Multi Story - Crimson Stone

Artur Chachlowski,

ImageZ brytyjską grupą Multi Story zetknąłem się po raz pierwszy, gdy amerykańska wytwórnia Kinesis Discs dokonała kompaktowej reedycji wydanego oryginalnie w 1985r. debiutanckiego longplaya „East West”. Był to 1992 rok i wtedy jeszcze w nazwie grupy pomiędzy dwoma wyrazami, znajdował się myślnik. Teraz myślnika już nie ma, nie ma też kilku muzyków tworzących ówczesny skład grupy. Ale pozostały dwie główne postaci w zespole: wokalista Paul Ford oraz keyboardzista Rob Wilsher. Niedawno spotkali na swojej muzycznej drodze braci Aedana (gitara) i Jordana (perkusja) Neale’ów oraz basistę Kyle’a Jonesa i po 29 latach (sic!!!) od wydania swojej ostatniej płyty „Through Your Eyes” powracają pod szyldem Multi Story, pod którym w połowie lipca br. nakładem Festival Music ukazał się album zatytułowany „Crimson Stone”.

Pierwsze co rzuca się w oczy, to niezwykle efektowna okładka utrzymana w czarno-karmazynowej tonacji. Autor? Perkusista Jordan Neale. Druga – to wspomniany brak myślnika w nazwie, a trzecia – już po otwarciu plastikowego pudełeczka – bajecznie kolorowa i cudownie pachnąca 20-stronicowa książeczka. Wrażenia wizualno-zapachowe na wysokim poziomie, pora więc na muzykę.

Co zatem ma do zaoferowania grupa Multi Story AD 2016? Przede wszystkim niewiele się zmieniło w porównaniu z debiutancką płytą. Ten sam klimat, ten sam nastrój, podobnie, mimo upływającego czasu, brzmiący głos Paula Forda. No i muzyka. Idealnie pasująca do tego, by przykleić jej łatkę ‘file under neoprogressive rock’. Jest jednak pewna istotna różnica: utwory są dłuższe, tylko jeden z nich („The Viewers”) trwa poniżej 5 minut, a tytułowa, umieszczona na końcu płyty, a zarazem zdecydowanie najwspanialsza w tym zestawie, kompozycja tytułowa – ponad 10.

Co jeszcze można powiedzieć o płycie „Crimson Stone”? Dla jednych (mam na myśli oddanych miłośników neoprogresu) będzie to prawdziwy strzał w dziesiątkę, dla innych – to płyta jakich wiele. Moim skromnym zdaniem prawda leży gdzieś pośrodku. Bo przecież nowy album Multi Story, jako całość, nie dorównuje klasie płyt czołowych przedstawicieli neoprogresywnego gatunku, ale wstydu też nie przynosi. Jak dla mnie, trochę za dużo na „Crimson Stone” dłużyzn i chwilami wieje tu nudą. Ale z drugiej strony – trzeba pochwalić ten album za spójny i przepełniony melancholią nastrój, brzmienie zespołu za rozpoznawalność, a wokal Forda za oryginalność (choć niektórzy pewnie odnajdą w barwie jego głosu coś z Lesa Dougana z grupy Aragon). Jest więc co najmniej kilka elementów, za które należą się grupie Multi Story duże brawa. Nie wszystkie utwory są godne polecenia, ale z czystym sumieniem chciałbym zwrócić uwagę na niektóre z nich. Przede wszystkim – i piszę to bez krzty przesady – polecam genialną kompozycję tytułową. To prawdziwy killer, kandydat do miana progresywnego przeboju roku, a nawet do miana przyszłego klasyka gatunku. Naprawdę czegoś tak cudownego dawno nie słyszałem. Zwracam też uwagę na dwuczęściowe nagranie „Black Gold”, błyskotliwie wykonany utwór „12:16” oraz - w trochę mniejszym stopniu – na otwierający całość numer „Murmuration”. Nie jest więc tak źle, jak to może wydawać się malkontentom, a na ile jest dobrze i ciekawie – to już proponuję ocenić we własnym zakresie po dokładnym zapoznaniu się z materiałem z płyty „Crimson Stone”. Szczególnie zachęcam do tego wszystkich entuzjastów neoprogresywnego rocka.

MLWZ album na 15-lecie
MojaFabryka.pl