Deep Purple - InFinite

Tomasz Kudelski, Deep Purple - InFinite

Gdy gdzieś pewnie w 1991 roku z wypiekami nastolatka na twarzy oglądałem historię Deep Purple wydaną na kasecie video pod tytułem „Heavy Metal Pioneers”, w ówczesnym składzie zespołu byli Joe Lynn Turner, Ritchie Blackmore i Jon Lord. Pod koniec tego materiału padło pytanie o dalsze losy zespołu, Jon Lord przy fortepianie w tle grał romantyczną wariację riffu do utworu „Cut Runs Deep”, w odpowiedzi padło, że zespół chciałby doczekać swojego 25-lecia działalności… Miało to dla mnie taki wydźwięk, jakby kończyła się pewna epoka… 

W przyszłym roku, dokładnie 20 kwietnia, będzie przypadać 50. rocznica powstania Deep Purple. Jona Lorda nie ma już między nami. Ritchie Blackmore jest, ale trochę jakby go od dawna nie było…

Wraz z 20. studyjną płytą pt. „InFinite” grupa Deep Purple rozpoczyna swoje długie pożegnanie z fanami.  Oczywiście w przypadku twórców po 70-tce, trudno cokolwiek planować w perspektywie kolejnych lat, co sami muzycy szczerze przyznają, choć wsłuchując się w wypowiedzi członków zespołu można mieć uzasadnione nadzieje, że jeżeli tylko zdrowie dopisze, „InFinite” nie musi być wcale ostatnim studyjnym albumem w historii zespołu.

Zespół, chyba pozytywnie zaskoczony odbiorem ostatniej płyty, relatywnie szybko przygotował kolejny album, choć przygotowanie jego wydania zajęło kolejny rok i w zasadzie upłynęły już 4 lata od premiery „Now What?!”.

Porównań z „Now What?!” nie da się uniknąć, ponieważ zespół nagrał płytę w tym samym układzie personalnym, w tym samym miejscu i z udziałem tego samego producenta – Kanadyjczyka Boba Ezrina.  Wszyscy mniej lub bardziej podświadomie oczekiwali powtórki „Now What?!”, zwłaszcza że zespół wskazywał na pewną ciągłość, jednocześnie sugerując jedynie, że nowy album jest cięższy i bardziej progresywny. Co zresztą należy ostatnio do standardowych komentarzy, przy każdym kolejnym wydawnictwie.

Na „InFinite” trafiło ostatecznie 10 utworów w tym cover The Doors, jest to jednak wciąż najkrótszy z albumów ze Steve’em Morsem w składzie. Kilka kompozycji trwa po niecałe 3.30 sekund, a tylko 3 utwory balansują w przedziale 6 minut… 

No dobrze, aby nie trzymać dalej w niepewności odpowiedzmy na pytanie: czy „InFinite” jest albumem lepszym od „Now What?!”?  Według mnie tak.  Mogę tylko poradzić, aby spokojnie dać płycie dwa-trzy pełne odsłuchy, a wszystkie klocki powinny ułożyć się w spójną całość, ponieważ nie jest to najprostszy w odbiorze album.

Przyczyną tego stanu rzeczy jest dość nietypowa dla Deep Purple struktura poszczególnych utworów. Deep Purple byli zawsze zespołem grającym stosunkowo prostą dynamiczną riffową muzykę w powtarzalnej i raczej przewidywalnej strukturze zwrotek, refrenów i solówek. Tutaj ta formuła została zaburzona, stąd nagły brak utartych schematów może budzić w pierwszym odruchu niepokój.

To, co poniekąd krytykowałem w recenzji utworu „All I Got Is You", czyli stylistyczny misz masz, z perspektywy czasu stanowi o sile albumu.  Absolutną gwiazdą płyty jest Ian Gillan. Siedemdziesięciodwuletni wokalista, który od 1984 roku jest w stałym ogniu krytyki, że głos już nie ten, daje tutaj popis, chciałoby się rzec, ponad swoje obecne wokalne możliwości. Od strony czysto wokalnej jest to prawdopodobnie najlepszy album Gillana bodajże od czasu solowej płyty „Toolbox” wydanej, bagatela, 25 lat temu. W filmie “From Here to Infinite”, dokumentującym pracę nad albumem, z ust Gillana padają słowa: ‘I used to be an angry young man… and now I am fucking furious again’.  I jest w tych słowach chyba coś więcej niż zwykły marketingowy bullshit.

W śpiewie Gillana na tej płycie jest coś mistycznego, ekspresja, zdolność prowadzenia melodii w kontekście tekstu, budowanie napięcia, emocje – agresja, smutek, mrok, refleksja, ale również radość i poczucie humoru, mnóstwo drobnych niuansów, które w skondensowanej formie tworzą prawdziwe ‘the best of Ian Gillan’, zaklęte w owych 40 minutach muzyki.

Cały album rozpoczyna przetworzony komputerowo głos Gillana jako intro do ponurej wizji świata ze znanego z pierwszego singla utworu „Time for Bedlam”. Ale nie jest to jedyny mówiony fragment tej płyty - podobne rozwiązanie, będące tym razem wspomnieniem nie do końca przyjemnych erotycznych uniesień na Bliskim Wschodzie, można usłyszeć też w końcówce utworu „On Top of the World”.  Choć sugeruję nie słuchać tego fragmentu podczas jedzenia. Można się zakrztusić, szczególnie ryżem…

Wokalna część utworu „The Suprising”, najlepszej według mnie kompozycji na płycie, powinna trafić do kanonu wokalnego Gillana. To taki jego Top 10. „The Suprising” rozpoczyna klawiszowe zawodzenie Dona Aireya, które mogłoby otwierać równie dobrze kompozycję „Vincent Price” z „Now What?!”. Potem pojawia się gitarowy balladowy motyw leżący gdzieś pomiędzy „Fade to Black” a „Mama Said” Metalliki (czy nawet naszym swojskim Lady Pank - taka piosenka ‘płyniemy białą łódką…’).  Ian Paice gra rytm jak z The Shadows, a nad tym wszystkim unosi się smutno-nostalgiczny śpiew Gillana, który czyni z całości przejmujące dzieło. ‘It wasn’t quite the curse of Tutankhamun or the kiss of death from Judas in the night’. Kontrapunktem dla refleksyjnego śpiewu Gillana będzie środkowa „diabelska” część utworu. To kilka luźnych improwizacji powiązanych werblowym staccato, powraca diabelski motyw Aireya, który przechodzi we fragment jazzrockowy rodem z Dixie Dregs zakończony spokojną, syntezatorową kantyleną inspirowaną może i nawet twórczością Chopina, którego Airey jest wielkim miłośnikiem (Airey nie byłby jednak sobą, gdyby do partii imitującej fortepian nie użył tu jednak wieśniackich syntezatorowych brzmień zamiast realnego instrumentu). To taki stylistyczny misz masz, który teoretycznie nie ma prawa zadziałać, ale działa. Muzyczna stylistyka utworu zmienia się jak w kalejdoskopie. Elementy, które wydają się być początkowo przypadkowe, po kilku odsłuchach łączą się jednak w całość, która jest dla Deep Purple nową jakością.  Na marginesie, Bob Ezrin zaliczył w tym utworze małą producencką wtopę, bo przez moment w dalekim tle słychać dźwięki metronomu, który został zarejestrowany prawdopodobnie jako przebicie ze źle założonych słuchawek któregoś z muzyków.

Gillan brzmi jednak fantastycznie na całej płycie i tak naprawdę podnosi o dwie gwiazdki kompozycje, które w warstwie instrumentalnej nie są wcale mistrzostwem świata. Przykłady? Proszę bardzo: „One Night in Vegas” (nawiązujące do „Almost Human”), potężne „Get Me Out Of Here” czy „Hip Boots”, które na wyżyny wznosi właśnie śpiew Gillana.

Wyróżnić trzeba też sekcję rytmiczną: Ian Paice - Roger Glover. Ian Paice nadaje płycie bardzo silny drive i niemal jazzowy groove i feeling, który jest obecnie dosyć rzadką cechą wśród rockowych perkusistów. Równocześnie w utworach „Get Me Out Of Here” oraz „Birds of Prey” inspiracja producenta brzmieniem perkusji Johna Bonham jest także bardzo wyraźna. W ogóle, o ile na „Now What?!” można było usłyszeć delikatne nawiązania stylistyczne do twórczości Black Sabbath („Vincent Price”, „Out of Hand”), to na płycie „InFinite” słychać ukłon w stronę stylistyki innej konkurencyjnej legendy - Led Zeppelin.

Drugim najlepszym utworem płyty jest bowiem delikatnie zeppelinowe „Birds of Prey”. Jeżeli coś w dorobku Deep Purple przypomina ten utwór, to byłoby to połączenie „Soon Forgotten” z „Purpendicular” oraz „Before Time Began” z „Rapture of the Deep”. To również kompozycja zbudowana z bardzo wielu porozrzucanych klocków, trzech partii wokalnych, potężnego monumentalnego riffu oraz kilku partii solowych, które tworzą swoisty magnum opus całego albumu.  W tym utworze dominuje też świetna gra Steve’a Morse’a, który jedyny raz na tej płycie dostał swoje pięć minut, a Bob Ezrin zrobił z niego ‘małego Davida Gilmoura’.

Po raz pierwszy na płycie Deep Purple Morse ma prawdziwe rockowe brzmienie, a jego gra nie jest progresywnie ‘kwadratowa’. Jego gitara, stosunkowo oszczędna, pozostając w tle bardzo dobrze uzupełnia i łączy się z pozostałymi instrumentami nadając dużo bardziej korzenne, ale przez to współczesne brzmienie.  Gra on bezbłędnie świetnie oddając klimaty poszczególnych kompozycji. Ciężar płyty nie wynika jednak z potęgi gitarowych przesterów i efektu distorszyn, których Ezrin unika jak ognia, a zwolennicy ostrego grania mogą czuć się lekko zawiedzeni. W tym zakresie brzmienie gitary, które oferuje w swojej produkcji Bob Ezrin jest przyjemnie matowe, niemalże pinkfloydowe, ale wciąż głębokie i dobrze zlane z potężnym brzmieniem bębnów oraz głębokim, nisko brzmiącym basem.

Don Airey tym razem nie błyszczy jak dotychczas, ma świetne partie solowe na syntezatorach - vide w „All I Got Is You” czy „Birds of Prey”, ale sola na hammondzie jadą trochę jego koncertową rutyną i momentami ich szybkość dominuje nad kontekstem utworu. To jest hard rock, który jednocześnie hard rockiem nie jest, a prawie odrębnym gatunkiem rockowego grania, pod nazwą ‘Deep Purple’ oczywiście.

Jeżeli coś łączy tą płytę z „Now What?!”, to jest to właśnie ogólna charakterystyka brzmienia i studia oraz zbliżony producencki styl Boba Ezrina.  „InFinite” wydaje się być jednak płytą bardziej dynamiczną, zwięzłą oraz odważniejszą. Nie ma tu wielu nakładek oraz wrażenia, że gra naraz 3 gitarzystów oraz 5 klawiszowców równocześnie, tak więc utwory z płyty powinny dość łatwo transferować się do środowiska koncertowego. 

Ale czy płyta ma jakieś wady? Ma i to parę. W większości utworów solówki grane są demokratycznie z rozdzielnika naprzemiennie - Morse/Airey - jeden po drugim, tylko nie zawsze Airey słucha tego, co przed chwilą zagrał Morse i nie zawsze te solówki wnoszą coś do poszczególnych utworów. Wszystkie kompozycje trzymają poziom (choć kilka głównie dzięki Gillanowi). Najsłabiej, pomijając cover Doorsów, o którym za chwilę, wypada prawie popowy „Johnny’s Band” będący trochę pop-rockowym patchworkiem, ale jest to wciąż przyjemne granie, w Anglii będące singlem.  Również niespecjalnie wyróżniałby się utwór „On Top of the World”, który zyskuje jednak dzięki opowieści Gillana. Płyta ma w sobie też coś z mroku „Abandon”, jest jednak dużo bardziej organiczna i dopracowana, pomimo że słychać, iż zespół nie spędził dużo czasu nad aranżacjami utworów.

No i na koniec porażka płyty - utwór końcowy z repertuaru The Doors „Roadhouse Blues”. Trudno w ogóle zrozumieć dlaczego ten utwór trafił na płytę. Cover nagrany na żywo z rozpędu w jednym podejściu, w ciągu 30 minut było po sprawie, pełni podobną rolę jak „It Will Be Me” na płycie „Now What?!”.  Trochę z niewiadomych mi powodów trafił na płytę. OK, gdyby to była druga strona singla lub bonus, to może bym tą decyzję jeszcze zrozumiał, a tak po epickim „Birds of Prey” dostajemy leniwego bluesa, który ma się nijak do atmosfery oraz charakteru płyty i po prostu psuje swoją obecnością jej finał. Dla mnie tak naprawdę płyta „InFinite” kończy się na utworze „Birds of Prey”…

Warto zaopatrzyć się w wersję płyty ze świetnym dokumentem „From Here to Infinite”.  Bo jest to bardzo przejmujący kawał dobrego muzycznego dziennikarstwa. Dużo emocji, szczególnie gdy Steve Morse wspomina, że chciałby być przynajmniej ostatnim gitarzystą zespołu, o ile nie mógł być pierwszym. Steve Morse cierpi bowiem na artretyzm nadgarstka (podobna przypadłość dotyka też Blackmore’a) i może się okazać, że niedługo nie będzie w stanie w ogóle grać na gitarze.

Cieszy też tak silne zaangażowanie promocyjne w płytę „InFinite” ze strony wytwórni Earmusic, co, miejmy nadzieję, pozwoli grupie Deep Purple zakończyć karierę z uznaniem, na jakie ten zespół zasłużył, tym bardziej, że możliwy i prawdopodobny sukces „InFinite” będzie dodatkowym bodźcem do kontynuowania kariery na tyle, że może doczekamy jeszcze płyty z numerem 21.

Obecnie hard rock czy nawet metal powoli zaczyna przypominać jazz, powoli staje się domeną emerytów i starców, którzy nie chcą zejść ze sceny. Deep Purple pozostaje jednym z już niewielu aktywnych dinozaurów i cieszmy się, że jeszcze chodzą one po ziemi, bo ich czas powoli się zbliża. Until the death until the death of time…

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl