Abraham, Lee - The Seasons Turn

Artur Chachlowski,

ImageKarierę Lee Abrahama śledzimy w Małym Leksykonie od samego początku – zarówno jego solowe przedsięwzięcia (w zakładce RECENZJE znajdziecie omówienia jego trzech solowych płyt), jak i z grupą Galahad, w której występował przez pięć lat (2004-2009) i zagrał m.in. na pamiętnej płycie „Empires Never Last” oraz z którą wystąpił na deskach Teatru Śląskiego w Katowicach (co zaskutkowało wydaniem albumu DVD „Resonance – Live In Poland") w maju 2006 roku.

W tym roku Lee uraczył nas nowym solowym albumem zatytułowanym „The Seasons Turn”. Jeżeli ktoś zna jego wcześniejsze wydawnictwa, to powiem, że stylistycznie praktycznie nic się nie zmieniło. Nie zmienił się też jego pomysł na przedstawienie swojej muzyki. Abraham otoczył się tymi samymi, co poprzednio instrumentalistami (Rob Arnold – instrumenty klawiszowe, Gerard Mulligan – perkusja, Alistair Beggs – gitara basowa, Chapman stick, Robin Armstrong (Cosmograf) – śpiew w chórkach, Christopher Harrison – gitary) oraz kilkuosobowym gronem wokalistów, też w większości znanych już z jego wcześniejszych płyt.

Tak więc żadnych niespodzianek tu nie ma. Jest za to kawał (60 minut) solidnej i bardzo przyzwoicie zagranej muzyki, która powinna spodobać się miłośnikom (neo)progresywnego rocka. Rozdzielona jest ona na pięć utworów i już pierwszy z nich, tytułowy, pokazuje, że Abraham wie jak grać i jak czarować. Na całe 25 minut, bo tyle trwa kompozycja „The Seasons Turn”, zabiera nas w krainę epickich dźwięków, pełną cudownych gitar, melotronowych brzmień, cudownie wykonanej przez Marka Atkinsona ścieżki wokalnej, jest tu nawet wykonana na flecie solówka wyrwanego z muzycznej emerytury byłego lidera IQ, Martina Orforda. Dużo dzieje się w tym utworze. Dużo dobrego. I nie tylko ze względu na swoje niebotyczne rozmiary jest on zdecydowanie najlepszym punktem programu tego wydawnictwa.

Pozostałe nagrania nie dorównują mu jednak swoim poziomem, co niekoniecznie oznacza, iż są słabe. „Live For Today” to wykonany z zębem (za mikrofonem Declan Burke) dość chwytliwy, a zarazem pełen prawdziwego wykopu i ciekawie zinstrumentalizowany (znowu melotrony, a także gitary! Końcowe solo – palce lizać!) kawałek, podczas gdy „Harbour Lights” (w roli wokalisty ponownie Marc Atkinson) jest raczej spokojnym, balladowym i podzielonym na dwie różniące się od siebie części utworem zanurzonym w lirycznej atmosferze. Z kolei zaśpiewany przez Marka Coltona z Credo „Say Your Name Aloud” wydaje się najmniej przekonywującym fragmentem tego wydawnictwa. Ot, taka pioseneczka utrzymana w duchu „straight forward”. Za to zamykająca całość kompozycja „The Unknown”, w której wokalnie udziela się Simon Godfrey z grupy Tinysfish, to kolejny powrót do długich (16 minut i 10 sekund), rozbudowanych i epickich form muzycznych z majestatycznym refrenem i fantastycznym punktem kulminacyjnym, który pojawia się mniej więcej na trzy minuty przed zakończeniem. A po nim następuje długie, łagodne wyciszenie… To czas na, mówiąc kolokwialnie, pozbieranie do kupy emocji, które rozbudziły się podczas słuchania tego naprawdę ciekawego albumu.

Dobra to płyta. Polecam ją fanom współczesnej odmiany brytyjskiego prog rocka, w której dominują rozbudowane struktury oraz epickie, pełne rozmachu symfoniczne brzmienia.

MLWZ album na 15-lecie