Tiger Moth Tales - Story Tellers Part One

Artur Chachlowski,

Image“Tak naprawdę wszystko zaczęło się przez zwykły przypadek” – mówi pomysłodawca jednoosobowego projektu o nazwie Tiger Moth Tales, Pete Jones. – “Pewnego dnia usiadłem przy fortepianie i w ciągu zaledwie kilku minut skomponowałem piosenkę z tekstem o bohaterach „Trumpton” [„Trumpton” to popularny w latach 60. i 70. w Wielkiej Brytanii telewizyjny serial dla dzieci – przyp. A. Ch.]. Nie za bardzo wiedziałem co z nią zrobić, ale nie minęło kilka kolejnych minut, a miałem już gotowy pomysł na cały album. Nagrałem go w ciągu zaledwie 28 dni”.

Tiger Moth Tales to jeden człowiek: Pete Jones – 35-letni multiinstrumentalista i wokalista. Pomimo tego, że w wieku 15 miesięcy utracił wzrok, umiejętnie rozwinął swój talent i w 2004 roku, jako połowa duetu 2 To Go, znalazł się w finale pierwszej edycji brytyjskiego X-Factora. Od najmłodszych lat słuchał ambitnej muzyki, jego ulubionymi wykonawcami byli Genesis i Queen, w ostatnim czasie zaczął śledzić najnowsze trendy brytyjskiego prog rocka, za swoich największych inspiratorów uważa zespoły Big Big Train, Frost i Haken, a jego prawdziwymi idolami od serca od lat pozostają mistrzowie progresywnej gitary - Steve Hackett i Roine Stolt. Wpływy tych wszystkich artystów można z łatwością odnaleźć w muzyce Pete’a słuchając chociażby wydanej pod koniec ubiegłego roku płyty pt. „Cocoon”. Ten wydany pod szyldem Tiger Moth Tales, bardzo angielski w swoim wyrazie album jest epicko-sentymentalną podróżą do czasów młodości Jonesa, a ilość zaklętych w jego muzyce emocji, wspomnień i wzruszeń jest tyle, że można nimi obdarować kilka innych niezłych progrockowych albumów.

Nie inaczej jest z nową, wydaną w lipcu br. płytą zatytułowaną „Story Tellers”. Powstała ona, jak Jones wspomniał w swojej wypowiedzi we wstępie do niniejszej recenzji, w ciągu zaledwie 28 dni. Tyle czasu minęło od skomponowania pierwszych dźwięków, poprzez nagrania w profesjonalnym studiu, aż po postprodukcję muzyki wypełniającej ten album. Efekt końcowy jest imponujący. Album jest z jednej strony hołdem dla autorów klasycznych baśni i powieści dla dzieci i młodzieży (H. Ch. Andersena, Roalda Dahla, braci Grimm, J.K. Rowling), a z drugiej – prawdziwą celebracją kwintesencji brytyjskiego rocka progresywnego. I choć tematem przewodnim płyty są bajki i ich bohaterowie, których wszyscy doskonale pamiętamy z młodzieńczych lat, to muzyczny przekaz w wykonaniu Pete’a Jonesa jest już jak najbardziej serio. Na płycie „Story Tellers” otrzymujemy pełną gamę muzycznych emocji, których wachlarz jest zgoła imponujący.

Kompozycja „Beauty Falls”, od której rozpoczyna się płyta, to pierwszy z instrumentalnych tematów, które przewijają się na tym albumie. To wstęp w stylu arturiańskich muzycznych opowieści Ricka Wakemana. Bardzo angielski w swoim wyrazie, a zarazem stanowiący pierwsze przedstawienie postaci Pięknej (Beauty), która kilkakrotnie powróci w dalszej części albumu. Kolejny utwór, tytułowy „Story Tellers”, jest już literackim wprowadzeniem w świat baśni i ich bohaterów. Tutaj brzmienie Tiger Moth Tales przybliża się do muzycznych produkcji spod znaku Nicka Magnusa, Johna Hacketta czy Robina Armstronga (Cosmograf). To także bardzo „angielski” utwór, jeżeli chodzi o panującą w nim atmosferę. Beauty powraca w kolejnym instrumentalnym temacie „Beauty Sleeps”, w którym to Jones oddaje prawdziwy hołd akustycznej stronie twórczości Steve’a Hacketta. Temat ten śmiało mógłby znaleźć się na takich płytach, jak „Sketches Of Satie” czy „Momentum”. Przepiękny to utwór, w którym pojawia się powracający temat przewodni znany już z kompozycji otwierającej to wydawnictwo. Kolejne nagranie to totalna zmiana nastroju. Z kolei „A Kids Tale” to… muzyczna bajka dla dzieci. Traktuje o tym jak spokojny, nikomu niewadzący i wiodący spokojne życie koziołek zostaje zaatakowany przez strasznego trolla, a następnie jak w sprytny sposób przechytrza go i przywraca spokój i harmonię w spokojnie skubiącym trawę na łące w kozim stadku. Utwór ma charakter burleski i chwilami przypomina mi kompozycję „Cockroach King” grupy Haken. Dobra zabawa murowana, gdy tylko posłucha się tego utworu z odpowiednim nastawieniem i z delikatnym przymrużeniem oka. Kolejne nagranie, „The Quest For Beauty”, to powrót do brzmieniowej normalności, a zarazem do najlepszych tradycji brytyjskiego art rocka. Ale żeby słuchaczowi nie zrobiło się nudno, chwilę potem mamy epicki, rozpisany na role utwór „The Piper”, w którym wychodzi cały komediowy talent kompozytorski Jonesa. Bohaterem utworu jest uwieczniony w bajce braci Grimm Szczurołap z Hameln. W utworze tym bardzo dużo się dzieje, w ciągu 12 minut jesteśmy porwani w muzyczną podróż na muzycznym rollercoasterze, w trakcie której nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie. Solówki na klawesynie, narracje, harmoniczne wielogłosy w stylu zaśpiewów a capella znanych z płyt grupy Haken, potężne partie instrumentalne, efektowne solówki, mnóstwo odgłosów pozamuzycznych, a także harmoniczne tematy grane przez Jonesa na syntezatorach (i bardzo przypominające brzmienie Genesis z końca lat 70.) czynią tę kompozycję czymś absolutnie wyjątkowym, a słuchanie jej to prawdziwa uczta dla uszu, szczególnie dla słuchaczy obdarzonych sporym poczuciem humoru. No i na koniec mamy ostatni już comeback naszej powracającej Piękności (Beauty), który w piękny i utrzymany w klasycznie artrockowym stylu sposób podsumowuje całość tego niezwykle oryginalnego albumu. Mowa o nagraniu zatytułowanym „Beauty Awakes”, w którym Pete Jones spina tematem znanym już z otwierającego „Beauty Falls” niczym klamrą swoje niezwykle pomysłowo podane „dziecięce opowieści”:

Thank you all for attending,

Now here comes the happy ending

That’s a dream worth defending,

Maybe one day all we see

Even though we all know,

Just how the story goes.

The story will never,

Stories will never end.

Niezwykle oryginalny to album. Rock progresywny dla dzieci i młodzieży? Można tak właśnie, nieco z przymrużeniem oka, określić tę płytę. Ale wierzcie mi, będąc dorosłym też słucha się „Story Tellers” z olbrzymią przyjemnością.

Na koniec jeszcze kilka uwag natury ogólnej. Po pierwsze, gdybym miał wskazać jednego artystę, do którego twórczości Pete’owi Jonesowi jest najbliżej, to z całym eklektyzmem muzyki obu panów wskazałbym na Steve’a Hacketta. Po drugie, Pete niedawno wziął udział (co niejako potwierdza moją powyższą teorię) w projekcie „Spectral Mornings 2015”, a więc w nagraniu charytatywnego singla z muzyką Hacketta (obok Jonesa, w przedsięwzięciu tym wzięli udział: Christina Booth i Rob Reed z Magenty, David Longdon z Big Big Train, perkusista NDV oraz basista zespołu Stevena Wilsona, Nick Beggs). Po trzecie, Pete Jones to nie tylko muzyk sesyjny. Niedawno, jako Tiger Moth Tales, supportował grupę Magenta na koncertach w Londynie i Birmingham. Zobaczyć tego niewidomego, niezwykle wrażliwego i utalentowanego muzyka grającego jedną ręką na fortepianie, a drugą na gitarze, a do tego równocześnie fenomenalnie wręcz śpiewającego do mikrofonu – bezcenne! Jeżeli chcecie się sami o tym przekonać, zapraszam do oglądnięcia kilku filmików:

https://www.youtube.com/watch?v=Ambwkq2kEeQ

https://www.youtube.com/watch?v=ZpnJmWEJVZg

https://www.youtube.com/watch?v=nBzDyxQu9DM

https://www.youtube.com/watch?v=qo3EJaFM7aE

https://www.youtube.com/watch?v=5sg7JV0yVNw
MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl