Brother Ape - Karma

Artur Chachlowski, Brother Ape - Karma

Duże zaskoczenie. I to pozytywne. Zespół Brother Ape personalnie nie zmienił się wcale (nadal działa w trzyosobowym składzie: Stefan Damicolas – v, g, k, Gunnar Maxén – bg, k, Max Bergman – dr), zmienił tylko wydawcę i niedawno przeniósł się pod skrzydła holenderskiej wytwórni Freia Music. Zmienił też, i to zdecydowanie, ligę, w której gra. Teraz ociera się już o progrockową ekstraklasę.

Stali Czytelnicy naszego portalu mieli okazję śledzić razem z nami losy tej szwedzkiej formacji od samego początku jej istnienia. Na naszych łamach omawialiśmy na bieżąco wszystkie wydawane przez Brother Ape płyty, a było ich w sumie sześć, począwszy od „On The Other Side” z 2006 po „Force Majeure” z 2013 roku, ale jeszcze nigdy zespół ten nie brzmiał tak dobrze jak na wydanym z początkiem maja najnowszym albumie „Karma”.

A przecież powstał on w zupełnie inny sposób niż wszystkie dotychczasowe wydawnictwa tej kapeli. Ziarno pod płytę „Karma” zostało zasiane jeszcze w 2015 roku, kiedy to zespół rozpoczął serię wydawniczą cyfrowych EP-ek zawierających po kilka premierowych piosenek. Na przestrzeni kilkunastu miesięcy ukazały się trzy takie wydawnictwa, na których można było znaleźć szereg nagrań o dość rozległym rozrzucie stylistycznym. Trzeba przyznać, że Brother Ape zawsze miał ambicję tworzenia muzyki oryginalnej, często idącej pod prąd, a przy tym nieschlebiającej aktualnym modom i muzycznym trendom. Nie zawsze wychodziło to grupie na dobre, ale w przypadku najnowszego albumu akurat tak.

Spośród kilkunastu premierowych utworów zespół wybrał osiem i umieścił je w programie omawianej dzisiaj płyty zatytułowanej „Karma”. No i efekt jest zadziwiający. O ile w przypadku wcześniejszych wydawnictw Brother Ape można było narzekać na zbytnie „upopowienie” muzyki, to tym razem taki zarzut w ogóle nie wchodzi w grę. Owszem, Brother Ape nadal hołduje nowoczesnej odmianie prog rocka, praktycznie całkowicie porzucając ciągoty do tak modnych ostatnio tendencji nawiązań do retro rocka (co znowu świadczy o konsekwentnym podążaniu przez Brother Ape własną stylistyczną ścieżką), ale w każdym utworze wypełniającym program płyty „Karma” prezentuje on swoje niezwykle dojrzałe oblicze. Każda z nowych kompozycji to dobrze przemyślany, dopracowany do ostatniego szczegółu, a przy tym bardzo dojrzale brzmiący utwór. To coś, czego zawsze brakowało mi na wcześniejszych płytach Szwedów. Teraz Brother Ape brzmi jak skrzyżowanie Muse i późnego Led Zeppelin z pewnymi odpryskami lekkiego jazz rocka w stylu Pata Metheny’ego.

Już od pierwszych dźwięków, w postaci efektownego nagrania „Oblivion”, słychać że zespół gra jak natchniony i czuje się w swoim żywiole. „Oblivion” łagodnie przechodzi w stylowy fragment „If I Could”, który wystylizowany jest na orkiestrowe interludium i z którego wyłania się kolejny mocny punkt programu płyty – kompozycja zatytułowana "Sixteen”. A zaraz po niej następuje prawdziwe magnum opus całej płyty – wybornie prezentujące się nagranie obdarzone enigmatycznym tytułem „Hina Saruwa”. Jest to smakowicie brzmiące danie główne całej płyty, które polecam uwadze wszystkich słuchaczy o szeroko otwartych horyzontach. Zaraz po nim pojawia się oniryczny temat „Don’t Stand On My Grave And Cry”, po którym mamy coś na bardziej rockową nutę – utwór „Let The Right One In”. Chwilę później prawdziwym blaskiem lśni semiakustyczny i jakże przy tym piękny „You Are”. I tak jest już do samego końca płyty, która swoje zwieńczenie znajduje w epicko brzmiącym nagraniu tytułowym – „Karma”.

Podsumowując, jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Sam się zdziwiłem, że Brother Ape potrafił nagrać tak dobrą płytę. „Karma” to, w mojej ocenie, album zasługujący na mocną 4 w pięciostopniowej skali.

Podobno „Album „Karma” niebawem ukaże się jako podwójne wydawnictwo deluxe z drugim dyskiem, na którym znajdą się pozostałe utwory z oryginalnych EP-ek. Ta wersja albumu będzie osiągalna wyłącznie poprzez stronę internetową zespołu www.brotherape.com

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl