Comedy Of Errors - House Of The Mind

Artur Chachlowski, Comedy Of Errors - House Of The Mind

Z grupą Comedy Of Errors jest tak, że gdy jest się oddanym miłośnikiem neoprogresywnej stylistyki, to właściwie każda płyta tego zespołu staje się prawdziwym świętem. Tak było w przypadku wydanego w 2011 roku albumu „Disobey”, który był udanym comebackiem grupy po wielu latach przerwy w działalności, tak było też w przypadku kolejnych płyt: „Fanfare & Fantasy” (2013) i „Spirit” (2015). Nie inaczej jest też z wydanym w czerwcu br. krążkiem pt. „House Of The Mind”.

Zadziwia regularność, z jaką ten szkocki zespół po swej reaktywacji przygotowuje kolejne płyty. Zadziwia też niezmienny – stylistycznie i jakościowo – poziom, na którym utrzymane są kolejne produkcje Comedy Of Errors. Kompozycyjny pułap, z jakim mamy do czynienia na „House Of The Mind”, jest naprawdę wysoki. Już pierwszy utwór zatytułowany „Tachyon” swoim powolnym intro i rytmicznie rozwijającym się głównym tematem melodycznym wzbogaconym solidnie brzmiącymi gitarami, klawiszami oraz szlachetnym wokalem Joe Cairneya wysoko wiesza poprzeczkę, która w trakcie całej płyty ani raz nie wędruje w dół. To bardzo nowocześnie brzmiący utwór zaostrzający apetyt przed tym, co za chwilę ma nastąpić. Tym bardziej, że po chwili rozpoczyna się epicko brzmiący, trwający kwadrans, utwór tytułowy. Królują w nim bardzo złożone brzmienia, zarówno spokojne i pastelowe, jak i żywe i dynamiczne, a grane przez Szkotów finezyjne dźwięki przykuwają uwagę odbiorcy od pierwszej do ostatniej minuty. Niesamowity to epik. Taki, powiedziałbym: w starym dobrym stylu.

Chwilę później mamy kompletną zmianę klimatu, bo oto przed nami czterominutowy instrumental „A Moment’s Peace” - delikatny, marzycielski, pastelowy, nieomal akustyczny… Stanowi on prawdziwy kontrast w stosunku do innych kompozycji na tej płycie. Bardzo pogodny i optymistycznie brzmiący to utwór. Stawiam przy nim kolejny plus.

Czwarte nagranie to najkrótsza w tym zestawie, bo trwająca niespełna trzy minuty, nostalgiczna piosenka „One Fine Day”. Brzmi ona lekko, przyjemnie i marzycielsko, a wysunięty na plan pierwszy duet Joe Cairney (śpiew) – Jim Johnston (instrumenty klawiszowe) kreuje klimat jako żywo wyjęty z późnych balladowych piosenek Beatlesów.

Nadchodzi czas na drugi kilkunastominutowy utwór na tym wydawnictwie – „Song Of Wandering Jacomus”. To najważniejsza, a zarazem najwspanialsza kompozycja na tym krążku. Doniosła, patetyczna, tajemnicza, wypełniona czarem kosmicznych klawiszowych zagrywek. Rozpoczynająca się niczym „Close To The Edge”, a potem systematycznie ubogacana klawiszowymi dźwiękami a’la Vangelis, rozwija się powoli, acz konsekwentnie i… progresywnie. Pięć minut instrumentalnego wstępu buduje niesamowity klimat, z którego wyłaniają się wspaniałe melodie wyśpiewywane przez Cairneya, a w tle ściana finezyjnych dźwięków kreuje przewspaniałą atmosferę totalnej epickości.  To Comedy Of Errors w najlepszym wydaniu jakie możemy sobie wyobrazić. Utwór – marzenie. Muzyczna bajka i perełka w jednym.

W tym momencie kończy się zasadniczy program tej płyty. Ale te klasyczne ’winylowe’ 42 minuty finezyjnego grania zwieńczone są jeszcze dołożonym na samym końcu w formie bonus tracka nagrania zatytułowanego „Ever Be The Prize”. Znajdujemy w nim całą paletę charakterystycznych dla Comedy Of Errors środków artystycznego wyrazu prowadzących do wspaniałego punktu kulminacyjnego w dziewiątej, finałowej minucie. Dodajmy jeszcze, że nie jest to byle jaki punkt kulminacyjny, a zespół chyba po raz pierwszy na tym albumie gra na pełnym gazie. Warto wiedzieć, że „Ever Be The Prize” jest jedną z najstarszych kompozycji w dorobku zespołu, wydaną w 1985 roku na kasecie magnetofonowej, a do tej pory nieosiągalną na płycie CD. W swej nowej, mocno przearanżowanej wersji z zastosowanymi licznymi technicznymi nowinkami oraz nagrana przez najmocniejszy w całej długiej historii Comedy Of Errors skład, ta bardzo marillionowsko brzmiąca kompozycja nabrała nowego wymiaru, zyskała jakby drugie życie. Choć to tylko bonus, to niewątpliwie stanowi ona bardzo mocny punkt programu albumu.

„House Of The Mind” to bardzo przekonujący album. Książkowy wręcz przykład rzetelnego neoprogresywnego grania. Ale tej jego odmiany, która kojarzy się ze świetną techniką użytkową, finezyjnym wykonaniem, niebanalnymi melodiami, ciekawymi pomysłami więcej niż kompetentnym wokalistą oraz przeszywającymi gdzieś od środka licznymi zwrotami akcji, przy których na ciele pojawiają się ciarki. Comedy Of Errors, jak nikt inny, w fenomenalny sposób łączy w swojej muzyce patetyczne melodie, klasyczne wpływy i tradycyjne sekwencje progresywne, dzięki czemu z naturalną łatwością osiąga pułap wysmakowanych produkcji spod znaku symfonicznego rocka. Swoimi poprzednimi albumami grupa Comedy Of Errors udowodniła, że jest zespołem nietuzinkowym. Najnowszy album pokazuje, że w swojej kategorii jest zespołem wybitnym.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl