Crystal Palace - Dawn Of Eternity

Artur Chachlowski,

ImageTrochę potrwało zanim przekonałem się do tej płyty. Początkowo wydała mi się potwornie wtórna i nic niewnosząca do obrazu współczesnego progresywnego rocka. I choć zdaję sobie sprawę, że pochodzący z Berlina zespół Crystal Palace swoją nową pozycją dyskograficzną żadnej gatunkowej rewolucji nie dokona, to chylę przed nim czoła, gdyż albumu „Dawn Of Eternity” słucha się po prostu wybornie. To kawał solidnego i więcej niż tylko rzetelnie zagranego neoprogresu. Bo w głównej mierze do sympatyków tego właśnie gatunku kierowane jest to wydawnictwo.

O grupie Crystal Palace po raz pierwszy usłyszeliśmy trzy lata temu, kiedy to omawialiśmy poprzedni, utrzymany w nieco cięższym, progmetalowym stylu album „The System Of Events”. Zachwycaliśmy się wtedy głównie trwającą blisko kwadrans kompozycją tytułową, ale i reszcie materiału nie sposób było czegokolwiek zarzucić (zapraszamy tutaj do lektury recenzji tamtej płyty). Dziwiliśmy się jak to się stało, że dopiero wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy o tym działającym już od przeszło 20 lat zespole mającym w dorobku kilka długogrających albumów. Jednak lepiej późno niż wcale, tym bardziej, że oto na 10. dzień czerwca wytwórnia Gentle Art Of Music (tak tak, ta sama od grupy RPWL. Zresztą Yogi Lang odpowiedzialny jest za miks i mastering nowego albumu Crystal Palace) przewidziała premierę nowego dzieła Crystal Palace.

W porównaniu do poprzedniej płyty w składzie grupy zaszła jedna personalna zmiana: perkusistę Franka Brennekama zastąpił Tom Ronney. Zmiana ta nie tylko poskutkowała subtelną woltą stylistyczną, ale stała się katalizatorem procesu twórczego. W jego wyniku powstał album, na program którego składa się jedenaście nagrań. Spójnych, zwartych i utrzymanych w bardzo homogenicznym stylu. I jeszcze bardziej progrockowych, bo właśnie na takich brzmieniach opiera się ten krążek. Cięższe klimaty poszły do lamusa i w efekcie tego otrzymaliśmy album, na którym Crystal Palace zrzucił z siebie wszelkie więzy i ograniczenia i wreszcie odważył się pójść własną drogą… Czterech muzyków (Nils Conrad – g, Frank Köhler – k, Tom Ronney – dr oraz Jenz Uwe Stutz – v, bg) odważyło się zrobić krok we właściwym kierunku i dzięki temu, co zaprezentowali na „Dawn Of Eternity”, trzeba nie tylko pochwalić ich za odwagę i męską decyzję, ale też uznać ich za prawdziwych zwycięzców. Bo po wejściu na typowo progrockowy grunt poruszają się po nim bezbłędnie. I z wysoko podniesionym czołem.

Cały album, bez wyjątku, jest świetną reklamą dobrego, współczesnego prog rocka, a pośród równych i utrzymanych na wysokim poziomie utworów warte wyróżnienia są: ośmiominutowy „Confess Your Crime”, który wybrzmiewa bezpośrednio po krótkim instrumentalnym intro „Dawn”, balladowy „Daylight After The Rain” oraz stanowiące finał płyty dwa połączone ze sobą tematy: „Sky Without Stars” i „The Day That Doesn’t End”. Podobać może się też przebojowy „Hearts On Sale”, najcięższy w programie całego albumu „All Of This” oraz śpiewany przez gościnnie pojawiającego się za mikrofonem Dominica Krögera, „Fields Of Consciousness”. Jednak za centralny i najważniejszy punkt programu całej płyty trzeba uznać epicko brzmiący „Any Colour You Need”, który dedykowany jest byłemu perkusiście grupy, Frankowi Brennekamowi. 

MLWZ album na 15-lecie