Tension Zero - Human.exe

Artur Chachlowski, Tension Zero - Human.exe

Uwielbiam takie sytuacje. Nieznany mi wcześniej zespół podsyła promo swojej nowej płyty, po czym najpierw z lekką rezerwą (bo takich promówek naprawdę pojawia się sporo), a potem z coraz większą fascynacją wsłuchujesz się w nieznane ci wcześniej dźwięki i myślisz: ‘kurczę, jakie to dobre!!!’'. Tension Zero to nowe ciekawe zjawisko na mapie polskiego alternatywnego prog metalu. Czuję się nim zafascynowany, trafiony, ‘kupiony’… Nazywajcie to jak chcecie. Wiem na pewno, że mam do czynienia z jedną z najciekawszych krajowych płyt, które ujrzały, bądź ujrzą światło dzienne w 2017 roku. Więc z takiej właśnie pozycji zamierzam pisać dalszą część tej recenzji. Spodziewajcie się zatem wyłącznie pochwał. Bo na takie zespół Tension Zero zasługuje.

Ale najpierw trochę faktów. Czy wiecie co powstanie ze spotkania znanej z ‘Voice Of Poland’ szalonej, rudowłosej pasjonatki, która nie przeżyje dnia bez śpiewania (Dominika Kobiałka), inżyniera i ojca, który biorąc przestrojoną gitarę do ręki przemienia się w rockmana (Dariusz Łebek), zapalonego Europejczyka, na co dzień programisty, który z powodzeniem mógłby improwizować na fortepianie z najlepszymi jazzmanami (Michał Urban), młodego studenta perkusji klasycznej na Akademii Muzycznej, który częściej słucha djentu niż muzyki poważnej (Krystian Bartusik) oraz fana kulturystyki, miłośnika niskich dźwięków, który wywołał całe to zamieszanie (Piotr Zajdel)?

Zespół Tension Zero pochodzi z Rzeszowa i lada chwila (premiera 3 listopada 2017r.) wydaje swój debiutancki album zatytułowany „Human.exe”. Nie są jednak absolutnymi debiutantami.  Grają już od 10 lat, wprawdzie z przerwami i ze zmianami składu, mają w swoim dorobku 45-minutowe demo "Beyond My Mind" nagrane w wersji instrumentalnej oraz z wokalem (w zespole śpiewała wówczas Basia Lubas), potem były dwie EP-ki "Angelawyer” i „Devilawyer”, ale dopiero teraz nadeszła pora na pełnowymiarowy debiut z prawdziwego zdarzenia.

I co to jest za debiut! „Human.exe” brzmi jakby grali na nim wytrawni rockmeni o sporym doświadczeniu. Ich muzyka łamie wszystkie schematy i konwenanse i po kilkukrotnym wysłuchaniu całości muszę stwierdzić, że ci rzeszowscy muzycy tworzą nową jakość w polskim rocku i metalu progresywnym. Udało im się stworzyć własny świat dźwięków, który łączy skrajne melodie, efektowne harmonie i połamane rytmy z mądrymi tekstami (angielskimi).

Niewątpliwym atutem zespołu jest śpiewająca Dominika Kobiałka. Nie widziałem jej w ‘Voice of Poland’, ale gdybym oglądał, to pewnie do dzisiaj trwałbym w niedowierzaniu jak mogła tego nie wygrać. Ale wiadomo, nie ma na tym muzycznym świecie sprawiedliwości. Jedno jest pewne: tak dobrego żeńskiego głosu w polskim rocku nie było od dawna. Jak dla mnie to absolutne objawienie AD 2017. Dominika dysponuje szeroką paletą różnorodnych środków artystycznego wyrazu, które sprawiają, że w magiczny sposób przykuwa uwagę odbiorcy od pierwszej do ostatniej minuty każdej z 11 piosenek wypełniających program płyty. Niekiedy potrafi śpiewać drapieżnie, całą sobą, jak w „Rebound”, niekiedy delikatnie, jak w „Time Passing”, czasem upodabnia się do Dolores O’Riordan z The Cranberries, jak w „Remember”. Świetnie sprawdza się zarówno w lirycznych, jak i dynamicznych fragmentach, kiedy to naprawdę z jej gardła dobywa się lawina mocarnych nut („Black Hole”!). Fascynuje, zachwyca, czaruje. Dominika i jej głos to prawdziwy muzyczny skarb. Prawdziwa perła pośród polskich wokalistek rockowych.

Instrumentaliści, jako się rzekło, grają jak wytrawni rockmeni. Każdy utwór zapada w pamięć, a to – przyznacie sami – atut, jakich dzisiaj ze świecą szukać. W swoim ostrym, a niekiedy nawet i drapieżnym graniu nie zapominają o melodiach. Grają wybornie i efektownie, a przy tym robią to w sposób niesamowicie wyrazisty. Właściwie to już po 2-3 przesłuchaniach zapamiętuje się całą płytę. A z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywa się na niej coś nowego. Już za pierwszym razem zwróciłem uwagę na utwory „Rebound”, „If I Ever” i „Indigo”, przy drugim podejściu do grona moich ulubieńców dołączyły singlowy „Vicious Circle”, „Remember”, „Time Passing” i ciężki jak walec drogowy instrumental „Magic”, natomiast przy trzecim nie było już ani jednego fragmentu, który by mi sam nie grał w uszach. Utwory są zgrabne, niezbyt długie i posiadają przy tym niesamowicie nośny potencjał. Wszystkie. Bez wyjątku.

Jestem pewien, że i Wam się spodobają, dlatego gorąco polecam ten album. Tension Zero na początku listopada rusza w Polskę (o szczegółach trasy piszemy na MLWZ.PL w innym miejscu) i na pewno wtedy podczas koncertów będzie można nabyć tę płytę. A jeżeli nie traficie na ich występ, to zaglądnijcie na ich stronę albo na profil FB i skontaktujcie się z nimi. Na pewno powiedzą Wam jak wejść w posiadanie „Human.exe”. Nie od dziś wiadomo, że najlepiej smakują te dźwięki, w zdobyciu których należy włożyć odrobinę wysiłku.

Polecam to wydawnictwo. Gwarantuję, że nie zawiedziecie się.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl