Asia - Aqua

Przemysław Stochmal, Asia - Aqua

Niektóre z zespołów o klasycznych progrockowych korzeniach, poddane trudnym doświadczeniom rozbicia długoletnio funkcjonujących składów, zwłaszcza na przełomie lat 80. i 90. z różnych względów, choć częściej kontraktowych aniżeli artystycznych, angażowały ludzi z zewnątrz - nie tylko w szeregi wykonawców ale i jako ciało kompozytorskie. Tak działo się choćby z Pink Floyd przy „A Momentary Lapse Of Reason”, czy Yes z płytą „Union”. Lista płac w przypadku takich pozycji powiększała się o całe grona sesyjnych muzyków, współkompozytorów i tekściarzy.

Tendencja ta nie ominęła w pewnym momencie również zespołu Asia i jego albumu „Aqua”, wydanego w 1992 roku. Tu najbardziej uderzały zwłaszcza zmiany personalne w samym składzie grupy. W miejsce Johna Wettona, który po raz drugi opuścił jej szeregi, został zatrudniony John Payne – wokalista i basista, głosem i stylem śpiewania zdecydowanie bliższy modnym glam-metalowym śpiewakom aniżeli poprzednikowi. Stanowisko gitarzysty objął zaś Al Pitrelli, wcześniej pogrywający u Alice Coopera, w późniejszych latach zasilający takie zespoły jak Savatage czy Megadeth. Katalizatorem dla tych zmian miał być powrót Steve’a Howe’a i obecność Carla Palmera, choć ich obowiązki zostały mocno zredukowane – rola gitarzysty sprowadziła się w zasadzie do pojawiających się w połowie płyty partii akustycznych, natomiast udział perkusisty znikł wśród partii muzyków sesyjnych (jednym z nich był Simon Phillips, który chwilę później miał rozpocząć swoją przygodę w składzie Toto). Całości zmian dopełnił angaż kilku sesyjnych gitarzystów oraz zróżnicowana lista współkompozytorów materiału.

Przyjęcie tych nowości dla sporego grona fanów mogło być nie mniej trudne aniżeli zaakceptowanie w 1983 roku Trevora Rabina jako nowej twarzy Yes, zwłaszcza że chwilę wcześniej zakończyła się udana trasa koncertowa, którą Asia zagrała w niemalże klasycznym składzie, upamiętniona zresztą filmami video (ten dokumentujący koncert w Moskwie w okresie bliskim premiery płyty „Aqua” prezentowała nawet polska telewizja). Spojrzenie na „Aquę” z perspektywy czasu pozwala jednak zupełnie na chłodno wnioskować, że jest to po pierwsze materiał nie tak znów odbiegający od linii wytyczonej wysmakowanym pop-rockowym debiutem dekadę wcześniej, po drugie zaś zbliżony do niego klasą. Owszem, zdarzyło się na płycie kilka piosenek może nazbyt kojarzących się z napuszoną „stadionowością” przełomu dekad (drapieżne „Back In Town”, „Little Rich Boy” czy ballada w stylu Bon Jovi „Crime Of The Heart”), ale nie tyle one znów rażą, co zwyczajnie nie wytrzymują próby czasu. W przeciwieństwie do reszty materiału, która wówczas brzmiała świeżo, a również i dziś słucha się jej bardzo dobrze.

„Aqua” dała muzycznemu wizerunkowi Asii nową jakość, nie pozbawiła jednak tej przebojowej estetyki specyficznego artyzmu, sznytu zakorzenionego głęboko w progrockowych tradycjach założycieli grupy, o czym najwyraźniej zdają się przypominać zdobiące płytę, interesująco powpisywane w kompozycyjny kontekst finezyjne partie gitary akustycznej i mandoliny oraz jedyne w swoim rodzaju „fanfarowe” partie instrumentów klawiszowych Geoffa Downesa. Należące do najmocniejszych punktów albumu utwory „Someday”, „A Far Cry”, „The Voice Of Reason”, „Heaven On Earth” czy przebój „Who Will Stop The Rain” w moim przekonaniu nie ustępują poziomem najsłynniejszym „klasycznym” piosenkom grupy.

Albumem „Aqua” Asia wpisała się w mainstream początku lat 90. właściwie tak samo dobrze, jak debiutancką „Asią” odnalazła się w skrzących się raczkującym MTV początkach wcześniejszej dekady. Szkoda, że świat tego nie zauważył, szkoda, że album przepadł i w te chwili jest właściwie najtrudniej osiągalną pozycją w dorobku grupy.

MLWZ album na 15-lecie