Single Celled Organism - Splinter In The Eye

Artur Chachlowski, Single Celled Organism - Splinter In The Eye

Jak tu najlepiej rozpocząć tę recenzję?... Może od szczerego stwierdzenia, że bardzo podoba mi się ta płyta. Że „Splinter In The Eye” wydaje mi się jednym z najciekawszych tegorocznych debiutów spod znaku artystycznego rocka. Zresztą to album wyróżniający się na tle innych nie tylko w kategorii ‘debiut’.

Albo może tak: „Splinter In The Eye” to świetnie opowiedziany koncept album z dramatyczną historią o naukowym eksperymencie prowadzonym na trzymanej w odosobnieniu młodej dziewczynie, wychowywanej przez roboty oraz „karmionej” wizją świata pokazywanego przez telewizyjne monitory. Oczywiście, jak w każdej tego typu historii, wskutek nieprzewidzianego rozwoju wydarzeń, wypadki przybierają niespodziewany obrót. Kluczowym momentem jest wypuszczenie przez pewną organizację terrorystyczną dziesiątkującego populację śmiercionośnego wirusa, przez co koordynator eksperymentu, szalony doktor Abbott Barnaby traci nad nim kontrolę, a dziewczyna wydostaje się na wolność i doświadcza świata takim, jakim jest. Z tym, że postrzega go już diametralnie różnie od zamieszkujących na nim ludzi…

Inny początek mógłby być taki: Isgaard Marke to klasycznie wykształcona niemiecka wokalistka, która robi karierę w swojej ojczyźnie dzięki znalezieniu własnej niszy w postaci repertuaru stojącego gdzieś na granicy muzyki klasycznej i pop. Kierownikiem artystycznym i producentem jej płyt jest Jens Lueck. To właśnie on jest mózgiem powołanego niedawno do życia projektu o nazwie Single Celled Organism, w którym tym razem to on znajduje się w roli głównej (także wokalnej), a Isgaard pełni ważną, ale tylko pomocniczą rolę.

Jakkolwiek byśmy nie rozpoczynali opowieści o zespole Single Celled Organism, to i tak zawsze dojdziemy do jednej konkluzji: album „Splinter In The Eye” to kawał rzetelnie zagranego prog rocka, pełnego świetnych pomysłów, niecodziennych i nieoczywistych rozwiązań formalnych (liczne efekty pozamuzyczne, orkiestracje, etc.) oraz z całym mnóstwem wyśmienitych melodii. Praktycznie każdy z 12 fragmentów tej wspanialej muzycznej opowieści posiada w sobie coś, co zapamiętuje się szybko i na długo. Imponujące są te wszystkie orkiestracje, posępne brzmienia wiolonczel, świetna gra gitar, wyborne syntezatorowe pejzaże. W ogóle zachwyca epicki rozmach tej muzycznej opowieści. Większość utworów utrzymana jest w podniosłym, bardzo emocjonalnym nastroju, czasem atmosfera robi się wręcz ponura, ale wszystko to okraszone jest świetnymi, łkającymi solówkami czy to gitar, czy to syntezatorów i fortepianu.

Ta płyta posiada nieprawdopodobną wręcz dramaturgię: począwszy od powolnego wstępu, ekspozycję głównych bohaterów, pełen dynamiki rozwój akcji, punkt zawieszenia (są właściwie dwa: temat zatytułowany „New Horizons”, który śmiało mógłby funkcjonować niezależnie i stać się ‘progrockowym przebojem’ sporego kalibru oraz niespodziewany telefon ze złymi wieściami, jaki otrzymuje doktor Barnaby - dzieje się to w utworze pt. „The Call”) aż po niesamowitą muzyczną kulminację muzycznych wątków i spiętrzenie dramatycznych zdarzeń znajdujące swoje ujście w fenomenalnym finale. Składają się nań dwa wysmakowane, marzycielskie i pełne bogatych orkiestracji utwory: „I See You (The Regret)” oraz „Epilogue (Her Poem)”.

Warto jeszcze dodać, że za całość muzyki odpowiedzialny jest pomysłodawca i autor całego przedsięwzięcia, Jens Lueck. Do nagrań zaprosił on, oprócz Isgaard, troje muzyków grających na instrumentach smyczkowych oraz dwóch gitarzystów. Jednego z nich – Jana Petersena – znamy z niemieckiej progrockowej grupy Sylvan.

Piękna, nastrojowa płyta. Nowocześnie brzmiąca, z niepokojącą historią i porywającą muzyczną różnorodnością. W sam raz na tę porę roku. 

MLWZ album na 15-lecie
MojaFabryka.pl