Wilson, Steven - To The Bone

Przemysław Stochmal, Wilson, Steven - To The Bone

Istnieje przekonanie, że każda kolejna płyta podpisana nazwiskiem Stevena Wilsona zawiera muzykę, której autorstwo trudno byłoby przypisać komukolwiek innemu. Faktycznie, lider Porcupine Tree nigdy nie należał do artystów imponujących odwagą w akcentowaniu swojej kariery stylistycznymi woltami, choć zdarzały się u niego ruchy dość niespodziewanie próbujące naruszyć pewne osobiste estetyczne ograniczenia. Przypomnijmy sobie choćby znakomity piosenkowy „Stupid Dream”, wspomnijmy powołanie do życia poprockowego duetu Blackfield, czy zwróćmy uwagę na debiutancki solowy album „Insurgentes”, na którym po raz pierwszy artysta tak szeroko zaczerpnął z ducha muzyki zespołów nowofalowych, zaskakując wszystkich tych, których wyobrażenia, „jak powinna brzmieć wizytówkowa solowa płyta Wilsona” biegły zapewne w znacznie innym kierunku.

Na płytę o podobnym charakterze przyszedł w karierze Brytyjczyka czas również i teraz. Po długim przywiązaniu do klasycznie progrockowej estetyki, przy okazji poprzedniego albumu „Hand. Cannot. Erase.” balansowanej zgrabnie przy pomocy pop-rocka, nadeszła pora na przechylenie szali zainteresowań właśnie w tę bardziej przystępną, piosenkową stronę. Zdając sobie sprawę, że część zagorzałych fanów nie przyjmie bezboleśnie nowego kierunku poszukiwań, Steven Wilson bardzo wcześnie począł zapowiadać zupełnie inny charakter nowej muzyki, tym jednak, co miało zupełnie namącić w głowach progresywnych ortodoksów, stał się jeden z singli zapowiadających płytę, ułożony na dyskotekową modłę, zilustrowany teledyskiem, w którym grającemu na pianinie Wilsonowi towarzyszą rozkołysane w fantazyjnych choreografiach tancerki z Bollywoodu.

Można odnieść wrażenie, że „Permanating’”, bo o tej piosence mowa, stał się języczkiem u wagi, jeśli chodzi o nowy muzyczny image Stevena Wilsona, co z perspektywy całego albumu wydaje się zupełnie niesłuszne. Biorąc cały ferment związany z „To The Bone” bardziej zdroworozsądkowo, warto zwrócić uwagę przede wszystkim na silnie podkreślane inspiracje, które odegrały szczególną rolę w tworzeniu nowej muzyki. Zaznaczanie wpływu wydanych w połowie lat 80. płyt takich wykonawców, jak Tears For Fears, Talk Talk, Kate Bush czy Peter Gabriel, stwarzało ogromne nadzieje na kawał dobrej sztuki, zwłaszcza, że Wilson próbujący swoich sił w piosenkowym formacie, zazwyczaj jednak wolał oscylować wokół inspiracji britpopowych.

Wyszła płyta bardzo zgrabna, łatwo przyswajalna, a przy tym wciągająca. Ciekawiej jednak wydaje się tam, gdzie znajdziemy coś więcej, aniżeli solidny gitarowy pop-rock. Pośród tych, nazwijmy to mniej lub bardziej sprawiedliwie, pospolitych rockowych kawałków, znalazły się prawdziwe perły, które stanowią o sile całego albumu. Przede wszystkim wspomnieć należy emocjonalny "Refuge", błyskotliwie ozdobiony solem na harmonijce ustnej autorstwa Marka Felthama (to jego instrument rozbrzmiewa na płytach Talk Talk oraz rozpoczyna słynne „Again” Archive). Nie sposób nie zwrócić uwagi na zmysłowy „Song Of I”, zaśpiewany przez Wilsona w towarzystwie szwajcarskiej wokalistki Sophie Hunger, niepokojącym nastrojem przywodzący na myśl takie utwory, jak „Sleep Together” czy „Index”. Im bliżej finału płyty, tym robi się coraz ciekawiej, jej ostatni kwadrans to już doprawdy „samo gęste” – w rozbudowanym, zwieńczonym znakomitym instrumentalnym pasażem „Detonation”, czai się duch wczesnego Porcupine Tree, a subtelna koda w postaci „Song Of Unborn”, gdzie wsparto się śpiewem chóru, to jeden z najlepszych epilogów Wilsona w ostatnich latach.

Hasło-klucz „popowa” z pewnością za nową płytą Stevena Wilsona będzie się ciągnęło zawsze, raczej zresztą nie do końca słusznie. Patrząc przez pryzmat wszelkich dokonań artysty, warto zestawić ją z takimi albumami, jak „Stupid Dream”, czy „In Absentia”, które dzięki swojemu zdrowemu kompromisowi pomiędzy tym, co „ambitne” i tym, co „rozrywkowe”, z perspektywy czasu stały się wizytówkowymi albumami. Czy nowy album Stevena Wilsona trzyma poziom podobny do tego, jakie prezentowały tamte dzieła? – warto mimo możliwych obiekcji spróbować samemu się przekonać. „To The Bone” w moim przekonaniu, choć może nie imponuje od A do Z, to jednak prezentuje Wilsona wciąż w wysokiej formie i, co szczególnie godne wszelkich pochwał, robiącego dokładnie to, co podpowiada mu jego artystyczne widzimisię. 

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl