Ryszard Kramarski Project, The - Music Inspired By The Little Prince

Artur Chachlowski, Ryszard Kramarski Project, The - Music Inspired By The Little Prince

Już nie pamiętam dokładnie kiedy to było, ale musiało być to dawno temu. Może z 10, może 12 lat temu. Pamiętam jak Ryszard Kramarski, który na co dzień kieruje krakowskim zespołem Millenium, rozmawiał ze mną o swoim solowym przedsięwzięciu mającym być pewnego rodzaju oderwaniem od jego działalności w macierzystym zespole. Podesłał mi wtedy nawet plik z utworem demo śpiewanym przez siebie…

Mijały lata i regularnie ukazywały się kolejne płyty Millenium, aż tu nagle, niespodziewanie… Jakież było moje zdziwienie, gdy po wielu, wielu latach Ryszard wreszcie zrealizował swój pomysł, opatrzył go szyldem The Ryszard Kramarski Project (analogia do The Alan Parsons Project nieprzypadkowa, o czym za chwilę), ale zamiast jego wokalu usłyszałem… śpiewającą Karolinę Leszko. Mało tego, już przy pierwszym przesłuchaniu płyty zatytułowanej „Music Inspired By The Little Prince” zauważyłem, że wypełniająca ją muzyka nie pochodzi wcale z tak bardzo odległej planety w porównaniu z jego macierzystą formacją. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. A a propos odległej planety, to zgodnie ze swoim tytułem muzyka oraz opowieść wypełniająca niniejszą płytę oparta jest na „Małym Księciu” francuskiego pisarza Antoine de Saint-Exupéry’ego.

„Już jako młodzian bardzo lubiłem tę książkę. W 2000 roku miałem z Millenium nagrać płytę opartą na jej motywach. Miałem wtedy przygotowane dwa projekty: „Małego Księcia” właśnie i „Vocandę”. Wybrałem jednak autorski pomysł, czyli album „Vocanda”. „Mały Książę” wydał mi się wtedy zbyt osobisty. Rok temu, gdy na ekrany kin weszła animowana wersja tej książki, wróciłem jednak do tematu. Odkurzyłem książkę, przeczytałem ją trzy razy i stwierdziłem, że jest wspaniała, a z perspektywy 49-latka widzę ją teraz zupełnie inaczej niż przed laty” – mówi autor tego albumu. Skoro tak, to dlaczego Ryszard nie zdecydował się sam zaśpiewać, jak to niegdyś chodziło mu po głowie, tylko poprosił o to Karolinę Leszko? „Na początku faktycznie myślałem, że sam zaśpiewam, ale obawiałem się, że wyjdzie mi album za bardzo podobny do Millenium. Bardzo lubię głos Karoliny, dlatego już od trzech płyt Millenium współpracuję z nią i zawsze byłem bardzo zadowolony. Sam byłem ciekaw jak sobie teraz poradzi z rockiem progresywnym jako lider wokalny. Nie zawiodłem się. Dodała od siebie coś świeżego. Pięknie zaśpiewała.” – kontynuuje Kramarski. Faktycznie, to na głosie Karoliny, jej charakterystycznym sposobie ekspresji oraz częstych i do tego bardzo zaskakujących wokalizach zawieszona jest konstrukcja muzyki wypełniającej album „Music Inspired By The Little Prince”. Tym bardziej, że strona tekstowa odgrywa na nim dość ważną rolę. Kramarski sam napisał angielskie słowa piosenek. Czytając poszczególne rozdziały książki, wyeksponował jedne wątki, a pominął drugie i w efekcie utworzył pewną spójną całość, koncentrując się na losach głównego bohatera i Róży. Słuchając tej płyty odnoszę jednak wrażenie, że i tak najważniejszy, zdecydowanie ważniejszy od tekstów, jest sam przekaz muzyczny. A on akurat wyszedł naprawdę dobrze, spójnie i przekonywująco. Niewątpliwa to zasługa zaproszonych przez Ryszarda do swojego projektu zaprzyjaźnionych muzyków: Marcina Kruczka (gitary), Grzegorza Fiebera (perkusja) oraz Pawła Pyzika (bas). „Współpracuję z nimi od wielu lat, znam ich bardzo dobrze i bardzo cenię ich umiejętności. Zawsze podobał mi się ich sposób gry i to, w jaki sposób myślą muzycznie. Doskonale znają i czują muzykę artrockową, a to bardzo pomaga we współpracy” – tak o muzykach biorących udział w nagraniach mówi Ryszard Kramarski.

„Myślę, że na tym albumie jest wszystko co kocham. Począwszy od ELO i Pink Floyd, poprzez Alana Parsonsa, Barclay James Harvest, The Moody Blues, Marillion, Genesis, a skończywszy na Pendragonie. Nie ukrywam, że to moje ulubione zespoły, więc czy moja muzyka mogła być inna? Nie usłyszycie zwariowanych szybkich utworów, skomplikowanego połamanego metrum i progmetalowych gitarowych riffów. Usłyszycie za to melodyjne partie wokalne, wokalizy i solówki gitarowo-klawiszowe oraz orkiestrowe filmowe klimaty” – kończy swoją opowieść Ryszard.

Uważam, że w tych właśnie słowach zawiera się cała prawda o płycie Kramarskiego. Podsumowując i koncentrując się już na samej muzyce, którą na niej słyszymy, to mamy do czynienia z bardzo przyjemnym i niezbyt długim (46 minut) albumem, na którym nad tonacjami dur zdecydowanie przeważają tonacje moll. Dużo tu ładnych melodii, jest szybko wpadający w ucho temat przewodni, który przewija się na płycie w co najmniej kilku utworach. A jest ich w sumie osiem i pogrupowane są one w dwie tematyczne części, tworzące umowne strony A i B (stąd domyślam się, że niniejszy album niedługo ukaże się na winylu): „Somewhere In The Universe” oraz „Somewhere On The Earth”. Sporo na tym krążku gitarowych zagrywek, które w mniej lub bardziej zamierzony sposób nawiązują do gitarowych dźwięków wyczarowywanych przez Davida Gilmoura czy Steve’a Rothery’ego, a sam Ryszard Kramarski niejeden raz uderza w nutę, której nie powstydziłby się sam wielki Richard Wright. Bardzo spokojna to płyta. Płyta z muzyką, która długimi chwilami płynie bardzo leniwym strumieniem. Płyta być może nawet ciut za spokojna i za mało zróżnicowana pod względem dynamiki i dźwiękowych kontrastów, ale z drugiej strony idealna, by przymknąć oczy i odpłynąć gdzieś w daleki wszechświat, by razem z Małym Księciem wybrać się do Ogrodu, spotkać tam prześliczną Różę i w towarzyszeniu pięknej muzyki przeżyć tą mądrą historię o dorastaniu do wiernej miłości, do prawdziwej przyjaźni i do odpowiedzialności za drugiego człowieka. Wszystko to w otoczeniu naprawdę magicznych dźwięków, a do tego świetnie wyprodukowanych. Tak, takiej produkcji nie powstydziłby się sam Alan Parsons, który – takie przynajmniej odnoszę wrażenie – przy technicznym aspekcie pracy nad tą płytą stanowił dla Ryszarda Kramarskiego chyba główne źródło inspiracji.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl