Threshold - For The Journey

Andrzej Rafał Błaszkiewicz,

ImageJuż po raz dziesiąty Karl Groom i jego Threshold proponują nam pełną tajemnic, niebanalną muzyczną przygodę. Czy skorzystacie z tego zaproszenia – tego nie wiem. Ja nie będę się wahał ani sekundy. Nie mam żadnych wątpliwości, że nowa muzyka Threshold znowu uniesie mnie ponad codzienność, gdzieś wysoko i daleko od ziemskich spraw. Z tak odległej perspektywy nasza planeta i jej błahe sprawy wydają się nie mieć żadnego znaczenia. Za każdym razem, kiedy sięgam po nową płytę Threshold, czuję to samo: olbrzymią rozkosz i radość z przeżywanej muzyki, niczym nie skrępowaną pełnię szczęścia. Dobrze jest mieć w życiu jakieś stałe punkty odniesienia. Jednym z takich pewnych i niezawodnych, a zarazem ulotnych zjawisk w mym życiu jest muzyka, a ta z kolei tworzona przez grono sprawdzonych od lat artystów daje poczucie komfortu, stwarza prywatny azyl, dając szansę na wewnętrzną, często odległą podróż. A wszystko po to, by nie zwariować, nie dać się ponieść szarzyźnie, jaka nas otacza i próbuje bezskutecznie nas wchłonąć. Mam niezawodną tarczę ochronną pod postacią muzyki. Za każdym razem, kiedy czytam informacje na temat pojawienia się nowego materiału firmowanego nazwą Threshold, niecierpliwość moja sięga zenitu. Uwielbiam ten zespół i przyjmuję bezkrytycznie wszystkie jego artystyczne poczynania. Nie inaczej jest i tym razem. Nowy album „For The Journey”, który właśnie powinien trafiać do magazynów dobrych sklepów muzycznych, spowodował szybsze bicie mojego serca.

Jak wspomniałem w poprzednim akapicie, to już dziesiąta studyjna płyta Threshold, nie liczę wydawnictw koncertowych ani tych wydanych w ograniczonych nakładach, których adresatem są najbardziej zagorzali fani zespołu. Nie miałem żadnych wątpliwości, że będzie to dobra płyta. Kiedy w internecie pojawił się utwór „Turned To Dust”, poczułem tą nieziemską kosmiczną moc, jaką zawsze daje mi ta muzyka. Charyzmatyczny głos Damiana Wilsona, soczysta i oryginalnie brzmiąca gitara Karla Grooma, kosmiczne klawiszowe tło Richarda Westa oraz hardrockowa sekcja rytmiczna spowodowały, iż odniosłem wrażenie, że zespół nagrał ten materiał na statku Enterprise 1701 pod wodzą samego Admirała J. T. Kirka. Galaktyczny klimat, jaki niesie ze sobą ta muzyka, jest bardzo silny. Rzeczywistość jest jednak inna. Panowie żyją tu i teraz, na kanale YouTube można odnaleźć film, na którym opowiadają o najnowszym albumie. Dziś mam już całą płytę i mogę spokojnie udać się w bezpieczną podróż. Za mocne wrażenia odpowiada ekipa z Threshold. Nic już nie mam do dodania. Panie i Panowie, zapinamy pasy i startujemy. Jedyny w swoim rodzaju statek kosmiczny Threshold zabiera nas w kolejną wyjątkową podróż.

Album otwiera kompozycja „Watchtower On The Moon”. Typowy dla Threshold rozpędzony atomowymi silnikami utwór. Ma nas zaprosić do ich świata, zachęcić do podróży. Tym razem poza naszą planetę. Elementy kosmosu zaczęły dominować w twórczości Karla Grooma już od dłuższego czasu. Wszyscy pamiętamy, że kiedy Threshold pojawił się w naszej świadomości, dał się poznać jako zespół zaangażowany w tematykę ekologiczną, wieszcząc rychłą zagładę naszej planety. Przez całą jego twórczość przewija się ta tematyka. Zespół dotyka także całego wachlarza tematów związanych z naukami ścisłymi, m.in. fizyką i astronomią. Ta „Wieża strażnicza na księżycu” to pierwszy etap tej eskapady, w jaką zabierają nas muzycy z Threshold. To typowa w swojej strukturze brzmieniowej i charakterze kompozycja. Kontynuujemy naszą podróż. Jednak statek, który z takim rozmachem zabrał nas na tę galaktyczną wędrówkę, zwalnia. Kolejny temat pojawiający się na albumie to „Unforgiven”. Majestatyczny oraz niezwykle klimatyczny i nie tak energiczny jak jego poprzednik. Na pierwszy plan zostaje wysunięta gitara Karla Grooma. Dostojna, brzmiąca bardzo jasną i przejrzystą barwą i co najważniejsze – nie przekombinowana. Generalnie nie ma na tej płycie zbyt dużo łamańców rytmicznych i wahań tempa. Prawda jest taka, że na albumach Threshold nigdy ich za dużo nie było. Tym zespół różni się od całego stada tzw. progmetalowych formacji, które na oślep kopiują pomysły nestorów tego gatunku czyli Dream Theater, który jak sami wiecie dawno już zjadł swój ogon i zaplątał się w gitarowo-rytmicznym galopie. Muzyce i brzmieniu Threshold bliżej jest do hard rocka niż do przeintelektualizowanego prog metalu, często powodującego u słuchacza głęboką niestrawność.

„The Box” to najdłuższa i najbardziej rozbudowana kompozycja na najnowszym albumie Threshold. Spokojnie możesz drogi czytelniku dać się ponieść tej kompozycji. Jest pełna przestrzeni w przeciwieństwie do tego, co mógłby wskazywać tytuł. Odnoszę także wrażenie, że na całej płycie zespołu te wirtualne dźwięki instrumentów klawiszowych kreowane przez Richarda Westa rodem z reaktora atomowego zostały odsunięte nieco bardziej do tyłu i wtopione w tło. Na pierwszym planie słychać więcej Hammonda i fortepianu, co nadaje brzmieniu Threshold większego ciepła.

Kompozycja „Turned To Dust” powoduje nieco większe ożywienie. Kompozycja utrzymana w klasycznym progresywnorockowym stylu. Znakomity, dynamiczny kawał dobrego rocka. Utwory „Lost In Your Memory” oraz „Autumn Red” to typowe dla Threshold kompozycje pełne przestrzeni, której głównym architektem jest talent Karla Grooma ujawniający się poprzez grę na gitarze. Soczyste utwory o potężnym ładunku emocjonalnym. Kompozycja „The Mystery Show” to, po „The Box”, kolejny najważniejszy utwór na tej płycie. W zasadzie to trudno mi opisywać każdy utwór z osobna. Wielbiciele muzyki Threshold z pewnością wiedzą, co mam na myśli. To zwarta, homogeniczna muzyka, gęsta w swojej strukturze, pulsująca dialogami gitary i instrumentów klawiszowych. Zasadniczy materiał zamyka tajemnicza w swej wymowie kompozycja „Siren Sky”.

Wydanie kompaktowe w digipacku wzbogacone zostało o utwór „I Wish I Could”. W moim odczuciu utwory bonusowe na każdej z płyt Threshold stanowią integralną całość z resztą materiału. Gdyby nie ten słowny dodatek informujący słuchacza, że ma on do czynienia z darowanym mu dodatkowym utworem, to nie byłoby to w żaden sposób wyczuwalne. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty „March Of Progress”, tacy jak ja – podstarzali, odporni na cyfrowe brzmienie odbiorcy muzyki, ten dodatkowy utwór dostaną także na winylowej edycji tego albumu. Analogowe wydanie „For The Journey” zawiera również akustyczną wersję tematu „Lost In Your Memory”. Te dwa dodatkowe utwory składają się na zawartość całej strony D tej winylowej edycji „For The Journey”. Ach – ja, wielbiciel analogowego brzmienia czarnej płyty, czuję się wreszcie doceniony przez zespół.

Całość „For The Journey” jest niebywale klimatyczna, wręcz mistyczna, spowita mgiełką tajemnicy pozaziemskiej podróży. Ową tajemniczą zagadkę poznają tylko ci, którzy odważą się podjąć jej wyzwanie. Momentami wkrada się tu i ówdzie nutka melancholii pod postacią przeszywających na wskroś serce refrenów. Album ten jest doskonale nagrany. Słucha się go z olbrzymią przyjemnością. Niezaprzeczalną siłą muzyki Threshold i jej niekwestionowanym ogromnym walorem są doskonałe, niebanalne i oryginalne melodie, jakich coraz mniej w muzyce. Warto na nie zwrócić baczną uwagę. Te melodie wyróżniają Threshold na tle innych zespołów. Stanowczo również protestuję przeciwko zamykaniu Threshold do wspólnego metalowo-progresywnego getta razem z Dream Theater. W muzyce DT dominuje czysta matematyka, sprawność techniczna muzyków jest priorytetem. Często są to jednak tylko puste kalorie. Threshold to filozofia, znakomite teksty, wysmakowane aranżacje oraz niebanalne, urokliwe melodie i przede wszystkim finezyjne, klarowne i selektywne brzmienie. Z czystym sumieniem polecam ten nowy album. Sprawi on wam wiele radości i będzie kolejną perełką w waszych zbiorach płytowych. Warto dodać, iż płyta została nagrana jak zwykle w studiu Thin Ice, natomiast masteringiem zajął się Mika Jussila w fińskim studiu Finnvox.

Na koniec chciałbym podzielić się z Tobą, drogi czytelniku, refleksją, jaka wypełniła mój umysł i duszę, kiedy bacznie przyjrzałem się okładce najnowszego dzieła Threshold. Okładkę tę zaprojektował polski artysta Leszek Bujanowski. Oto widzimy odchodzącą postać kroczącą torami kolejowymi przysypanymi piachem. Odnieść można wrażenie, że to już koniec, że nic więcej się nie wydarzy i nic dobrego nas już nie spotka. Widzę tu korelację z ostatnim dziełem IQ „The Road Of Bones”. Na rewersie tej okładki mamy porzucony szpadel i odchodzącą postać, definitywnie i na zawsze. W tytule płyty IQ mamy słowo „droga”, natomiast zespół Threshold posłużył się wyrazem „podróż”. Jedno i drugie do siebie pasuje. Jest wyraźnie nakreślona droga, a więc i podróż jest możliwa. Podróż w nieznane i bez powrotu. Gdzieś do świata cieni, na zawsze. Byle dalej od ludzi, całego tego zgiełku codziennego dnia, układów, fałszywych uśmiechów. To gorzka refleksja, ale jakże mi ostatnio bliska.

Oto ekipa statku kosmicznego Threshold: Karl Groom – gitary, Pete Marten – gitary, Damian Wilson – śpiew, Richard West – instrumenty klawiszowe, Johanne James – perkusja oraz Steve Anderson – gitara basowa. Życzę niesamowitych wrażeń.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl