Wobbler - From Silence To Somewhere

Artur Chachlowski, Wobbler - From Silence To Somewhere

Zadziwiająca jest obfitość zespołów grających fascynującą muzykę, które rodzą się jak grzyby po deszczu na północy Starego Kontynentu, konkretnie w Norwegii. Wobbler nie jest nową formacją, właściwie można by rzec, że w swojej ojczyźnie ma już tak mocną prasę, że powszechnie uważa się go za wiodący zespół grający progresywnego rocka w starym, tradycyjnym ujęciu.

Wobbler powstał w 1999 roku w miejscowości Hønefoss i do tej pory dorobił się trzech udanych albumów: „Hinterland” (2005), „Afterglow” (2009) i „Rites At Dawn” (2011), którymi zasłużenie zapracował na swoją wysoką pozycję. Na albumach tych z łatwością dostrzec można wpływy takich klasycznych wykonawców, jak: Yes, Gentle Giant, King Crimson czy mistrzów włoskiej szkoły progresywnego rocka - PFM i Museo Rosenbach. Wobbler tworzy przy pomocy analogowych instrumentów, na wyposażeniu posiada stare lampowe wzmacniacze, melotrony, organy Hammonda, Glockenspiel, syntezatory Mooga (większość z nich obsługuje znany z White Willow, Lars Fredrik Frøislie). Tworzy długie, wieloczęściowe i wielowątkowe kompozycje. Najprecyzyjniej twórczość grupy Wobbler oddaje określenie „vintage progressive rock”.

W podobnym duchu należy też mówić o najnowszej płycie Norwegów zatytułowanej „From Silence To Somewhere”. Ukazała się ona nakładem prężnie działającej wytwórni Karisma Records i wygląda na to, że jest to dobry początek owocnej współpracy, dzięki której muzyka grupy Wobbler nie tylko przekroczy granice Skandynawii, ale i trafi też pod europejskie progresywne strzechy. Z tego co wiem na takie właśnie brzmienia wciąż panuje ogromne zapotrzebowanie.

Na program płyty „From Silence To Somewhere” składają się zaledwie cztery kompozycje, z których jedna – „Rendered In Shades Of Green” - to zaledwie dwuminutowy przerywnik muzyczny, reszta zaś to kilkunastominutowe, a w przypadku utworu tytułowego, który we wspaniały sposób otwiera to wydawnictwo, ponad dwudziestominutowe nagrania. I podobnie jak w przypadku recenzji poprzedniej płyty, o najnowszym dziele Norwegów muszę powiedzieć, że stanowi ono mniej lub bardziej zamierzony hołd dla najwcześniejszego okresu twórczości grupy Yes. Być może dzieje się tak za sprawą charakterystycznego wokalu Andreasa Wettergreena Strømmana Prestmo (po tym tak długim nazwisku wiemy, że Andreas to Wiking z krwi i kości). Skojarzenia z wokalem młodego Jona Andersona rodzą się w sposób oczywisty. Być może to także kwestia niezwykle rozbudowanego instrumentarium (zwracam uwagę na grę Geira Mariusa Bergoma Hallelanda na Rickenbacker basie. Brzmi on niczym sam… Chris Squire!) i bardzo złożonych aranżacji. A już niewątpliwie jest to zasługą dojrzałego i niesamowicie wysokiego poziomu wykonawczego, jaki Wobbler prezentuje niezmiennie od swojej pierwszej płyty. Jedno jest pewne: ta, obiektywnie rzecz biorąc, trudna muzyka grupy Wobbler wymaga cierpliwości i odrobiny czasu, by wgryźć się w jej najgłębsze pokłady, gdzie schowane są najcenniejsze muzyczne skarby.

Zalecając cierpliwość, proponuję szeroko otworzyć uszy i poddać się magii nowej płyty zespołu Wobbler. Naprawdę jest na niej czego słuchać.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl