Ritchie Blackmore's Rainbow - Stranger In Us All

Tomasz Kudelski, Ritchie Blackmore's Rainbow - Stranger In Us All

Co do zasady nie podejmuję się już recenzowania nowych dokonań  Ritchiego Blackmore’a pod szyldem reaktywowanego Rainbow. W zeszłym roku miały miejsce trzy koncerty tej grupy, który zostały wydane na multimedialnym wydawnictwie „Memoires In Rock”.  W tym roku zespół ponawia próbę i właśnie odbywają się kolejne trzy z czterech występów na Wyspach Brytyjskich (koncert w Manchesterze został odwołany po zamachu terrorystycznym).

Wspomniane koncerty zostały poprzedzone wydaniem na CD  wspomnieniowego materiału z zeszłego roku z Birmingham będącego od strony technicznej przeciętnej jakości oficjalnym bootlegiem.  Ponadto pojawiły się dwa nowe studyjne nagrania sygnowane nazwą Ritchie Blackmore’s Rainbow.

Instrumentalne „Land of Hopes and Glory” to wariacja na temat „Pomp And Circumstance March 1” autorstwa Edwarda Elgara (puryści powiedzą, że mylnie zatytułowana - tytuł „Land of Hope and Glory” przynależy bowiem do wersji chóralnej tej kompozycji, której słowa zostały dopisane wbrew woli kompozytora na wniosek samego króla Zjednoczonego Królestwa). Utwór ten zawsze otwierał koncerty Rainbow przechodząc w motyw z Czarnoksiężnika z Ozz (z nieśmiertelną Judy Garland: Toto, I've a feeling we're not in Kansas anymore… we must over the Rainbow). Tworzyło to  bodaj jedną  z najbardziej charakterystycznych introdukcji rockowych koncertów. Nowa wersja to muzyka rodem z hotelowej windy (wersja ta jest też niestety odtwarzana na tegorocznych koncertach).  Co więcej, management gitarzysty uznał, że utwór stanowiący nieformalny hymn Anglii w ramach Zjednoczonego Królestwa warto dedykować ofiarom niedawnych zamachów w Londynie i Manchesterze.

Druga kompozycja to znowu swoisty cover/remake utworu „I Surrender”, jednego z dwóch największych komercyjnych hitów grupy Rainbow (autorstwa Russa Ballarda, który zresztą jako gość specjalny wystąpił gościnnie w innym swoim hicie „Since You’ve Been Gone” podczas koncertu w Londynie 12 czerwca br.), zagrany z charakterystycznym dla obecnej twórczości syntezatorowym bitem i takimż aranżem wywołał wśród fanów falę zażenowania i krytyki.

Ostatnim świeżym akcentem z obozu grupy Rainbow jest wydana przez wytwórnię Cherry Blue Records  (która weszła w posiadanie praw do całkiem sporej liczby tytułów z ‘purpurowej rodziny’, m in. katalog BMG oraz Purple Records) reedycja ostatniej studyjnej płyty Rainbow – „Stanger In Us All” wydanej w 1995 roku.

Skład Rainbow Anno Domini 1995 wzbudzał ówcześnie spore emocje, choć z dzisiejszej perspektywy są one niczym, przy obecnym wydaniu grupy. Trzon zespołu stanowił szkocki wokalista Doogie White, który otarł się wcześniej o posadę Bruce’a Dickinsona w Iron Maiden, wsparty amerykańskimi muzykami z okolic Nowego Jorku. Za sekcję rytmiczną odpowiadali basista Greg Smith oraz perkusista John O’Reilly - znani ze współpracy z Joe Lynn Turnerem, ale też i z Alice Cooperem (Smith). Skład uzupełniał klawiszowiec pani Doro - Paul Morris. Na trasie koncertowej John O’Reilly został zastąpiony przez doktora Chuck Burgi znanego już z płyty „Rainbow Bent Out Of Shape”.

Katalizatorem tej płyty były wymuszony na Ritchiem powrót Gillana do Deep Purple. Powrót, który zaowocował płytą „The Battle Rages On” i 37-koncertową trasą koncertową uważaną przez fanów za najlepszą od lat 70., w dużym stopniu ze względu na postawę gitarzysty w czerni.

Blackmore twierdzi, że BMG po prostu go przekupiło, zgadzając się na absurdalną z jego punktu widzenia kwotę pieniędzy, których Blackmore zażądał za zgodę na powrót Gillana do składu Deep Purple oraz oferując na osłodę kontrakt płytowy dla jego ‘pozapurpurowej’ działalności.

I tak, gdy kolejny szantaż Blackmore’a: ‘ja albo Gillan’ nie powiódł się, muzyk wygrał kolejny bilet do solowej kariery. Sam Blackmore podobno pierwotnie planował ten album bardziej jako projekt solowy, lecz licząca dolary wytwórnia wymogła na liderze powrót do nazwy Ritchie Blackmore’s Rainbow. Wraz ze sobą Blackmore  pociągnął również producenta Pata Regana, z którym artysta współpracuje nieprzerwanie do dzisiaj.

Przymierzając się do odsłuchu tego albumu w całości po wielu latach miałem w pamięci przekonanie, że płyta ta cierpi na podobny syndrom co „The Battle Rages On”.  Jest na niej kilka świetnych i kilka zupełnie przeciętnych kompozycji, a niektóre utwory niosą za sobą sporą dawkę gitarowego „autoplagiatu”.  

Doogie White pytany przez Blackmore’a:  ‘jaką płytę chciałby nagrać?’, miał odpowiedzieć: ‘coś pomiędzy „Rising” a „Burn”’. Płyta, jakkolwiek nie poszła dokładnie w tym kierunku,  to mimo wszystko stanowi dosyć wyważony  kompromis pomiędzy średniowieczno- orientalnym hard rockiem wypracowanym przez Rainbow w składzie z Dio, a bardziej komercyjną jego wersją z epoki w składzie z Joe Lynn Turnerem.

W wywiadzie dla magazynu Burrn! Japan w 2017 roku Blackmore w dosyć obcesowy sposób zaatakował po latach White’a o próbę zrobienia z Rainbow grupy Iron Maiden. I owszem, maniera wokalna oraz sceniczna szkockiego wokalisty zdradzała również pewien element fascynacji pilotem ze statku Żelaznej Dziewicy,  a utwór otwierający „Wolf to the Moon”, szczególnie w przyśpieszonym koncertowym wydaniu, mógłby się znaleźć na każdej z płyt Iron Maiden, to jednak było to postawienie sprawy na głowie. Nie chcąc narażać się wiernym fanom Iron Maiden, to jednak to takie twory, jak: „Kill the King”, „Light in the Black”,  „Stargazer” czy „Gates of Babylon” podłożyły podwaliny pod stylistykę NWOHW, w tym wykreowały zręby stylu, który został następnie umiejętnie zaadoptowany przez Iron Maiden.  Więc po prostu próba skierowania Blackmore’a na bardziej historyczne tory wywołała u niego po latach specyficzną reakcję. Zaś Doogie White bardzo dobrze bronił się wtedy jako wokalista dysponując dużo bardziej spersonalizowanym stylem niż obecny śpiewak Ronnie Romero.

Ale przechodząc w końcu do muzyki,  to niewątpliwą perłą albumu jest kompozycja „Black Masquerade”, która z klasycznego riffu wygenerowała intensywną kompozycję z mocnym wokalem i barokową improwizacją na gitarze akustycznej (czasy Blackmore’s Night zbliżały się szybko), którą w przypadku tylko trochę bardziej  bombastycznego wykonania można by śmiało postawić obok „Kill the King”.

Uwagę zwraca mocna ballada „Ariel”,  w której rockowy orientalny riff wywiedziony został z  refrenu utworu „Anya” z płyty „The Battle Rages”. Tutaj rockowy orientalny riff  połączony został z  łagodną częścią wokalną. Pojawia się również wokaliza Candice Night.  O Candice warto też wspomnieć,  ponieważ odcisnęła ona swoje piętno na albumie jako współautorka tekstów do kilku kompozycji,  w tym chyba tych najciekawszych („Ariel”, „Black Masquarade”) i została za to sportretowana w kompozycji pod wiele mówiącym tytułem „Cold Hearted Woman”.  Jej czas dopiero nadchodził. 

Ciekawie, ponieważ niestandardowo w kontekście Rainbow, brzmi utwór „Hunting Humans”. Wciąż bardzo dobrze wspomniane wyżej „Wolf to the Moon” – w ostatniej chwili Blackmore zmienił tytuł tego utworu ze „Slave to the Highway” ze względu niedwuznaczne  skojarzenia z Deep Purple.

Ale poza tym są też utwory dużo słabsze będące kliszami dokonań Rainbow z epoki z Turnerem typu „Stand And Fight” czy  „Too Late For Tears”. „Silence” to z kolei wokalne zapożyczenie z „You Fool No One” z płyty „Burn”.

Mamy też dwa ‘powroty do przeszłości’ - wokalną wersję utworu „Still I Am Sad” Yardbirds (znaną z debiutu Rainbow czy koncertów, gdzie utwór ten wzbogacony o solówki klawiszowe i perkusyjne sięgał do 20 minut)  oraz „Hall of the Mountain King” -  wokalną wariację motywu  suity „Peer Gynt” autorstwa Edwarda Griega.  Blackmore wykonywał ten motyw już wcześniej, podczas co lepszych koncertów trasy „The Battle Rages On” oraz nagrał go w wersji instrumentalnej pod nazwą The Lancasters jako  „Satan’s Holiday” w 1965 roku (https://www.youtube.com/watch?v=3yCZdh2KRJI).

Płyta, jakkolwiek nieodkrywcza, wciąż oferowała pełnię gitarowego talentu Blackmore’a. Pozostali instrumentaliści nie byli może muzykami pokroju kolegów z Deep Purple,  ale solidnymi rzemieślnikami, poza może wyjątkowo drewnienie brzmiącym perkusistą, choć nie wiadomo ile z tego było świadomą decyzją Blackmore’a,  który zaczął mieć wtedy upodobanie do takiego stylu gry. Wciąż jednak gra Blackmore’a na tej płycie z nawiązką rekompensuje nam pozostałych instrumentalistów stanowiących wyłącznie tło dla gry Blackmore’a.  

Niestety Blackmore najlepsze efekty artystycznie uzyskiwał,  gdy miał wsparcie lub może więcej: opozycję ze strony muzyków z najwyższej półki. Z biegiem czasu gitarzysta,  o tyle magiczny,  co również pełen kompleksów,  zaczął się otaczać ludźmi, którzy mieli  za zadanie realizować wyłącznie jego wizję,  a niekoniecznie ją współtworzyć,  kontestować czy poprawiać.  I to słychać już na tej płycie.  

Zespół ruszył wtedy w trasę i 21 października 1996r. jedyny raz miałem możliwość spotkać Blackmore’a  po koncercie w Monachium, co było doświadczeniem na wskroś magicznym.

Dodana do wznowionej płyty jako bonus koncertowa wersja utworu „Temple of the King” dobrze oddaje pełnię muzycznych możliwości  tego składu.   Dodatkowo dostajemy kolejny bonus - utwór „Emotional Crime” – pierwotnie wydany tylko na japońskim wydaniu płyty - oraz wersję singlowo-teledyskową utworu „Ariel”, która pocięta w dziwaczny sposób nie trzyma się specjalnie kupy.

Płyta brzmi dosyć sterylnie,  płasko i może przez to mało zadziornie, w szczególności w kontekście okresu,  w którym się ukazała, ale wciąż dokumentuje ostatni wielki moment gry Blackmore’a w rockowym anturażu.   Choć z dzisiejszej perspektywy,  słychać już na „Stranger In Us All”  dużą dawkę nostalgii za minionymi czasami. Covery i przerabiane motywy pojawiały się kosztem własnej nowej twórczości, ale wciąż jest to jednak spory kawałek solidnego rockowego grania. 

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl