Downriver Dead Men Go - Tides

Artur Chachlowski,

ImageNazwa zespołu jest mocno dekadencka. Muzyka także. Ale przy tym bardzo inspirująca oraz niezwykle intrygująca. Downriver Dead Men Go to postrockowa formacja z Holandii, którą tworzą muzycy związani z popularną grupą Caitlin. Początkowo miała być tylko zwykłym side projectem, ale życie dopisało scenariusz i wskutek licznych, bardzo pozytywnych reakcji słuchaczy i krytyki, przeistoczyła się ona w regularny zespół, który zadebiutował albumem zatytułowanym „Tides”.

Materiał, który wypełnia tę płytę powstał w 2014 roku, a rok później został wydany przez zespół własnym sumptem w limitowanym nakładzie. Pierwszy nakład rozszedł się błyskawicznie, co skłoniło renomowaną holenderską wytwórnię Freia Music do podpisania kontraktu i wznowienia debiutanckiego krążka, co nastąpiło w połowie marca br. Dzięki temu ten bardzo wartościowy album trafia do szerokiej dystrybucji, a dzięki MLWZ (portalowi i audycji) także pod polskie progrockowe strzechy.

Myślę, że nasi Słuchacze i Czytelnicy docenią to wydawnictwo. Choć po prawdzie muzyka, którą proponują na „Tides” holenderscy muzycy to nie czysty progres, a raczej coś z pogranicza rocka alternatywnego i post rocka. Album wypełniony jest melancholijnie brzmiącą i bardzo klimatyczną muzyką. Taką, którą zwykło się polecać na „długie zimowe wieczory”. Zima już dawno za nami, dni coraz dłuższe, przyroda budzi się do życia, a propozycje grupy Downriver Dead Men Go to mroczna, wymagająca skupienia i odpowiedniego nastrojenia muzyka. Pewnie nie będzie jej łatwo przebić się do świadomości mainstreamowych słuchaczy, ale polecam ją szczególnie tym, którzy lubią takie wyzwania. I potrafią docenić piękno ukryte w kompozycjach Downriver Dead Men Go.

A utrzymane są one w ambientowo-melancholijnej atmosferze i przypominają trochę klimat nagrań Soulsavers z Davem Gahanem. Może mają od nich odrobinę mniej piosenkowy charakter, ale takim utworom, jak „Walking Away”, „Wake Up” czy kompozycji tytułowej niczego przecież nie brakuje i śmiało mogłyby one startować w zawodach na najsmutniejszą piosenkę świata. Trochę na innym biegunie stoją bardziej ambientowe nagrania instrumentalne („The Ghost Of Caitlin”, „Undertow”), a przede wszystkim rozbudowana aż do 11 minut kompozycja „Stone In My Heart” zamykająca program tego wydawnictwa. To fantastyczna, spokojna, powoli rozwijająca się kompozycja o ogromnym ładunku emocjonalnym. Słucha się jej, podobnie jak i całej płyty, wybornie.

Album „Tides” to rzecz godna uwagi każdego szanującego się fana postrockowych dźwięków. Album idealny do wyciszenia, do refleksji i do kontemplacji. 

MLWZ album na 15-lecie