Soup - Remedies

Artur Chachlowski, Soup - Remedies

Nie ukrywam, że bardzo czekałem na tę płytę. Po totalnym entuzjazmie wywołanym moim zdaniem genialną płytą „The Beauty Of Our Youth”, czemu wyraz dałem w recenzji tego krążka, apetyt na kolejną porcję norweskiej Zupy wzrósł do tego stopnia, że nie mogłem się doczekać na nową produkcję kierowanego przez Erlenda Aastada Vikkena zespołu.

No i wreszcie kilka tygodni temu moja (nie)cierpliwość została zaspokojona. Nakładem wytwórni Crispin Glover Records ukazał się album zatytułowany „Remedies”. Jaka to płyta? Nie jest źle, ale nie jest też tak dobrze jak było w przypadku jej poprzedniczki. Na program „Remedies” składa się zaledwie pięć kompozycji, choć w rzeczywistości jest ich tylko cztery. Cztery właściwe numery, bo ten piąty, umieszczony w połowie trwania albumu utwór „Audion”, to zaledwie dwuminutowa instrumentalna impresja pełniąca rolę interludium oddzielającego od siebie dwie połówki płyty.

Dlaczego „Remedies” nie podoba mi się aż tak bardzo jak „The Beauty Of Our Youth”? Przede wszystkim dlatego, że muzyka grupy Soup stała się teraz mniej zwarta i zwięzła. Jest też zdecydowanie o wiele mniej wyrazista niż na poprzednim albumie. Kompozycje uległy znacznemu wydłużeniu, a Vikken i spółka wpuścili w nie znacznie więcej elementów muzycznej improwizacji i odjechanej psychodelii. Muzyka Soup AD 2017 wydaje się jakby bardziej senna, marzycielska i hipnotyczna. Ale też bardziej rozmyta i – piszę to z żalem – chwilami rozlazła. Ilekroć słucham tego albumu, mam nieodparte wrażenie, że można by wycisnąć zawartą na nim muzykę jak cytrynę, by skondensować wszystkie zawarte na niej emocje. Ale wtedy, zamiast 42 minut, otrzymalibyśmy pewnie ledwie pół godziny dźwięków, które zasługiwałyby na miano magicznych. A tak niektóre z utworów, jak „The Boy And The Snow” czy „Sleepers” wydają się zbyt długie i spokojnie można by je „odchudzić” o kilka minut bez większej straty dla obrazu całości.

Jest też na „Remedies” znacznie mniej tak fantastycznych momentów, jakich można było doświadczyć w przypadku albumu „The Beauty Of Our Youth” chociażby w postaci utworów ”Our Common Ground”, „Transient Days”, „Memories Of An Imaginary Friend” czy „Loralyn”. Na nowym krążku mamy właściwie tylko jednego killera w postaci finałowej kompozycji „Nothing Like Home”. Szczególnie potrafi zachwycić jej końcowa instrumentalna część, następująca notabene pod dość sennym i niemrawym początku. To trochę za mało, by dorównać poziomowi repertuaru z poprzedniego krążka.

Czy to oznacza, że narzekam na nowe dzieło Norwegów? Nie chciałbym tym tekstem pozostawić takiego wrażenia. Wszystko co napisałem powyżej nie oznacza wcale, że „Remedies” to album nieudany. OK, sporo brakuje mu do poziomu poprzedniego albumu, ale wciąż jest to bardzo intrygująca i wciągająca płyta. Mogąca podobać się szczególnie wtedy, gdy ceni się psychodeliczno-postrockowe klimaty w stylu grup Sigur Rós, Airbag, starych Floydów czy współczesnego Opeth.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl