Galahad - Year Zero

Artur Chachlowski,
ImageOficjalna premiera tej płyty będzie miała miejsce 23 września. Ale po starej znajomości wokalista Galahadu Stuart Nicholson przesłał mi gotową wersję już 3 miesiące temu. Dotarła ona do mnie w pierwszych dniach azjatyckiego Mundialu. I zastanawiam się teraz, czy to brak czasu na uważne słuchanie muzyki, spowodowany piłkarskim szaleństwem sprawił, że album „Year Zero” z początku nie przypadł mi raczej do gustu. Długo nie mogłem się do niego przekonać, wydawał mi się zaskakujący, kontrowersyjny i nie do końca zrozumiały. Bo w rzeczywistości jest on inny niż poprzednie płyty Galahadu. Nie ma tu w ogóle pojedynczych utworów, „Year Zero” to właściwie jedna wieloczęściowa całość. Dużo jest za to elementów muzyki ambient, do których rzeczywiście trzeba się dość długo przyzwyczajać. Nie jest to też album na wskroś progresywny w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Ale Galahad to zespół poszukujący. I na „Year Zero” wyraźnie to słychać. Nie wiem, czy potrzeba było dopiero zwycięstwa Brazylii w finale mistrzostw, czy może to sprawa wakacyjnych miesięcy, w trakcie których mogłem poświęcić znacznie więcej czasu na słuchanie nowych płyt, ale od ładnych kilku tygodni nie mogę się rozstać z nowym dziełem Galahadu. To album niezwykły, tajemniczy i intrygujący. Album przepiękny, przemyślany i oryginalny. Zawierający bajecznie piękne muzyczne tematy, jak np. fragment zatytułowany „Handsight”. Toż to przecież perła nad perłami. Przebój roku? Dekady? Szczytowe osiągniecie zespołu? Tego jeszcze nie wiem, ale kto wie?... Fantastyczna to płyta, zawierająca cudowną, przewspaniałą muzykę. Trzeba tylko dać jej trochę czasu, a sami przekonacie się, że ten srebrny krążek długo nie opuści Waszego kompaktowego odtwarzacza.
MLWZ album na 15-lecie