Gazpacho - Molok

Przemysław Stochmal,

ImagePanowie z Gazpacho nie mają w zwyczaju trzymać swoich sympatyków w zbyt długim oczekiwaniu i nowe albumy studyjne wydają z imponującą częstotliwością. Publikowanie premierowego materiału średnio raz na półtora roku w dzisiejszych czasach zdaje się być naginaniem pewnej średniej, prowokującym obawy o jakość całości dzieła. W przypadku płyt takich jak „Missa Atropos” czy „March Of Ghosts” można było mieć wątpliwości, czy zespół Gazpacho poświęcił ich dopracowaniu odpowiednio dużo czasu. Jak więc przedstawia się sytuacja w przypadku najnowszego albumu, który ukazuje się nieco ponad półtora roku po znakomitej płycie „Demon”

Z jednej strony album zatytułowany „Molok” jako całość brzmi na tyle dobrze i może pochwalić się tak wieloma przymiotami, że krzywdzącym byłoby potraktowanie go jako objaw pośpiechu. Z drugiej jednak strony ciężko ze stuprocentowym przekonaniem przyznać, że dobra passa twórcza Norwegów nie osłabła, wszak obok wielu zalet niestety cechuje album również i pewien rozczarowujący brak.

W kwestii kompozycyjnej założenie było tym razem nieco inne niż w przypadku poprzedniej płyty. Tym razem Gazpacho postawił przede wszystkim na krótsze, bardziej zwarte formy, wciąż jednak czarujące atmosferą, chociaż i część z nich oddziałuje chwytliwą melodyką („ABC”, „Alarm”). Zespół znany z wielkiego przywiązania do detali, na kolejnej płycie daje temu wyraz, tym samym z urzędu odpierając potencjalne zarzuty o spowodowaną pośpiechem bylejakość. Każda z osobna kompozycja perfekcyjnie wykończona jest pomysłowymi aranżacjami, ozdobiona wyszukanymi brzmieniami, tu i ówdzie wplecionymi intrygującymi dźwiękowymi patentami. Wiele ciekawego dzieje się na poziomie rytmicznym, mimo że to wciąż ten sam niespieszny, często senny Gazpacho.

Tradycyjnie, zespół oparł warstwę tekstową całego albumu na określonym koncepcie, bardzo ogólnie dającym się określić jako rzecz o konflikcie pomiędzy rozumem a emocjami, oparta na filozoficznych rozważaniach człowieka, który zauważa, że wszelkie wierzenia, wszelkie religie sprowadzają się do czczenia kamienia – w formie wielkich katedr, figur z Wysp Wielkanocnych, Czarnego Kamienia z Mekki, Stonehenge… Za zawartością literacką albumu, czy też jej uściśleniami, którymi zespół za pośrednictwem materiałów promocyjnych wspomaga swoich odbiorców, w pewnym stopniu idą również i pewne określone założenia muzyczne. Nawiązania do muzyki z różnych zakątków świata, kojarzonych z określonymi ideologiami, nawiązania do kultur stanowiących pewną kanwę tutejszych „rozważań” skrzętnie przewijają się w przebiegu albumu, jednak poza instrumentalnym, orientalizującym „Algorithm”, wydają się być jednak dość subtelne – wszak tego typu środki wyrazu, zaczerpnięcia z nieoczywistych muzycznych światów to przecież w muzyce grupy nic nowego, więc i tu mogłyby być uznane za środek czysto formalny, nie mający związku z przesłaniem tekstów.

Co jednak stanowi, wobec namnożenia wszelkich atrakcji i smaczków, wspomniany wcześniej najbardziej dotkliwy deficyt na „Molok”? Otóż, nowa propozycja Gazpacho, która, owszem, zostanie zapamiętana jako kolejne interesujące, a przy tym imponująco równe dzieło, nie została niestety uatrakcyjniona ani jedną kompozycją mogącą pretendować do miana gwoździa programu, swoistej przynęty, pierwszego skojarzenia. Wydaje się, że takim opus magnum miał tu być wieńczący album, najdłuższy na płycie „Molok Rising” - dostojny, ubarwiony obecnością replik pradawnych instrumentów oraz jednego, podobno oryginalnego egzemplarza liczącego 10 tysięcy lat. Zabrakło tu jednak pewnej błyskotliwości, atrakcyjności, jaka potrafiła cechować pochodzące z wcześniejszych płyt określone utwory, których tytuły przychodzą do głowy natychmiast, gdy pomyśli się o życzeniach dotyczących koncertowej setlisty.

Wydaje się więc, że Norwegom z Gazpacho półtora roku nie wystarczyło, by zaproponować choćby jeden wyjątkowy, zapadający w pamięć, pomnikowy utwór; było jednak dość czasu, by powstała bardzo solidna, intrygująca, naprawdę dobra płyta. Zresztą, czy nie o to właśnie chodzi tym niestrudzonym miłośnikom koncept-albumowej formuły?

MLWZ album na 15-lecie