Jethro Tull - The String Quartets

Łukasz Wąś, Jethro Tull - The String Quartets

Fenomen powstania tej płyty sprowadza się do próby odpowiedzi na odwieczne pytanie o sens tworzenia, cel takiej aktywności. Zwłaszcza gdy należy się spodziewać, że znajdzie ona zainteresowanie i zrozumienie u niewielu odbiorców. "The String Quartets" dedykowane jest głównie garstce najzagorzalszych fanów muzyki Iana Andersona, śledzących aktualne poczynania ów artysty. Inni pozostaną przy oryginalnych brzmieniach kanonicznych dokonań Jethro Tull, jak "Aqualung", "Thick As A Brick" i "Heavy Horses". Czy nowym wydawnictwem zainteresują się koneserzy muzyki poważnej? Być może wielu z nich odstraszy fakt iż przedstawiono tu aranżacje utworów o rodowodzie rockowym. Choć z silnymi wpływami folku, bluesa czy jazzu. Również i inspiracjami muzyką klasyczną, na co najjaskrawszym dowodem są interpretacje kompozycji Bacha, z "Bouree" z płyty "Stand Up" na czele. Tych "poważnych" wpływów może być jednak za mało by słuchacze takiej muzyki ochoczo i gromadnie sięgneli po płytę sygnowaną nazwą "Jethro Tull".

W jednym z licznych wywiadów udzielonych z okazji wydania tego kwartetowego albumu Ian Anderson stawia tezę, że każdy artysta tworzy częściowo z pobudek egoistycznych. Dla własnej satysfakcji. Tak wydaje się być z "The String Quartets". O projekcie mówiło się w kręgach zespołu Andersona od lat. Fani usłyszeli o nim w rozmowie z flecistą dostępną na YouTube, promującej ówczesną nowość: sequel do suity "Thick As A Brick", zatytułowany "Thick As A Brick 2". Ten dyskretny anons smyczkowej płyty pochodzi z 2012 roku. Wreszcie udało się zrealizować jedno z dawnych, nieco szalonych - jak można się domyślać - marzeń szkockiego multiinstrumentalisty. Kwartety mieli Mozart, Beethoven, Bartók, Szostakowicz, Haydn, Schubert...

Materiał nagrano w krypcie gotyckiej katedry Worcester oraz urokliwym kościółku St Kenelm's we wsi Sapperton (obydwie lokalizacje w południowej Anglii), we wrześniu 2016 roku. Historyczne budowle sakralne od dawna powodują błysk w oku lidera Jethro Tull. Co roku daje w nich koncerty bożonarodzeniowe. (Sumy, na które opiewają bilety w całości trafiają do parafii). Kolejnymi motywami takiego doboru miejsc na sesje nagraniowe, mogły być kwestie marketingowe oraz znudzenie ascetycznymi i sterylnymi pomieszczeniami studia. Miało to także swoje wady: niekiedy trzeba było rejestrować dany utwór ponownie z powodu przejeżdżającej obok ciężarówki czy obecności jakiegoś zabłąkanego owada. Mimo to płytę zarejestrowano w zaledwie trzy dni. Dwie sesje każdego dnia. Cztery kompozycje na dobę. Plus późniejsze dogrywanie partii fletu, gitary akustycznej, mandoliny i głosu Andersona przy biurku, w jego podobno przytulnym biurze.

Album zaczyna się jak wiele ze współczesnych koncertów charyzmatycznego flecisty: od przeboju "Living In The Past" z 1969 roku. Aranżację w sporym stopniu stanowi główna linia melodyczna utworu, rozpisana na skrzypce, altówkę i wiolonczelę oraz flet. Instrumenty brzmią lotnie, z pogłosem, przestrzennie. Zaskakujący jest z początku powolny, w metrum na 4/4, a później szybki i dramaturgiczny ustęp w środku kompozycji. By nie było zbyt poważnie, po chwili wracamy do poznanego już wcześniej kontrapunktu wykonanego przez smyczki techniką pizzicato. Taktów oryginalnie granych przez bas i instrumenty perkusyjne. Tutaj lekko, uciesznie, w konwencji muzycznego żartu. Od początku jest ciekawie, inaczej, choć z szacunkiem dla pierwowzorów. Piękno melodii połączonych ze sobą utworów "Sossity: You're A Woman" i "Reasons For Waiting" w adaptacji angielsko-irlandzkiego kwartetu Carducci urzeka bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Doznania wzmagają subtelne, uwzględniające rolę muzyków smyczkowych, wejścia fletu i głosu Andersona. Wszak to kwartet gra tu pierwsze - nomen omen - skrzypce. Rzecz o klimacie uroczystym, podniosłym, może "ślubnym"... "Bungle In The Jungle", przebój radiowy Jethro Tull w USA, z 1974 roku, jest jednym z najciekawiej opracowanych kawałków. Mroczny wstęp, chwilami przywołujący nastrój przedwiośnia, jest mylący. Po minucie słyszymy dobrze znane z płyty "War Child" motywy: radosne, żywiołowe i skoczne. Jak z balu na dworze królewskim w okresie baroku. Te melodie powtarzają się raz po raz. Jednak nie odnosimy wrażenia monotonii dzięki wariacjom, alternatywnym partiom artykułowanym flażoletami oraz zmieniającymi się skalami i harmoniami. Ktokolwiek wpadł na pomysł podłożenia pod "We Used To Know" słynnego Preludium Bacha w C-dur... Chapeau bas! Znakomity zabieg. Solidny akompaniament fortepianowy Johna O'Hary rewelacyjnie współbrzmi z melancholią "We Used To Know" przekazywaną dźwiękami instrumentów kwartetu oraz fletem i wokalem. Później tenże utwór z albumu "Stand Up" płynnie przechodzi już w "samodzielne" wykonanie Preludium, z Bachem w "roli głównej", interesująco uzupełnione smyczkowymi "smaczkami" oraz "uduchowionymi" partiami fletu. Stali bywalcy orkiestrowych, akustycznych i świątecznych występów Iana dobrze znają tę wersję Preludium, obecną w setlistach od 2010 roku. "Farm On The Freeway" rozpoczyna solo "ponurych" skrzypiec, dynamiką przypominające dzieła Vivaldiego. Smutek, żal i nawet groza, znane z protoplastu z płyty "Crest Of A Knave", tutaj zostają spotęgowane. Agresywny flet "przedrzeźniający się" z kwartetem dodaje do "The String Quartets" mrocznego pierwiastka. 

Mnogość nastrojów, zmienność klimatów i melodii to jeden z głównych atutów wydawnictwa. Za sprawą zgrabnej wiązanki "Songs From The Wood" i "Heavy Horses", zagranej staccato, przenosimy się w czasy starej dobrej Anglii. Kompozycję wykonuje wyłącznie kwartet Carducci. (Kiedyś ów wiązanka sporadycznie stanowiła część koncertów Andersona). Piosenka miłosna "Wond'ring Aloud" wypada tutaj podobnie jak na płycie "Aqualung" czy - tym bardziej - "Living With The Past". Utwór "Locomotive Breath" z udziwnioną a'la Bachowską introdukcją pianistyczną, tutaj w transkrypcji na instrumenty smyczkowe to jeden z najlepszych punktów programu. Krystalicznie pobrzmiewający flet, delikatny ale i momentami agresywny, zadziorny, jest w tak silnej symbiozie z grą muzyków kwartetu Carducci, że w zasadzie powinniśmy mówić o... kwintecie fletowym. Śliczne są flażolety skrzypiec pod koniec kompozycji. Lekko brzmiące jak szelest spod kopyt młodej sarenki wybiegającej z lasu na podmokłą polanę skąpaną w świcie słońca. Ciekawa jest oparta na szybkich zmianach rytmu cadenza (kadencja), w swej istocie... progresywna. Jednym z obecnych tu kawałków, które już w pierwotnej wersji były zaaranżowane na instrumenty smyczkowe, jest "A Christmas Song". W wykonaniu z "The String Quartets" wejścia kwartetu następują wcześniej, są odważniejsze i bardziej rozbudowane. Irytuje na szczęście krótki wstęp nawiązujący do piosenki "Jingle Bells". Rozczarowuje banalnością, wręcz wrażeniem kiczu chyba ze względu na eksponowanie "Jingle Bells" w przedświątecznej czasoprzestrzeni tak często, aż do przesady, dla celów komercyjnych... "Velvet Green", zagrany wyłącznie przez  Carducci, zaprezentowano równie wybornie jak podczas koncertu Iana z Filharmonią Praską w 2015 roku. To anglosaskie dostojeństwo, iście dziewiczy wdzięk i dźwięk... Muzyka zachwyca zgraniem członków kwartetu, niemal telepatycznym porozumieniem w ramach jednego "organizmu", swadą i naturalnością pociągnięć smyczków. Podobnie jest z adaptacją kolejnego utworu z folk-rockowego "Songs From The Wood": "Ring Out Solstice Bells". Wymaga ona wielu przesłuchań, dłuższej kontemplacji i analizy, by odkryć bogactwo aranżacji, w tym skrzypcowych glissand. Anderson śpiewa tu symboliczne kilka słów, zgrabnie schowane są one w miksie, tak samo jak ascetyczne dźwięki fletu: znów po to by nie przyćmiewać kwartetu. "Aqualung" zaczyna się od również zagranej w Pradze w 2015 roku, blisko dwuminutowej wariacji na temat słynnego gitarowego riffu z "Aqualunga"; w stylu Beethovena. To najprawdziwsza klasyczna fuga, łącząca różne elementy tego bodaj najsłynniejszego utworu Jethro Tull. Fajnie brzmi podkład czelesty. Frapuje zabawa trawestującymi motywami, chwilami wywołująca wilgoć przy oczodołach, a blisko finału... zdziwienie i nawet trwogę. Wokal Andersona następuje o kilka nanosekund za szybko w stosunku do partii kwartetu. W dodatku intonacja poszczególnych słów wypada groteskowo, powodowana jakąś dziwną, nie tyle teatralną, co kabaretową manierą. Czyżby szkocki artysta nie chciał, by było zbyt poważnie, i na sam koniec albumu postanowił, trywialnie rzecz ujmując, porobić sobie jaja z nas i siebie samego?

To najbardziej klasycyzująca płyta z dokonań sygnowanych nazwą "Jethro Tull" czy nazwiskiem Iana Andersona. Wcześniej na takie miano zasługiwał przede wszystkim solowy album flecisty "Divinities" z 1995 roku, w całości intrumentalny, inspirowany religiami i kulturami całego świata. Szkopuł w tym, że tam użyto sampli z keyboardu Andrew Giddingsa zamiast zaprosić muzyków symfonicznych. Pozycjami stricte klasyczymi są: stosunkowo niedawno opublikowany soundtrack do niezrealizowanego filmu "War Child" (1974) i dotąd niewydany balet "The Water's Edge" (1979). Ich kompozytorem był(-a) jednak przede wszystkim D. Palmer. Płyta "A Classic Case" (1985), zaaranżowana przez wspomnianą (-nego) Palmer(-a) to jedna z wielu produkcji w rodzaju "zespół rockowy plus orkiestra", podobnie jak DVD "Ian Anderson Plays The Orchestral Jethro Tull" (2005). Z tym, że w muzyce z tej drugiej pozycji poczujemy więcej tchnienia kreatywności i innowacji, oraz ciekawych pomysłów i zmian w stosunku do protoplastów. Wspomniane DVD wypełniają adaptacje tej samej osoby, która "zaprojektowała" płytę smyczkową.

Jest nią John O'Hara z Bristol, od piętnastu lat współpracownik Andersona, klawiszowiec i akordeonista, w zespole Jethro Tull obecny w latach 2006-2011. Odpowiedzialny za sposób w jaki przełożono muzykę JT na klasyczne nuty, jest de facto w równym stopniu autorem "The String Quartets" jak Anderson (jeśli nie bardziej). Grupa współpracowała z kwartetami smyczkowymi przez całą jej karierę. To również ich zasługa, że płyta "Minstrel In The Gallery" jest tak znakomita iż stanowi ideał do osiągnięcia dla wielu muzyków. Kwartet towarzyszył zespołowi na scenie nie tylko w czasach współczesnych, ale i podczas trasy "War Child" w latach 1974-75. Wśród formacji grających razem z JT/IA należy wymienić takie jak The Sturcz Quartet, Kolja Quartet czy Skampa Quartet. Kilka ciekawostek: z początku rozważano nagrywanie "The String Quartets" w Czechach i miało być w pełni instrumentalnie. Miksując muzykę, Anderson usunął niektóre ze swoich partii stwierdzając, że jest go na tej płycie... "za dużo". Carducci występuje na wielu renomowanych festiwalach. Pojawił się między innymi na Wratislavia Cantans, we Wrocławiu, w 2008 roku. Szkoda, że w najbliższym czasie nie należy się spodziewać koncertów Iana z udziałem kwartetu.

Opisując poszczególne utwory, używałem ich pierwotnych tytułów. Ze względu na tantiemy dla muzyków i związaną z nimi pracę często omylnych księgowych, na potrzebę tego wydawnictwa wszystkie kompozycje nazwano inaczej. (Zwykle podobnie do tytułów oryginalnych). Ktoś tu jednak nieźle przekombinował (zapeszył?), ponieważ tracklista wydrukowana na obwolucie płyty, jak i w książeczce, znacznie różni się od tej rzeczywistej. Szkoda ponieważ sam aspekt poligraficzny robi wrażenie. Fuszerka to zbyt łagodne słowo. Osoba odpowiedzialna za takie partactwo powinna stracić pracę. Takie pragnienie brzmi bezwzględnie i niemoralnie? Mowa nienawiści? No trudno.

Większość udostępnionych na albumie kompozycji miłośnicy talentu Andersona znają już z najprzeróżniejszych wersji z rozmaitych projektów. Mimo to trudno mówić o nudzie. Panuje duch Muzy, pełno tu ciekawych pomysłów, urozmaiceń, "powietrza". Jest to owoc pewnego kompromisu. Łatwo jest rozpoznać poszczególne utwory, ale często dzieje się to dopiero po jakimś czasie. Pełno jest tu wariacji, ale i empatii dla słuchacza pamiętającego pierwotne wersje. By "wilk był syty i owca cała". Co nie znaczy, że nie znajdą się malkontenci. I tu wracamy do pytania o sens tworzenia sztuki. Oby świat docenił walory kameralnej, barokizującej, nowo-nagranej, choć staroświeckiej, muzyki z "The String Quartets". Płyta na to zasługuje.

jethrotrtull IAquartetJO 1

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl