Monarch Trail - Sand

Artur Chachlowski, Monarch Trail - Sand

Doskonale pamiętam jak bardzo ucieszyła mnie pierwsza płyta kanadyjskiej formacji Monarch Trail pt. „Skye” (2014). Pamiętam też pozytywne głosy Słuchaczy audycji MLWZ (wtedy jeszcze na antenie nieistniejącego już Radia KRK FM), którzy – podobnie jak ja – poczuli w progrockowej muzyce Kanadyjczyków radosny powiew świeżego powietrza. Wydawało się, że idzie nowe… Niestety nie znalazło to odzwierciedlenia w jakimś, choćby niewielkim, szaleństwie na punkcie muzyki Monarch Trial. Podobnie jak teraz, był to środek wakacji. Trochę cieplejszych i mniej kapryśnych pogodowo niż tegoroczne. Tymczasem minęły trzy lata i oto trzymam w ręku nowy album tego zespołu zatytułowany „Sand”. Od razu powiem: album równie wspaniały (a może jeszcze wspanialszy?) i równie fascynujący (a może nawet bardziej?) niż jego poprzednik.

Z jednej strony albumy „Sand” i „Skye” wydają się do siebie bardzo podobne. Stylistycznie i konstrukcyjnie. Oba zostały nagrane w tym samym składzie personalnym. Oba zawierają niezwykle interesującą muzykę. Oba kończą się 20-minutowymi suitami. Nawet postać z okładki wydaje się być tą samą, co trzy lata temu, dziewczyną.

„Sand” ma jednak tę przewagę nad swoim poprzednikiem, że zawiera o wiele dojrzalszą muzykę i wykonaną w sposób jeszcze bardziej przekonywujący niż w przypadku „Skye”. Zespół Monarch Trail okrzepł i dojrzał. Wydaje się, że dziś kierowana przez śpiewającego keyboardzistę Kena Bairda kapela ociera się już o ścisłą czołówkę nowoczesnego progresywnego rocka.

Z niekłamaną przyjemnością słucha się otwierającego płytę instrumentalnego utworu „Station Theme”, w którym Monarch Trail robi głęboki ukłon w stronę klasycznego rocka symfonicznego, a wirtuozerskie partie klawiszowe momentalnie przywodzą na myśl twórczość Ricka Wakemana. Kolejny na płycie utwór, „First Thoughts”, jest niesamowicie klimatycznym nagraniem utrzymanym w duchu płyty „Smallcreep’s Day” Mike’a Rutherforda (czy ktoś jeszcze pamięta tę przeuroczą pierwszą solową płytę gitarzysty grupy Genesis?) z cudownymi dźwiękami dobywającymi się z nylonowych strun gitary akustycznej oraz uduchowionym śpiewem Bairda. Dwie kolejne kompozycje to prawdziwe killery: zarówno przy „Back To The Start” z jego licznymi symfoniczno-rockowymi inklinacjami, jak i przy „Missing”, który prócz świetnego instrumentarium zachwyca genialnymi harmoniami wokalnymi oraz wspaniałym solo na syntezatorze Mooga (kłania się Tony Banks!), ręce same składają się do oklasków.

Instrumentalny temat „Charlie’s Kitchen” to odrobina fortepianowego jazz rocka zagranego na dużym luzie i z filuternym przymrużeniem oka. Ledwie dwuminutowy „Another Silent World” pełni rolę swego rodzaju interludium, a raczej wstępu do wspomnianej już najdłuższej, bo blisko 25-minutowej kompozycji tytułowej. Co tu dużo pisać… To prawdziwe arcydzieło progresywnego rocka. Jak dla mnie, to zdecydowanie najwspanialsza tegoroczna rockowa suita z rewelacyjnie wykorzystanym gdzie trzeba oraz perfekcyjnie wyeksponowanym melotronem, świetną sekcją rytmiczną, cudnymi partiami gitar, świetnie zazębiającymi się ze sobą instrumentalnymi sekwencjami, a także wybornymi liniami melodycznymi. Być może Ken Baird nie jest wokalistą wybitnym, ale ta jego „niedoskonałość” jest trochę w stylu Petera Nichollsa z IQ, który też jakimś super genialnym wokalistą nie jest, ale śpiewać i kreować niepowtarzalny nastrój potrafi jak mało kto. Lider Monarch Trail ma w tej kompozycji co najmniej kilka jasnych, a może i nawet najjaśniejszych momentów w swej dotychczasowej karierze. Zresztą tak samo jak cały jego zespół, któremu za kompozycję „Sand”, jak i za całą nową płytę należy się piątka z dużym plusem.

No, ale nie stawiajmy może tutaj szkolnych ocen. Wszak mamy sam środek wakacji. Nie pozostaje nic innego, jak posłuchać (koniecznie w uważny sposób!), wgryźć się w tę nietuzinkową muzykę i samemu wyrobić sobie opinię. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę założyć jako pewnik, że spodoba się Wam i to bardzo. Polecam z całego serca! 

MLWZ album na 15-lecie
MojaFabryka.pl