisze grają wstawki trącące groteską, a „Change” po odsłuchu występującego przed nim „Man In The Long Black Coat” w ogóle nie pozostaje w głowie? Sam cover piosenki Boba Dylana, pomijając fakt, że do EL&P w ogóle nie pasuje, w aranżacji Emersona traci tak naprawdę jedyny czynnik stanowiący o atrakcyjności oryginału – nastrój. „Give Me A Reason To Stay” ma zwrotkę mogącą bez przeszkód zagościć na większości polskich wesel, natomiast „Gone Too Soon”, „Thin Line” i przodujący tej trójce „Daddy” są przykładami piosenek, w których nie dzieje się kompletnie nic. Gwoździem do trumny wydawnictwa okazuje się być synth-popowe „Street War”. Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy na płycie „In The Hot Seat” mogłoby być gorzej, to w tym momencie dostał aż nadto jasną odpowiedź. Całe szczęście, na krążku figuruje jedna dobra i bardzo przyjemna pozycja, mianowicie „Heart On Ice”, która po dodaniu szerszych klawiszy mogłaby spokojnie zostać okrzyknięta kolejnym utworem zespołu Asia (wstęp i niemal identyczne zakończenie to typowe połączenia akordów kompozytorskiego duetu Wetton-Downes).

Obok nowego materiału, członkowie zespołu zarejestrowali w studio także na nowo zaaranżowane fragmenty „Obrazków z wystawy” Modesta Musorgskiego, cyklu tak dobrze w ich wykonaniu przyjętego w 1971 roku. Nie ma wątpliwości, że powrót do tego pomysłu po dwudziestu trzech latach jest niejako zabiegiem „ratunkowym”, co nie najlepiej świadczy o muzykach, gdyż jak widać, nawet oni mieli obiekcje co do swoich ostatnich studyjnych poczynań. Niemniej sprawiedliwości stało się zadość, gdyż nowa aranżacja klasyki niczym konkretnym się nie broni, a co więcej, nagrana tak topornie, ciężko i bez polotu, ostatecznie zniechęca do całości albumu, czego nie może przyćmić wreszcie zamaszyście zagrane zakończenie.

Nie wiadomo po co nagrany „In The Hot Seat” to najgorszy studyjny album grupy, będący przyczyną ponownego wybuchu (już do samego końca niewygasłego) sporu między Emersonem i Lake’em oraz zarazem naprawdę niegodnym i smutnym zamknięciem studyjnej dyskografii tego legendarnego tria. 

MLWZ album na 15-lecie
MojaFabryka.pl