Quantum Fantay - Tesselation Of Euclidean Space

Artur Chachlowski, Quantum Fantay - Tesselation Of Euclidean Space

To już siódmy w ogóle, a trzeci wydany przez wytwórnię Progressive Promotion Records, album belgijskiej grupy Quantum Fantay, która z powodzeniem funkcjonuje już od blisko 15 lat. Grają instrumentalnego prog/space rocka utrzymanego w duchu twórczości Ozric Tentacles i Mantic Muse. Grają w sposób tyleż niebanalny, co nieprzewidywalny. Potrafią często zaskakiwać jakimiś nieoczywistymi rozwiązaniami.

Na nowej płycie tymi nowinkami są flety i saksofony, które pojawiają się na „Tesselation Of Euclidean Space” w kilku dość mocno wyeksponowanych fragmentach. Saksofonistka Nette Willox użycza też muzyce grupy Quantum Fantay swojego głosu w postaci uduchowionych wokaliz (bardzo najciekawiej wypada to w ostatniej części suity „Skytopia”). Ponadto wyróżnia się pełna jazzrockowych smaczków gra gitarzysty Toma Tasa, który już na poprzedniej płycie udanie zastąpił wieloletniego członka zespołu, Dario Frodo. Niemniej i tak w głównej i najbardziej wyeksponowanej roli występuje tu lider Pete Mush, który swoimi kosmicznymi i elektronicznymi (posłuchajcie tylko spacerockowego utworu „Astral Projection”) plamami generowanymi z obsługiwanej przez siebie przebogatej baterii syntezatorów, nadaje ton i rytm muzyce całego zespołu.

Polecam zwrócić szczególną uwagę na czteroczęściową kompozycję pt. „Skytopia”, która w formie swoich 20 minut z okładem buduje szerokie spektrum różnorakich nastrojów – od spokojnego i uduchowionego wstępu, poprzez prawdziwą soniczną burzę pośrodku, aż po efektowną kanonadę dźwiękowych pasaży w swoim efektownym finale. Nieźle prezentuje się też otwierająca płytę kompozycja „Tessellate”, nie mówiąc już o stylowym, nieco rozmytym i mocno przesiąkniętym duchem dokonań Jarre’a nagraniu „Anahata”, które to kończy najnowszy album Belgów.

Instrumentalne brzmienia grupy Quantum Fantay być może nie są najbardziej oryginalnym przykładem pierwszoligowego spacerockowego gatunku i pewnie nie wszystkich do siebie przekonają. Trzeba jednak przyznać, że najnowszy album może się podobać. Jest solidnym, dobrze brzmiącym 46-minutowym kawałkiem muzyki, która oferuje słuchaczom barwną i przebogatą paletę spacerockowych i jazzrockowych dźwięków – melodyjnych, żywych i zawsze wpadających w ucho – układających się w starannie skomponowaną całość, której słucha się z przyjemnym dreszczykiem emocji.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl