Threshold - Legends Of The Shires

Artur Chachlowski, Threshold - Legends Of The Shires

Sprawy przyjęły niespodziewany obrót i wszystko wydarzyło się w mgnieniu oka. Kilka miesięcy temu na jednym z portali społecznościowych pojawiła się informacja, że Damian Wilson opuszcza szeregi grupy Threshold. I nie było pewnie w tym żadnej sensacji, gdyby nie to że Damian to wokalista nietuzinkowy, obdarzony głosem będącym od wielu lat wyróżnikiem brzmienia Threshold oraz że to już jego… trzecie pożegnanie z zespołem. Zastąpił go, podobnie jak za pierwszym razem, Glynn Morgan. Nie znam faktycznego powodu rozstania, ale w kurtuazyjnej wymianie not anonsujących zmianę obie strony, mniej lub bardziej szczerze, życzyły sobie powodzenia. Niby rzecz odbyła się w białych rękawiczkach, ale przez skórę czuję, że w rzeczywistości wcale tak nie było…

Jako że za mikrofonem stanął teraz nowy-stary wokalista, od samego początku byłem pewien, że można być spokojnym o losy Threshold (choć akurat jedyny studyjny album, na którym zaśpiewał Morgan, „Psychodelicatessen”, jest moim najmniej ulubionym krążkiem w całym dorobku grupy). Po wysłuchaniu nowej płyty, która 8 września ukazała się nakładem wytwórni Nuclear Blast, potwierdzam, że nawet najbardziej ortodoksyjni sympatycy głosu Wilsona nie powinni być zawiedzeni.

I właśnie z tą konstatacją powinienem zostawić naszych Czytelników, bo obiektywnie rzecz ujmując „Legends Of The Shires” to album dobry i obfitujący w bardzo udane utwory. Doskonale prezentuje się jako całość. W dodatku jest to koncept i do tego dwupłytowy (blisko 90 minut muzyki!), a więc jest z czego wybierać.

O sile nowej płyty stanowi wysoka klasa instrumentalistów. To wciąż ten sam solidny, ciężki, ale melodyjny Threshold. Naszpikowany rewelacyjnymi partiami solowymi oraz błyskawicznie zapadającymi w pamięć melodiami. Dwa trailery zapowiadające premierę płyty – ponad 10-minutowy „Lost In Translation” i nieco bardziej zwięzły „Small Dark Lines” - dają czytelny obraz tego, czego po nowym dziele brytyjskich progmetalowców należy się spodziewać. A przecież nie są to jedyne godne uwagi utwory. Już przy pierwszym przesłuchaniu zwróciłem uwagę na niesamowicie przebojowy – tak, tak, wiem co mówię, choć trwa on przecież aż 12 minut! – utwór „The Man Who Saw Through Time” oraz nieprzyzwoicie zgrabny „State Of Independence”. Po kilku kolejnych przesłuchaniach do grona moich faworytów dołączyły nagrania „The Shire” (wszystkie trzy jego części, ze szczególnym naciskiem na część drugą), „Snowblind”, „Stars And Satellites” (Karl, wielkie dzięki za TAKĄ solówkę!) oraz „Trust The Process”. Po kilku kolejnych razach w uszach zaczęły mi grać „Sublimal Freeways” i „On The Edge”. Zważywszy na to, że utworów jest w sumie czternaście, a płyty „Legends Of The Shires” słucham chyba dopiero po raz… dwudziesty (w ciągu dwóch dni!), to aż strach się bać co będzie, gdy posłucham jej po raz setny. Bo trzeba wiedzieć, że to album z gatunku takich, że chce się go słuchać bez przerwy.

OK, trochę brakuje mi na nim Damiana Wilsona. Ale to tak trochę z sentymentu, bo to od wielu, wielu lat jeden z moich ulubionych rockowych głosów. Ale muszę stanowczo podkreślić, że Glynn Morgan spisuje się naprawdę bez zarzutu. Natomiast za to, co dzieje się po stronie instrumentalnej (te wszystkie galopady, solówki, gitarowo-klawiszowe pojedynki, instrumentalne dialogi – podkreślmy to wyraźnie: wszystko to utrzymane jest w bardzo melodyjnej konwencji), moje chapeau bas przed panami Groomem, Westem i spółką.

Piękna to płyta. Kolejny pewniak do Top Ten 2017!

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl