Styx - The Mission

Artur Chachlowski, Styx - The Mission

To już nie te czasy, gdy rockowi wykonawcy wydawali nowe płyty co rok - dwa. Na album z premierowym materiałem popularnej w latach 70. i 80. amerykańskiej  grupy Styx musieliśmy czekać aż 14 lat. Ale doczekaliśmy się wreszcie. „The Mission” to koncept album opowiadający o wyprawie na Marsa w 2033 roku. I z niezwykłą satysfakcją, jako wieloletni fan tego zespołu, donoszę że zawarta na nim muzyka dorównuje uważanym za najwspanialsze w dorobku grupy albumom „Crystal Ball”, „The Grand Illusion” czy „Paradise Theatre”.

„The Mission” to efekt bliskiej współpracy filara grupy Styx, Tommy'ego Shawa, oraz producenta i autora tekstów, grającego także na instrumentach klawiszowych, Willa Evankovicha. Wraz z pozostałymi członkami zespołu, i to zarówno tymi ‘starymi’ (James Young), jak i ‘nowymi’ (Chuck Panozzo, Todd Sucherman, Lawrence Gowan, Ricky Phillips) stworzyli album, który z jednej strony zaskakuje świeżością, a z drugiej – wiernością klasycznym brzmieniom i klimatom wypracowanym przez Styx w okresie swojej świetności. Słuchając tej płyty towarzyszyły mi podobne uczucia jak rok temu w przypadku płyty „The Prelude Implicit” zespołu Kansas czy sześć lat temu przy „Fly From Here” grupy Yes. We wszystkich tych przypadkach powracającym po długiej przerwie wykonawcom udało się osiągnąć poziom, który udanie nawiązuje do klasycznej ery ich działalności i udało się nimi zaskoczyć wielu niedowiarków, którzy jak ja, nie wierzyli, że zespoły te nagrają jeszcze coś równie wartościowego jak 3-4 dekady temu.

Album „The Mission” wypełniają stosunkowo krótkie utwory (najdłuższy z nich, „Red Storm”, trwa zaledwie 6 minut), które ułożone są w jedną ciągłą strukturę, dzięki czemu tej ‘klasycznej’ (znowu!), jeżeli chodzi o rozmiary (42 minuty) płyty słucha się jednym ciągiem z ogromną przyjemnością i z zapartym tchem. Zespół Styx w swoich nowych utworach stosuje wszystkie te patenty, które na przestrzeni lat stały się wyznacznikami jego brzmienia, a więc piękne, wielogłosowe harmonie wokalne, szybko wpadające w ucho melodie, chwytliwe chórki i niemającą sobie równych niesamowitą melodyjność. Już następujący po wprowadzającej w klimat całej płyty instrumentalnej uwerturze ledwie dwuminutowy przebojowy numer „Gone Gone Gone” jawi się jako coś, co śmiało można by nazwać muzyczną wizytówką zespołu. I gdybym nie wiedział, że pochodzi on z tegorocznej płyty, to dałbym głowę, że nagrany został w szczytowym okresie świetności grupy. A potem na płycie „The Mission” jest jeszcze lepiej.

Być może nie ma pośród tych 14 kompozycji wypełniających jej program utworu, który, obok „Gone Gone Gone” mógłby z powodzeniem zaatakować czołowe pozycje wszelakich czartów, to co najmniej kilka z nich, jak „The Greater Good”, „Locomotive”, „Radio Silence” czy futurystycznie brzmiący numer „Time May Bend” z pewnością zapadną w serca fanów zespołu. Ale przecież jest tu więcej znakomitych numerów, takich które kiedyś określało się mianem ‘radio friendly”. „Red Storm”, „Hundred Million Miles From Home” czy „The Outpost” to pierwsze z brzegu przykłady. Wszystkie one we wspaniały sposób łączą w sobie soniczną wielopiętrowość, pełnię hardrockowo brzmiących gitar, stylową akustykę, wzniosłe harmonie wokalne i progrockowe partie instrumentów klawiszowych. Inne utwory na płycie też nacechowane są charakterystyczną styxową melodyjnością, a w niektórych przypadkach zawierają genialne wręcz partie instrumentalne, jak np. fortepianowe linie w „Ten Thousand Ways To Be Wrong” i „Khedive” zagrane przez Lawrence’a Gowana.

Pora na podsumowanie. Piszę to uczciwie i z głębi serca: „The Mission” to bardzo dobry album i mocna, rzekłbym: zaskakująco mocna, pozycja w dyskografii zespołu. Jestem pewien, że idealnie utrafi on w zapotrzebowanie i oczekiwania fanów, którzy cenią tę grupę za jej dokonania z połowy lat 70. Duże brawa dla grupy Styx AD 2017 za ten wspaniały i bardzo odważny album. 

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl