Supertamp - Breakfast In America

Maciej Polakowski, Supertamp - Breakfast In America

Dwadzieścia milionów sprzedanych egzemplarzy... Czym w ogóle Rick Davies, Roger Hodgson i spółka zaskarbili sobie serca takiej rzeszy ludzi? Wydawać by się mogło, że aby jakiś album trafił do szerokiego grona odbiorców, powinno wypełniać go sporo przystępnych, wpadających w ucho melodii. Innym sposobem może okazać się zaproponowanie słuchaczom czegoś odkrywczego, zaskakującego, może intrygującego. Brzmi to wszystko dość sensownie, ale paradoksalnie swoją sensowność traci w konfrontacji z szóstym studyjnym wydawnictwem formacji Supertramp – „Breakfast in America”, na którym nie znalazło się zbyt wiele z wymienionych przeze mnie powyżej elementów. Jaka w takim razie przyczyna tak wysokiej sprzedawalności musiała zadziałać w jego przypadku?

Album zbudowany jest wedle aż za dobrze widocznej w rocku „złotej” zasady, mianowicie lepsze utwory znalazły się z przodu krążka, te słabsze oczywiście już na jego odwrocie. Szczerze mówiąc, powinno odbić się to niekorzystnie na samym Supertramp, gdyż nieprzyjemnym uczuciem jest zawód doświadczany po obiecującym, zachęcającym początku w przypadku nieutrzymania stałej formy muzyki w obrębie jednego wydawnictwa. Jak to okazały rankingi i zestawienia, po raz kolejny takie przypuszczenie okazało się być niezgodnym z faktycznym obrotem spraw.

Wartymi największej uwagi punktami płyty są jej cztery pierwsze utwory. „Gone Hollywood” to wymarzony opener, z początku ostrzejszy i dowcipny (wokal i chórki), później spokojniejszy, lecz niepokojący z nieco tylko przynudnawym fragmentem opartym na różnorakich improwizacjach, „The Logical Song” z wpadającą w ucho melodią i dużą ilością improwizacji (za dużą, pod koniec robi się to naprawdę trudne do zniesienia – zwłaszcza saksofon), „Goodbye Stranger” z typowo mainstreamową zwrotką i bardzo zgrabnym refrenem, który po wejściu wszystkich głosów daje lekko humorystyczny efekt oraz „Breakfast in America” – w swym ogóle niezbyt interesujący, jednak z nietypowym rytmem i jemu podporządkowaną grą instrumentów dętych, co może prowokować do ponownego, i to wielokrotnego, przesłuchania utworu.

Na tym kończy się reprezentatywna część płyty. Poza trzydziestosekundowym wstępem oraz fragmentami z szerszymi chórkami z ostatniego utworu z płyty – „Child Of Vision”, na albumie nie znajdziemy już niczego ciekawego, wartego uwagi czy poświęcenia temu większej ilości czasu. Sześć z dziesięciu pozycji na krążku to niewyróżniające się i często niezapadające w pamięć (przynajmniej na tle wymienionych wcześniej) utwory, w których próżno doszukiwać się niekonwencjonalnych rozwiązań wartych przesłuchania samych dla siebie.

Jako osobie nieżyjącej jeszcze w latach, kiedy album ten po raz pierwszy ujrzał światło dzienne oraz osobie w żaden sposób niezwiązanej sentymentalnie z omawianym wydawnictwem, nie jest mi łatwo zrozumieć tak ogromne zainteresowanie materiałem prezentowanym na nim przez tak znany i lubiany zespół. Widocznie rok 1979 wykazywał zapotrzebowanie na pogodną, przyjemną i łatwą w odbiorze, starannie nagraną muzykę. Zdecydowanie nie zgadzam się jednak z przyporządkowaniem twórczości grupy do nurtu rocka progresywnego, gdyż o ile pojawiają się u niej gdzieniegdzie jakieś malutkie elementy tego gatunku, to w znacznej mierze przeważają pop-rock i jazz. Tak, „Breakfast In America” spokojnie mógłby zostać zakwalifikowany do pop-rocka, może soft rocka z elementami jazzu i naprawdę nielicznymi wstawkami ledwie kojarzącymi się z rockiem progresywnym. Jak na ten ostatni gatunek, płyta byłaby bardzo słabą i niewartą polecenia. Jednakże w własnym, prawdziwie prezentowanym przez siebie stylu nawet pomimo bycia w swej części dość niewyrazistą, wypada naprawdę nieźle. Choć trzeba pamiętać, że na ostateczną ocenę płyty mają niewątpliwy wpływ liczne udanie wylansowane megaprzeboje.

MLWZ album na 15-lecie