Black Noodle Project, The - Ghosts & Memories

Artur Chachlowski,

ImageJeremiego Grimę, lidera grupy The Black Noodle Project, znam od wielu, wielu lat. Nie chwaląc się więcej aniżeli trzeba, dane mi było – dzięki pewnemu artykułowi w Metal Hammerze w 2005 roku, w którym omówiłem „And Life Goes On…” - pierwszą, która dotarła do Polski, płytę jego zespołu, a następnie dzięki muzycznej prezentacji jej zawartości w audycji MLWZ – przynieść do Polski kaganek oświaty w sprawie Czarnej Kluchy. Później moja znajomość z liderem The Black Noodle Project zacieśniła się jeszcze bardziej. Jeremie wystąpił na żywo w akustycznym setem w jednym z moich programów, wraz ze swoim zespołem odbył dwie trasy koncertowe w naszym kraju, później zaprosił mnie na swój ślub, poznałem wtedy jego przeuroczą żonę Emilie, a następnie dwójkę jego małych przeuroczych szkrabów… Spędziłem z nim mnóstwo czasu dyskutując przy szklaneczce dobrych francuskich trunków (nie tylko wina!) o różnych, nie tylko muzycznych sprawach. Wydawało mi się, że znam Jeremiego od podszewki. Że już niczym nie jest w stanie mnie zaskoczyć… Zaskoczył mnie jednak! Nie takiej nowej płyty The Black Noodle Project się spodziewałem…

Zaskoczenie jest tym większe w kontekście tego, że bardzo uważnie śledziłem dotychczasowe losy jego zespołu. Były płyty lepsze („Play Again”), były trochę mniej udane  („Eleonore”), były pojedyncze utwory, przy których można było przyjemnie zanurzyć się w proponowane przez Jeremiego i spółkę pinkfloydowskie klimaty (jak na przykład w kończącej poprzednią, wydaną przed trzema laty płytę „Ready To Go” kompozycji „Farewell”). Były kompozycje odlotowe, nawiązujące do ducha muzyki złotej epoki lat 70., była też próba zmierzenia się z surowszym (album „Eleonore”) czy nawet metalowym (koncertowe wydawnictwo „And LIVE Goes On… In Poland”) brzemieniem. Jednak jeszcze nigdy w ponad dziesięcioletniej historii zespołu nie mieliśmy do czynienia z materiałem tak bardzo spójnym, tak doskonale przemyślanym, tak logicznie poukładanym, a przy okazji tak jednoznacznie pięknym i fascynującym. Bo właśnie taki jest ten nowy album The Black Noodle Project. Fascynujący i piękny.

Płyta „Ghosts & Memories” to zdecydowanie najlepsza rzecz w dorobku zespołu Jeremiego Grimy. Tym razem ograniczył on grono współpracowników do dwóch osób: Sebastiena Bourdeixa (gitary) oraz Fabrice’a Bergera (perkusja), samemu sięgając po gitarę basową, syntezatorowy programator oraz oczywiście gitary, którymi jeszcze bardziej niż kiedyś czaruje od pierwszej do ostatniej minuty tego albumu. No i oczywiście czaruje też głosem. Ale używa go oszczędnie. Właściwie to partie śpiewane słyszymy tylko w otwierającej („The Wanderer Of Lost Moments”) i zamykającej („A Purple Memory”) kompozycji, a także w umieszczonym gdzieś pośrodku albumu utworze „Shades Of Tomorrow”. Reszta (pozostałe cztery nagrania) to utwory instrumentalne, ale tak idealnie połączone i wplątane w naturalny bieg płyty, że granice pomiędzy nimi właściwie się zacierają. Tak, w przypadku albumu „Ghosts & Memories” mamy praktycznie do czynienia z jedną, składającą się z 7 tytułów, megasuitą, która trwa 48 minut z sekundami. I tak właśnie należy jej słuchać: od początku do końca. Bo wtedy najlepiej wychodzi logika i naturalność zawartych na niej sekwencji muzycznych.

Ale nie tylko kwestia konstrukcji płyty „Ghosts & Memories” wpływa na jej bardzo wysoką ocenę. Muzyka The Black Noodle Project osiągnęła na niej ten rodzaj dojrzałości, że od dziś grupę tę, pomimo pojawiających się tu i ówdzie zastrzeżeń, można śmiało zaliczyć do ścisłej światowej czołówki neoprogresywnego rocka. Choć akurat neoprogresu na tym albumie nie uświadczysz. Trzeba szukać go ze świecą. Bo najnowsze dzieło Francuzów z podparyskiego Epone to – nie boję się tego słowa – wybitny przykład tego, jak w XXI wieku można umiejętnie, nie nudząc odbiorcy, grać symfonicznego rocka osadzonego w przyjemnej, z lekka uduchowionej, mocno nasyconej psychodelią atmosferze. Atmosferze, która utrzymana jest w prawdziwie pinkfloydowskiej stylistyce. Znając muzyczne fascynacje Jeremiego, jego wcześniejsze wycieczki w okolice brzmień a’la Pink Floyd oraz ciągotki do długich, gilmourowskich solówek – akurat tutaj nie ma żadnego zaskoczenia. Ale klasa, z jaką jego zespół zaprezentował się na „Ghosts & Memories” oraz niesamowicie wysoki poziom płyty, właściwie bez jednego słabszego punktu czy niepotrzebnego elementu, budzi prawdziwy podziw i – przynajmniej dla mnie – jest przeogromnym zaskoczeniem. Nie znaczy to wcale, że nie wierzyłem w Czarne Kluchy. Ale końcowy efekt zdecydowanie przerósł moje najśmielsze oczekiwania.

Zaskoczyłeś mnie, Jeremie. Nie przypuszczałem, że muzyka The Black Noodle Project pójdzie w takim kierunku. Ale to przyjemne zaskoczenie. Ciekawe czy ja zaskoczę Ciebie, mając już teraz, na niespełna miesiąc przed końcem roku, niemal stuprocentową pewność, że album „Ghosts & Memories’ wyląduje w ścisłej czołówce moich ulubionych płyt wydanych w 2013 roku?...

MLWZ album na 15-lecie
MojaFabryka.pl