Haken - Affinity

Artur Chachlowski,

ImageNa małoleksykonowych łamach śledzimy losy grupy Haken właściwie od początku jej istnienia, a po prawdzie od pierwszego demo „Enter the 5th Dimension”, i jesteśmy świadkami wzlotów i upadków tej zdolnej, lecz trochę chimerycznej grupy.

Na rynku funkcjonują od dziesięciu lat, zdążyli już zostać okrzyknięci nową nadzieją europejskiego progresywnego metalu, a na miano to zasłużyli już pierwszą pełnowymiarową płytą „Aquarius” (2010). Potem był dość kontrowersyjny, trudny do jednoznacznej oceny i chyba wydany zbyt szybko album „Visions” (2011), a następnie zaskakujący, bo dość wyciszony, ale bardzo dobrze przyjęty w świecie progresywnego rocka krążek zatytułowany „The Mountain” (2013). Rok później Haken wydał EP-kę „Restoration”, na której przedstawił nowe wersje swoich najwcześniejszych kompozycji, a następnie pojawił się na pierwszym koncercie w Polsce. Występ na Ino-Rocku, podobnie jak i EP-ka,  był, delikatnie mówiąc, rozczarowujący. No i tak właśnie, raz lepiej, raz trochę gorzej, rozwija się kariera tego zespołu, a najnowszy, planowany do wydania pod koniec kwietnia album zatytułowany „Affinity” jest podręcznikowym wręcz przykładem, że może być zarazem  i dobrze, i źle. Dwa w jednym.

Płyta „Affinity” ani na jotę nie zbliża się poziomem do „Aquarius” czy „The Mountain”. Równocześnie też nie rozczarowuje, gdyż większość kompozycji ją wypełniających do solidne progmetalowe numery. Co interesujące, na albumie tym Haken jakby chciał złożyć hołd muzyce lat 80. Daje się to szczególnie zauważyć w jednym z dwóch epików, które znalazły się w programie płyty – kompozycji „1985”, w której niespodziewanie grają jak Rush na „Presto” albo na „Grace Under Pressure” i ponadto wielokrotnie wykorzystują syntetyczne brzmienie bębnów. Klimaty a’la lata 80. dostrzec można też w charakterystycznym beacie słyszanym utworze „Lapse”, w co najmniej kilku fragmentach trwającego ponad kwadrans „The Architect” (tu ciekawostka -  w kompozycji  tej na chwilę pojawia się gościnnie growlujący Einar Solberg  z grupy Leprous), a także w kilku innych nagraniach. Owszem, Haken posiada swoje własne, wciąż łatwo rozpoznawalne brzmienie, ale teraz wyraźnie pobrzmiewa w nim nutka lat 80. Nawet wokal Rossa Jenningsa chwilami wydaje się mocno zmieniony. Posłuchajcie początkowej części kompozycji „Earthrise” – trudno uwierzyć, że to on właśnie śpiewa.

Jak zawsze w muzyce Haken sporo jest dobrych melodii. I te właśnie melodyjne kompozycje zespołu podkreślane są gęstymi i mocnymi, niemal metalowymi akcentami, co z jednej strony stanowi o ich niepowtarzalnym charakterze, a z drugiej – powoduje pewien soniczny niepokój i brzmieniowy kontrast. Jedyne co się nie zmienia, to… nieustające zmiany. Słuchając „Affinity” spodziewajcie się więc niespodziewanego. Taka właśnie jest ta płyta. Trochę dobra, trochę zła. Chwilami porywająca, długimi fragmentami trącąca nudą. Raz utrzymana w dobrej hakenowskiej tradycji, a raz błądząca gdzieś po meandrach innych gatunków (liczne wstawki djentowe, postrockowe oraz programowo wykorzystywane elementy syntetycznej muzyki lat 80.), co moim zdaniem nie wychodzi muzyce tego zespołu na dobre. Czyżby coraz bardziej zaczynało już brakować oryginalnych pomysłów?

Album „Affinity” broni się jednak wysokim poziomem wykonawczym. Nad całością góruje harmonijny wokal. Ross Jennings dobrze zna swoje możliwości i w przemyślany sposób wykorzystuje swój ciekawy głos. Instrumentaliści – a jest ich w zespole aż pięciu - dają upust swej muzycznej wyobraźni, ukazując swój niepowtarzalny kunszt muzyczny. W ich grze znajdziemy odniesienia do muzyki  King Crimson (tego z okolic płyty „Discipline”), Gentle Giant (to głównie dzięki wielopiętrowym harmoniom wokalnym. Ale od razu zaznaczam: jeżeli czekacie na coś równego pamiętnej kompozycji „Cockroach King”, to jednak srogo się zawiedziecie), Riverside (płynnie zmieniające się rozwiązania melodyczne – posłuchajcie początku płyty: intro „affinity.exe” i wypływającego z niego „Initiate”) czy Dream Theater (ze względu na mocno pokręcone popisy techniczne). Zauważyłem nawet próbę delikatnego romansu z post rockiem (w zamykającym płycie nagraniu „Bound By Gravity”).

Jak ocenimy tę płytę w dniu premiery? Z pewnością przyjmiemy ją ze sporym zaciekawieniem. Ale czy po miesiącach, po latach, będziemy coś z niej pamiętali? Nie bardzo widzę w programie „Affinity” choćby jednego kandydata na przyszłego klasyka w repertuarze zespołu. A całość, jak już wspomniałem, trochę dobra, trochę słaba, absolutnie nie dorównuje moim zdaniem płytom "Aquarius” i „The Mountain”.

MLWZ album na 15-lecie